Czyli mojej. Zaczęło się od tego, że w dzienniku elektronicznym pojawiło się zaproszenie na warsztaty umiejętności wychowawczych dla rodziców dzieci młodszych „Kocham, szanuję, wspieram, wymagam”. Pomyślałem, czemu nie... Mam troje dzieci i czasami nie mam pojęcia, jak do nich dotrzeć – może czegoś ciekawego się dowiem. W zaproszeniu był telefon, pod który należy zadzwonić, żeby się zapisać. Zadzwoniłem. A pani z poradni powiedziała, że muszę próbować po 15.00. Wtedy będzie inna pani zajmująca się organizacją tego konkretnego szkolenia. Gdy poprosiłem, by po prostu zapisała moje imię i nazwisko i przekazała koleżance, usłyszałem, że nie może tego zrobić, bo ona 30 lat pracuje w poradni i takie są zasady. A jeśli mi zależy, to powinienem się do nich dostosować. Kolejny przykład, już nie mój, z innej poradni. Na tablicy ogłoszeń wiszą zaproszenia na warsztaty, które... odbyły się w październiku i listopadzie. Następne mają się odbyć w marcu, ale o nich nie ma informacji, można się o tym dowiedzieć z bezpośredniej rozmowy z psychologiem. Co robi pani w sekretariacie, gdy ktoś zwraca jej uwagę, że można uaktualnić ogłoszenia? Wzrusza ramionami.

Ktoś powie, że to drobiazgi. Ja odpowiem, że bez dbałości o szczegóły nie da się stworzyć niczego dobrego. Ważne, by zmiany w prawie nie były papierowe, ale żeby za nowymi pomysłami poszły też pieniądze na lepszy sprzęt, nowe etaty i zmotywowanie pracowników. Albo zatrudnienie nowych, nieprzesiąkniętych starą mentalnością. Dzieci z poważnymi problemami jest coraz więcej i państwo powinno pokazać, że w tym wypadku nie jest tylko teoretyczne. Uczniowie i rodzice muszą czuć, że pomoc jest realna, a nie tylko papierowa. W innym wypadku chyba lepiej, żeby pozamykano te poradnie, a pieniądze przeznaczono na psychologów w szkołach.