Chodzi o sytuację, w której będzie jednocześnie deflacja i spadek płac. W takim przypadku obecne przepisy o waloryzacji spowodują, że emerytury trzeba by zmniejszać. Powód? Przepisy w mechaniczny sposób opisują, jak wyliczana jest podwyżka świadczeń. Podstawą wskaźnika waloryzacji są dwie dane z GUS.

Pierwsza to średnioroczny wskaźnik inflacji za poprzedni rok. Brany pod uwagę jest albo ogólny, albo wyliczany specjalnie dla gospodarstw domowych emerytów i rencistów (uwzględniany jest bardziej korzystny wskaźnik). Drugim komponentem jest dodanie do wskaźnika inflacji co najmniej 20-proc. realnego wzrostu przeciętnego wynagrodzenia w poprzednim roku kalendarzowym. Czy będzie to więcej niż 20 proc., ustala rząd po konsultacjach ze związkami zawodowymi i pracodawcami w połowie roku, gdy znane są założenia budżetowe na kolejny rok. Od kilku lat rząd zostawia ten wskaźnik na poziomie 20 proc.

W lutym minister rodziny i pracy na podstawie wskaźników inflacji i realnego wzrostu płac podanych przez GUS ogłasza wskaźnik waloryzacji. Robi to automatycznie i nie ma tu żadnej dowolności. I tu właśnie może pojawiać się problem. Otóż jeśli wskaźniki inflacji i realnego wzrostu płac są ujemne, to ujemny będzie też wskaźnik waloryzacji i w takim przypadku, jak wynika z przepisu, emerytury powinny zostać ścięte.

– W obecnym przepisie o waloryzacji mamy dwa bezpieczniki. Indeksowanie wskaźnikiem inflacji zabezpiecza przed utratą realnej wartości świadczenia, a dodanie do tego co najmniej 20-proc. realnego wzrostu płac zapewnia, że wzrost emerytur i rent będzie podążał za realnym wzrostem płac w okresie szybkiego wzrostu gospodarczego. Wydaje się, że powinien się znaleźć także trzeci bezpiecznik uniemożliwiający nominalną obniżkę emerytur i rent – mówi DGP Marcin Zieleniecki, wiceminister pracy i polityki socjalnej.

W tej samej ustawie jest przepis dotyczący waloryzacji składek na emerytalnym koncie w ZUS (działa ona na podobnej zasadzie: inflacja plus wskaźnik realnego wzrostu składek na ubezpieczenia emerytalne). Mówi on, że „w wyniku przeprowadzonej waloryzacji stan konta nie może ulec obniżeniu”.

– Z czysto ekonomicznego punktu widzenia, odkładając na bok względy społeczne, to racjonalne wydawałoby się, że jeżeli jest spadek cen i płac, to emerytury też nominalnie nie muszą rosnąć – przekonuje jednak Marcin Mrowiec, główny ekonomista Banku Pekao. Według niego ryzyko ujemnej waloryzacji to nie teoria. Taka sytuacja jak deflacja i spadek płac może wystąpić i niektóre gospodarki już boleśnie to przećwiczyły. W polskich warunkach wydaje się to dziś mało prawdopodobne. Ale do końca nie można wykluczyć takiego scenariusza.

Waloryzacja już ociera się o wskaźnik zero.

GUS podał już dane na temat poziomu cen w 2015 r. Średnioroczny wskaźnik inflacji był ujemny: wyniósł -0,9 proc., a dla gospodarstw emerytów i rencistów było to -0,5 proc. Ten drugi będzie więc podstawą do obliczenia wskaźnika waloryzacji.

Nie wiemy jeszcze, jaki był realny wzrost płac w gospodarce – ten wskaźnik poznamy na początku lutego. Ale możemy przyjąć prognozy rządu z uzasadnienia do ustawy budżetowej na 2016 r. Gabinet Beaty Szydło założył nominalny wzrost na poziomie 3,5 proc. W takim przypadku – jak obliczyliśmy – realny wzrost płac byłby o 0,9 proc. wyższy, czyli wyniósłby 4,4 proc.

Stąd 20 proc. tego wskaźnika użyte przy obliczaniu wskaźnika waloryzacji to 0,88 proc. Od tego trzeba odjąć deflację z gospodarstw emerytów i rencistów. W efekcie wskaźnik waloryzacji może wynieść 0,28 proc., niemal o połowę mniej, niż założył rząd.

Oznacza to, że najniższa emerytura wzrośnie o 2,50 zł, a przeciętna o 5,60 zł. Te wyliczenia pokazują jeszcze jedną rzecz. Gdyby wskaźnik realnego wzrostu płac wyniósł 3 proc., emerytury nie wzrosłyby ani o grosz. Dlatego Sejm przyjął ustawę o jednorazowych dodatkach dla emerytów, które mają osłodzić niewielkie podwyżki. Dodatki w wysokości od 400 do 50 zł mają być wypłacone razem z waloryzacją osobom, których świadczenie nie przekracza 2000 zł według zasady: im niższe świadczenie, tym wyższy dodatek.