Polegać ma on na traktowaniu pracowników jak poddanych, którzy nie mają prawa do manifestowania własnego zdania i nie są traktowani jak partnerzy, ale jak wykonawcy poleceń władzy bez prawa do sprzeciwu czy buntu. Wyjaśnienia tej sytuacji zmierzają najczęściej w stronę naszej historii z jej fatalną tradycją poddaństwa chłopów wobec szlachty oraz braku silnej rodzimej burżuazji, która wszędzie w Europie odgrywała rolę siły rewolucjonizującej stosunki społeczne, m.in. w kierunku uczynienia ich bardziej równościowymi.

Wszystko to prawda. Ja jednak chciałbym zwrócić uwagę na system ekonomiczno-społeczny, który ukształtował się w Polsce w ciągu ostatnich 25 lat, jako dodatkową i chyba jednak najważniejszą przyczynę owego zdziczenia relacji pomiędzy szefami przedsiębiorstw i pracownikami, o którym pisano także na łamach DGP. System ów można scharakteryzować jako niezwykle brutalną wersję kapitalizmu, wedle której świat jest areną bezwzględnej walki o dobra materialne i pozycję zawodową, każdy w tej walce jest zdany jedynie na własne siły, silniejsi w niej zasłużenie wygrywają, a słabsi równie zasłużenie ponoszą klęskę. Konkurencja jest czymś dobrym i powinna obowiązywać we wszystkich dziedzinach życia. Walka jest naturalnym stanem życia, a każdy chwyt jest dozwolony. Zwycięzca w niej nie zawdzięcza niczego innym, sam jest bowiem panem swego losu i tylko od niego zależy, co robi ze swoim życiem. Bierze wszystko, w pobitym polu pozostawiając zawodników nie dość twardych, aby sprostać regułom bezwzględnej gry. W grze tej nie ma arbitra, który mógłby wymuszać przestrzegania jakichś cywilizowanych reguł. Tradycyjnie było nim państwo, które ową naturalną dla rynku kapitalistycznego bezwzględność próbowało temperować poprzez narzucanie mu pewnych standardów o charakterze etycznym. Jednak zgodnie z ideologią neoliberalną psuło w ten sposób czystość relacji rynkowych, wpływając na wynik owej gry. Pod jej wpływem wycofało się więc ono na pozycje programowo bezradnego obserwatora, który choć nie zawsze akceptuje reguły i wyniki gry, to jednak sam sobie zakazał reagowania, aby nie zostać obwołanym „wielkim psujem”.

Ów brutalny system, który ukształtował się w wyniku absolutyzowania zasad gospodarki wolnorynkowej w jej dziewiętnastowiecznej wersji oraz abdykowania państwa z roli sędziego, który dba o to, aby wszyscy grali fair, często wydobywa z ludzi to, co najgorsze. Nade wszystko bezwzględność, egoizm i chamstwo. Poczucie, że wygranych nikt nie ma prawa sądzić w świetle jakichś standardów etycznych wykraczających poza prostą (prostacką?) pochwałę zdecydowania, uporu, siły charakteru i indywidualnej mocy działania. Wszystko to owocuje powstaniem nowej kasty ludzi, którzy z rzeczy tradycyjnie uznawanych za zło (arogancja, pycha, bezwzględność) czynią cnotę. Taki jest rezultat uznania skuteczności działania – bez oglądania się na użyte środki oraz skutki uboczne – jedynym kryterium sukcesu. Do tego dochodzi kompletny brak empatii, umiejętności wczucia się w nastroje i emocje innego. Nie powinno to dziwić, albowiem empatia mogłaby stanowić przeszkodę na drodze skutecznego działania, wszak w rywalu moglibyśmy zobaczyć człowieka, a to osłabiłoby naszą chęć zwycięstwa za wszelką cenę. Podobnie jak przeszkodę taką stanowić mogłoby poczucie solidarności i inne nie tak dawno hołubione przez nas szlachetne uczucia, dziś nieomal jawnie wyśmiewane przez piewców „nowego lepszego świata” (posłuchajmy jak pogardliwie mówią o pomocy społecznej jako „socjalu” przeznaczonym dla nieudaczników). Nie dziwmy się, że ta nowa kasta ludzi dąży do rozparcelowania wszystkiego tego, co wspólne, na prywatne kawałki, bezwzględnie przeciwstawia się jakimkolwiek próbom ograniczenia przyznanego sobie przez nią prawa do zawłaszczania otaczającego ją świata dla swych własnych egoistycznych celów (spróbujcie jej np. zabrać prawo do budowania czego się chce i tam, gdzie się chce). W jej światopoglądzie nie mieści się pojęcie dobra wspólnego ani pojęcie wspólnoty, na rzecz której warto czasami ponieść ofiary.

