statystyki

NIK: Stracone miliony na zamawiane studia

autor: Urszula Mirowska-Łoskot27.10.2015, 08:01; Aktualizacja: 27.10.2015, 09:08
student, licealista

Duża część osób przerywała studia już po pierwszym roku (prawie 30 proc. w 2013 r.).źródło: ShutterStock

Większość pracodawców uważa, że absolwenci takich uprzywilejowanych kierunków nie są lepiej niż inni przygotowani do pracy. Z przeznaczonych przez rząd na ten program 1,2 mld zł dużą część pieniędzy przejedzono – twierdzi NIK w najnowszym raporcie.

Kierunki zamawiane to te, które są potrzebne gospodarce. Chodzi o fakultety techniczne, matematyczne i przyrodnicze. Najwyższa Izba Kontroli dobrze ocenia pomysł, gorzej – jego realizację. Przykładem licznych błędów jest system stypendialny.

Pół miliarda dla żaków

Aby zachęcić kandydatów do podejmowania trudnych studiów, Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego zaproponowało stypendium dla 50 proc. studentów – do 1 tys. zł miesięcznie. W sumie w całym programie (obejmował lata 2008–2015) przeznaczono na to 509 mln zł. Świadczenia mogły być przyznawane także studentom pierwszego roku – na podstawie wyników matury. Od drugiego roku mieli je otrzymywać osiągający najlepsze wyniki w nauce. Minister nie ustalił jednak granicznych kryteriów. W skrajnych przypadkach pieniądze otrzymywały więc osoby, których średnia ocen wynosiła 3,1 (np. na Uniwersytecie Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie w ramach projektu pilotażowego). Nie zróżnicowano też wysokości przyznawanych stypendiów – wszyscy dostawali po równo.

– Przedstawiciele studentów sygnalizowali od początku, że program nie wymaga niczego od tych, którzy podejmują kształcenie na kierunkach zamawianych. I że dostają oni pieniądze za samo studiowanie. Nawet nie nałożono na nich obowiązku ukończenia nauki. W efekcie mimo że więcej osób dzięki programowi zaczęło decydować się na zamawiane studia, tylko część zasiliła rynek pracy – komentuje Mateusz Mrozek, przewodniczący Parlamentu Studentów Rzeczypospolitej Polskiej.

NIK to potwierdza: duża część osób przerywała studia już po pierwszym roku (prawie 30 proc. w 2013 r.). Założenia programu były takie, że docelowo (w 2015 r.) rezygnować będzie nie więcej niż 18 proc. studentów.

– Zdarzały się kierunki zamawiane, na których naukę podejmowało np. 15 osób, a kończyły ją z wielkim trudem zaledwie trzy – dodaje Mateusz Mrozek.

– To było do przewidzenia – uważa Włodzimierz Bernacki, poseł PiS. – Zachęta finansowa to kardynalny błąd. Więcej pieniędzy powinno pójść na poprawę oferty edukacyjnej.

Jednak na ten cel uczelnie przeznaczyły znacznie mniej środków. Zaledwie 20 proc. całej puli wydały np. na wykłady wybitnych, polskich i zagranicznych specjalistów, zakup sprzętu do laboratoriów, komputerów, wydawnictw naukowych oraz staże i praktyki. Na niezbędne zajęcia wyrównawcze – głównie z matematyki, fizyki i chemii – wykorzystano tylko 4 proc. funduszy.

NIK zwróciła uwagę, że ukończenie kierunku zamawianego nie zawsze oznacza większą szansę na zatrudnienie. Ponad 51 proc. pracodawców nie dostrzega znacznych różnic w przygotowaniu do wykonywania zawodu między takimi absolwentami a absolwentami innych kierunków. Wiedzę zawodową tych pierwszych pracodawcy ocenili na 3,83 (w pięciostopniowej skali), a jeszcze gorzej ich praktyczne umiejętności – średnio na 3,47.

Zdaniem ekspertów byłoby lepiej, gdyby uczelnie nie mogły aż tak swobodnie dysponować pieniędzmi, które otrzymywały na kształcenie zamawiane. – Należało je zobowiązać do nauki konkretnych umiejętności. Wówczas absolwenci łatwiej odnaleźliby się na rynku pracy – uważa Mateusz Mrozek.

W jego ocenie podobne błędy rząd popełnia w nowym programie „Studia dla wybitnych”, który zostanie ogłoszony pod koniec października i z którego studenci będą mogli pozyskać pieniądze na kształcenie za granicą, np. na Harvardzie.

