W ubiegłym tygodniu napisałam w DGP, że w resorcie zapadła decyzja o budowie pierwszej w Polsce siłowni jądrowej. Napisałam o dwóch potencjalnych lokalizacjach i motywach tej decyzji, podkreślając, że decyzję podjąć musi rząd. W  dniu publikacji minister energii, Krzysztof Tchórzewski dla portalu Wnp.pl mówił tak: „W Ministerstwie Energii – ale jeszcze nie chodzi o cały rząd – jesteśmy przekonani, że ze względów emisyjnych powinniśmy umieścić w naszym miksie energetycznym elektrownię jądrową. Jednak trzeba pokazać między innymi to, że nas stać na takie przedsięwzięcie. Decyzja rządowa zapadnie dopiero wtedy, kiedy Rada Ministrów podejmie uchwałę”.

W maju z kolei mówił: „Osobiście jestem zwolennikiem budowy elektrowni jądrowej. I gdyby to tylko ode mnie zależało, tobym nie zwlekał, tylko możliwie szybko przygotowywał się do budowy”. Nie jest też tajemnicą, że zwolennikiem atomu są Piotr Naimski, minister w kancelarii premiera i pełnomocnik rządu ds. strategicznej infrastruktury energetycznej, a  także wicepremier i minister rozwoju Mateusz Morawiecki. W piątek jednak resort energii wydał komunikat, w którym minister mówi: „Żadna decyzja w tej sprawie jeszcze nie zapadła”. I powtórzył, że ministerstwo zdania co do budowy elektrowni nie zmienia .

Przyznam szczerze, że stanowisko „chciałbym, ale się boję” w  ogóle mnie nie przekonuje. Nie rozumiem, czy resort energii wstydzi się swoich decyzji, czy nie jest ich pewien albo też nie ma przekonania, że są słuszne? W przypadku atomu bowiem od początku roku mamy do czynienia ze schizofrenią. Najpierw słyszeliśmy, że jednak nie będziemy budować. Potem, że musimy, bo to pomoże nam zachować energetykę węglową, gdyż atomówka pozwoli zrównoważyć emisję dwutlenku węgla. Potem minister Tchórzewski tak się zapędził, że na jednym z briefingów powiedział nawet o trzech reaktorach jądrowych w Polsce do 2030 r. (chodziło oczywiście o jeden). Do połowy roku miał być również określony sposób finansowania tej wielomiliardowej inwestycji, ale potem minister się z tego terminu wycofał. Bo skoro nie ma decyzji... No a rząd – a nie resort energii – ma ją podjąć do końca roku.

Teraz więc już naprawdę nie wiem, co ministerstwo chciałoby nam wszystkim zakomunikować. Zastanawiam się też, jak traktować takie oświadczenia i komunikaty. Przede wszystkim z dwóch powodów, trochę mniej już z atomówką związanych. Oto przykłady ostatnich informacji resortu energii.

4 sierpnia wiceminister Grzegorz Tobiszowski powiedział, że „w minionym tygodniu polski system elektroenergetyczny po raz pierwszy od dawna nie był zasilany energią elektryczną pochodzącą z importu”. A to w ubiegłym tygodniu właśnie padł w Polsce kolejny rekord zapotrzebowania na moc w szczycie. W poniedziałek wykres importu prądu do Polski opublikował portal WysokieNapiecie.pl, pokazując dane PSE Operatora i TGE. Okazuje się, że w tym roku nie było jeszcze tygodnia, żebyśmy nie importowali prądu.

Moją uwagę zwróciła także wypowiedź ministra Tchórzewskiego dotycząca wydobycia węgla w Polskiej Grupie Górniczej. Wielokrotnie w DGP pokazywałam dane, z których wynika, że PGG nie osiągnie w tym roku wydobycia na założonym na 2017 r. poziomie 32 mln ton, choć prezes Tomasz Rogala jak mantrę powtarza, że te 32 mln ton wydobędzie. Minister Tchórzewski poszedł o krok dalej i zapowiedział właśnie, że PGG nawet przekroczy tegoroczny plan. I teraz naprawdę nie rozumiem. Skoro przy rzeczach z góry niewykonalnych resort twierdzi, że czarne jest białe, a  białe jest czarne, to czemu nie jest w stanie pokazać stanowiska dotyczącego elektrowni atomowej? Zwłaszcza że w tym wypadku argumentacja ministerstwa jest logiczna i spójna, bez względu na to, czy się z nią zgadzamy, czy nie.

No chyba że w resorcie energii trwa teraz zbiorowe czytanie polskiej wersji „10 lekcji z Fukushimy”, czyli publikacji Komitetu Broszury Fukushima. Japończycy przekonują, że budowa elektrowni atomowej nie jest dobrym pomysłem. W polskiej przedmowie czytamy, że „polski rząd w  2009 r. podjął decyzję o budowie elektrowni atomowej”. W 2010 r. podpisane zostało polsko-japońskie memorandum o współpracy w energetyce jądrowej. „Awaria nuklearna z 2011 r . nie powstrzymała japońskiego rządu od zachęcania Polski do kupna japońskiej elektrowni atomowej. Jesteśmy przekonani, że polskiemu społeczeństwu należą się również informacje o negatywnych skutkach japońskiej energetyki jądrowej, których my tak boleśnie doświadczyliśmy” – piszą we wstępie do polskiego tłumaczenia publikacji Yasuhiro Igarashi i Marcin Wrzos.

W „10 lekcjach z Fukushimy” Japończycy przekonują, że budowa elektrowni atomowej nie jest dobrym pomysłem