Błędne, rodzące pychę, przekonanie, że każdy sukces jest wyłącznie wynikiem indywidualnego wysiłku, owocuje przekonaniem, iż wobec innych nie ma się żadnych zobowiązań. W ten sposób następuje stopniowy proces wypisywania się owej kasty nowych zwycięzców ze społeczeństwa. Towarzyszy temu ledwo skrywana pogarda dla tych, którzy w wyścigu przegrali albo zajęli niższą pozycję. Nic tak wszak nie poprawia humoru jako znalezienie osoby, na tle której nasz sukces może dopiero zabłysnąć. Kogoś zmuszonego do podporządkowania się naszej woli, której siła wynika z władzy. Cóż to bowiem za władza, która nie korzysta ze swych prerogatyw i nie wymusza bezwzględnego posłuszeństwa? A dla człowieka, który w wyścigu do sukcesu materialnego musiał pozbyć się sporej części swego człowieczeństwa, stwarza ona na nowo możliwość stania się kimś. Lecz w tym kontekście stać się kimś, to znaczy uczynić innego nikim. Dlatego „poniżam, więc jestem”, tak, trawestując słynne słowa Kartezjusza „myślę, więc jestem”, moglibyśmy wyrazić ów proces konstytuowania siebie przez upokarzanie innych. Gdy ów model działania się upowszechnia, powstaje cała „kultura upokarzania”, w której zwycięzcy potrzebują pokonanych, aby utwierdzić się w swej sile. Indywidualnej i klasowej. Poniżanie czy upokarzanie, upowszechniając się jako zwykły i niebudzący już oporów model działania, zamienia się w uniwersalny mechanizm kształtowania relacji społecznych.

Stworzyliśmy w Polsce system, w którym każdy walczy z każdym, każdy w tej walce jest zdany jedynie na własne siły, silniejsi w niej zasłużenie wygrywają, a słabsi równie zasłużenie ponoszą klęskę

Obawiam się, że tak się właśnie dzieje u nas. Znakiem tego jest m.in. nieomal całkowite znieczulenie na bezwstydne akty upokarzania, które są obecne w licznych programach telewizyjnych typu talent show. Z jednej strony wstępują w nich osoby aspirujące do stania się kimś, często wywodzące się z grup, którym w wyniku zablokowania ścieżek awansu społecznego nie pozostaje nic innego, jak tylko nadzieja na telewizyjny cud zaistnienia choćby przez chwilę, a z drugiej przedstawiciele owej nowej klasy zwycięzców, którzy relacje wyższości i niższości uważają za coś oczywistego. Elementem owej kultury upokarzania są także wspomniane wcześniej folwarczne stosunki pracy identyfikowane dziś w Polsce przez wielu wrażliwych obserwatorów. Poniżanie czy upokarzanie stało się najbardziej poręcznym narzędziem ustanawiania nowych relacji klasowych w świecie, w którym nierówności uważa się za coś naturalnego. Słabe pocieszenie, że narzędzie to stare i sięgano do niego w historii nader często. Smutne jedynie, że nie pamiętamy już, iż czy prędzej, czy później owocuje ono buntem, który czasami przybiera gwałtowne kształty. Przedtem jednak dokonuje ono spustoszenia w tkance społecznej. Czyni społeczeństwo zbiorem jednostek traktujących się nawzajem jak wrogowie, prowadzących permanentną walkę ze sobą, w której wygrać może jedynie ten, kto okaże się bardziej pozbawiony skrupułów (np. nie będzie miał niczego przeciwko haniebnemu procederowi naciągania starszych osób na usługi lub zakup produktów, których w ogóle nie potrzebują i na które ich nie stać, tak dziś rozpowszechnionemu u nas. Państwo przygląda mu się z obojętnością). Niszczy też co bardziej wrażliwe jednostki, które nie chcą się pogodzić z brutalnością i bezwzględnością świata złożonego z ludzi pozbawionych empatii oraz zdolności do odczuwania solidarności. Nie przypadkiem obserwujemy w Polsce lawinowy wzrost samobójstw oraz epidemię schorzeń psychicznych, nie przypadkiem miliony Amerykanów łykają codziennie antydepresanty (jak podaje w jednym ze swych artykułów na łamach „Newsweeka” jego amerykański korespondent prasowy Piotr Milewski, czyni tak ok. 10 procent populacji USA powyżej 6. roku życia!). Darwinizm społeczny jest niszczący wszędzie, gdzie się pojawia. W ostateczności w jego wyniku tracą wszyscy: ci, którzy przegrali lub nie chcieli wziąć udziału w walce i cierpią z powodu poczucia klęski lub nieprzystawalności ich życia do społecznych wyobrażeń sukcesu, i ci, którzy wygrali, przegrywając zarazem siebie. Czy takiego świata chcieliśmy?