– Nie chcemy jednak straszyć, tylko jasno wyłożyć, co właściciel książki może z nią legalnie zrobić – tłumaczy Włodzimierz Albin, prezes Polskiej Izby Książki.

– Możesz pożyczyć mnie koledze i rodzinie. Możesz mnie zeskanować, możesz skserować. Ale nie jestem przeznaczona do masowej dystrybucji. Pisało, ilustrowało i wydawało mnie sporo ludzi, którzy zasługują na wynagrodzenie – tak prezes Albin wyobraża sobie specjalną informację do czytelników o tym, na co pozwala im prawo, szczególnie tzw. dozwolony użytek, jako właścicielom książki.

– Ale to tylko wstępny pomysł, nad którym dopiero zastanawiamy się z wydawcami. I zdania co do tego planu są podzielone – przyznaje. Pomysł ze specjalnym imprintem, czyli drukowaną zapewne na trzeciej stronie książek prostą informacją o prawach autorskich, pojawił się w Polskiej Izbie Książki przed kilkoma tygodniami i jest kolejnym już podejściem do poradzenia sobie ze stratami wynikającymi z piractwa.

A te są coraz większe. Według wyliczeń stowarzyszenia twórców dzieł naukowych i technicznych Kopipol rocznie w Polsce kseruje się 5 mln stron, z czego blisko 90 proc. to publikacje naukowe. Tysiące tytułów często tuż po premierze jest też dostępnych do ściągnięcia bezpłatnie w sieci. Z roku na rok wydawcy podejmują coraz bardziej zdecydowane kroki w celu ochrony praw autorskich i walki z piractwem.

Według raportu „Polski rynek książki” straty wydawnictw z tytułu nielegalnego kserowania sięgnęły w 2009 r. przynajmniej 9 mln zł.

W efekcie powstała Grupa Walcząca o Przestrzeganie Prawa na Uczelniach, czyli inicjatywa najważniejszych wydawców naukowych, która próbuje zwalczyć piractwo na uniwersytetach, począwszy od wynajęcia agencji detektywistycznych, które tropią m.in. punkty ksero nielegalnie kopiujące publikacje naukowe, po akcje edukacyjne.

Podobnie Polska Izba Książki i kilkunastu zrzeszonych w niej wydawców przygotowuje właśnie proces zbiorowy przeciwko serwisowi Chomikuj.pl, na którym udostępniane są ich publikacje w postaci e-booków.

– Sedno problemu tkwi jednak w nieznajomości prawa i braku zrozumienia, że ono jest naprawdę potrzebne, by książki mogły powstawać. Stąd pomysł, by zwrócić się do czytelnika bezpośrednio w książce – podsumowuje Albin.