Skąd będę wiedziała, co mogę z tym udostępnionym utworem zrobić? Czy mogę go skopiować i przekształcić, czy tylko obejrzeć?

 Będzie to odpowiednio oznaczone.

 Będę mogła też na tym zarabiać?

To będzie zależało od grantodawcy i grantobiorcy, od tego, jak ustalą zasady udostępniania finansowych dzieł. Nie wyobrażam sobie, aby taki model komercyjny mógł funkcjonować w kinematografii, ale np. w muzeach już jest niekiedy stosowany.

 Mówimy teraz o zasobach, które zostaną wygenerowane w przyszłości. Co z zasobami już wytworzonymi, przechowywanymi w instytucjach?

 Powoli, nie damy rady wszystkiego zrobić. To i tak jest bardzo rewolucyjna zmiana. Oczywiście, w przyszłości będziemy chcieli stosować te same zasady udostępniania wobec istniejących zasobów, ale jest to bardzo trudne, ponieważ pożądane przez instytucje publiczne prawa do utworów nie zawsze umożliwiają ich udostępnianie.

Nie można naruszyć interesów twórcy. To jest proces na bardzo wiele lat. Na razie - aby jeszcze bardziej nie komplikować sytuacji - chcemy uporządkować przynajmniej to, co będzie stworzone w przyszłości.

 Pytam, ponieważ organizacje zbiorowego zarządzania biją na alarm, że państwo chce odebrać twórcom ich prawa majątkowe.

To nie prawda! Nie taki jest cel tej ustawy. Nikt nikogo nie uwłaszcza. Chodzi o udostępnianie zasobów, z czego każdy twórca z pewnością będzie się cieszył. Doświadczenie innych krajów pokazuje, że udostępnianie zasobów stymuluje rozwój cyfryzacji kraju.

Wpływa na popyt na wiedzę, zwiększa zapotrzebowanie. Umieszczenie książki w Internecie za darmo nie musi oznaczać, że jej autor nic nie zarobi.

Najlepszym przykładem jest książka Chrisa Andersona "Free: The Future of a Radical Price", która po tygodniach darmowego udostępniania w internecie znalazła się w dziesiątce bestsellerów "New York Timesa".

Niektóre instytucje kultury już dziś namawiają artystów do podpisywania wolnych licencji, np. Zachęta Narodowa Galeria Sztuki w Warszawie. Do tej możliwości nie uda się jednak przekonać wszystkich artystów przywiązanych do idei praw autorskich.

Artysta nie będzie do tego zobligowany. Jak pokazuje jednak przykład Zachęty, wielu artystów się na to decyduje, ponieważ nic nie traci finansowo, a ich twórczość jest bardziej dostępna i inspiruje. Jeżeli są twórcy, którzy chcą się dzielić swoją twórczością, powinni mieć taką możliwość. Teraz ze względu na przestarzałe normy prawne, nie jest to zawsze możliwe.

Zasoby wiedzy, nauki, kultury to nie są dobra, które się zużywają, a wręcz przeciwnie. Amatorski film o karmieniu krokodyla kurczakiem zamieszczony na YouTubie stał się hitem sieci, dzięki niemu powstał Forfiter (sklep założony przez firmę, która adaptowała warszawskiego krokodyla i nazwała go "Forfiter" - PAP) oraz ogromna liczba filmów i piosenek bazujących na jednym kawałku. To pokazuje rozwój nowych form twórczości, prawo nie powinno tego ograniczać.

 Czy Pan uważa, że twórców chcących dzielić się swoją twórczością będzie coraz więcej?

Widzimy to w innych krajach. Dla przykładu otwarty dostęp do nauki stał się jednym z najbardziej dyskutowanych tematów w Stanach Zjednoczonych tej wiosny. Amerykańscy naukowcy skarżą się, że rynek doprowadzi do sytuacji, w której autorzy artykułów nie dostają wynagrodzenia za swoje publikacje.

Ich pracę po weryfikacji i odpowiednim doborze publikują wydawcy w zamian za sam procent znalezienia się w ich periodyku. Wydawcy jako jedyni czerpią zyski na rynku. Największe amerykańskie uczelnie wspierające naukowców wypowiedziały tej wiosny wojnę tradycyjnym modelom dystrybucji przez naukowców.

Nie chcą już zależeć od pośredników, jakimi są wydawcy publikacji naukowych, ponieważ w dobie internetu nie ma to dla nich sensu.

My nie chcemy wypowiadać wojny pośrednikom, to nie nasza rola. Chcemy stworzyć odpowiednie warunki do rozwoju różnych modeli dystrybucji wiedzy, żeby nie było obaw, o których mówiło się w związku z ACTA. Internauci nie wiedzą, co mogą robić w sieci a czego nie. Ustawa o otwartych zasobach jest pierwszym krokiem do wyjaśnienia tej kwestii.

 Co z instytucjami publicznymi, które utrzymują się częściowo z publicznych pieniędzy, a częściowo same na siebie zarabiają?

 Są też instytucje, które wykorzystują publiczne pieniądze, ale działają na bardzo konkurencyjnym rynku, np. Polski Instytut Sztuki Filmowej. Gdyby wprowadzić obowiązkowy system udostępniania twórczości generowanej z pieniędzy publicznych to PISF mógłby się zamknąć już dziś.

Ta instytucja nie mogłaby funkcjonować bez pokazania wyprodukowanego filmu w kinach, następnie dystrybucji na żądanie, w sieciach kablowych, na platformach cyfrowych, na płytach DVD, wreszcie emisji w telewizji. W pewnym momencie to dzieło jest wyeksploatowane i przestaje zarabiać, mógłby więc trafić do domeny publicznej.

 To znaczy, że dyrektor Odorowicz będzie musiała się zgodzić na udostępnianie po np. pięciu latach filmów wyprodukowanych przez PISF?

 Będzie to opcjonalne. My będziemy oczywiście do tego namawiać.

Rozmawiała: Magdalena Cedro