– W tym przypadku wprowadzono wprawdzie obowiązek zwrotu pieniędzy, ale będzie można się od niego uwolnić, o ile absolwent przez pięć lat będzie opłacać składki na ZUS lub podejmie studia doktoranckie. Nie ma więc gwarancji, że osoba, na której kształcenie za granicą rząd wyda np. 300 tys. zł, odpracuje te pieniądze. Przykładowo, jeżeli zainteresowany dostanie atrakcyjną ofertę pracy za granicą, nie będzie się wahał. Nie wybierze gorzej opłacanej posady w Polsce. Założy tu działalność gospodarczą tylko po to, by odprowadzać składki – mówi Mateusz Mrozek.

Wybrakowane dane

NIK podkreśla również, że trudno jest w pełni ocenić program. Ani ministerstwo, ani Narodowe Centrum Badań i Rozwoju nie monitorowały losów absolwentów kierunków zamawianych. Nie można więc było ustalić, czy znaleźli pracę. – Żadna z tych instytucji nie wiedziała też, ile osób korzystających ze stypendiów ukończyło studia – zaznacza NIK. I dodaje, że w takiej sytuacji niemożliwe było zbadanie efektywności wykorzystania środków publicznych przeznaczonych na świadczenia dla studentów.

NIK zauważa jednak, że dzięki programowi udało się zwiększyć atrakcyjność kierunków ścisłych. W roku akademickim 2005/2006 ich absolwenci stanowili zaledwie ok. 16 proc. wszystkich osób kończących szkoły wyższe. W 2013 r. odsetek ten wzrósł do 21 proc. 

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy INFOR Biznes. Zapoznaj się z regulaminem i kup licencję
Źródło:Dziennik Gazeta Prawna

Polecane

reklama

  • Jan(2015-10-27 13:00) Odpowiedz 10

    Można to było zrobić bardzo prosto i przejrzyście: stypendia dla tych najlepszych maturzystów, którzy wybiorą kierunek uznany za potrzebny. Oni sami powinni wybierać uczelnię. Przy okazji okazałoby się, które uczelnie są dobre i na jakie kierunki (spośród tych "potrzebnych") jest wiekszy popyt.

    Niestety wyboru dokonywali urzędnicy według bardzo niejasnych kryteriów. Na tym samym wydziale jeden rocznik był "zamawiany" i nawet średni studenci brali po 1000 zł, a inny rocznik nie odstaawał nic. Czesem kiepska uczelnia miała te stypendia, a najlepsza uczelnia - ich nie miała. Nie było zbytniej logiki, zwłaszcza na początku funkcjonowania. Zmarnowano setki milionów - bez sensu.

  • Waldek(2015-10-28 01:30) Odpowiedz 00

    Stypendia poszły dokładnie w błoto. Bardzo demoralizujący pomysł.
    Zajęcia wyrównawcze to po prostu żart (jeśli one są potrzebne, to powinno się je na trwałe wprowadzić do programów studiów, ale z jakichś powodów uczelnie nie są tym zainteresowane).
    Wykłady realizowane przez "najlepszych specjalistów" to kolejna strata środków finansowych - studenci nie potrafiący dodawać ułamków nie mogli skorzystać z takich zajęć, które są potrzebne dopiero na studiach doktoranckich.
    Strzałem w dziesiątkę był program stażowy w firmach oraz sfinansowanie zajęć prowadzonych przez specjalistów z biznesu.
    Porażką był brak wsparcia dla infrastruktury technicznej - już za ułamek tych pieniędzy można było istotnie unowocześnić laboratoria dydaktyczne, Ale to był "Kapitał ludzki" i na sprzęt można było przeznaczyć grosze.

  • Linea(2015-11-02 22:41) Odpowiedz 00

    Osobiście mnie najbardziej raziły nierówne zasady przyznawania stypendiów na poszczególnych uczelniach w Polsce. Studiowałam kierunek zamawiany jako drugi fakultet na tej samej uczelni X. Z racji tego pomimo ponad przeciętnych wyników w nauce i ukończenia I stopnia studiów nie dostawałam na tym kierunku ani grosza. Moja znajoma studiowała kierunek zamawiany również jako drugi kierunek na uczelni Y. Wyniki z matury miała dość dobre, więc na I roku załapała się na stypendium ok. 1500 zł/m-ąc. Studiów nie traktowała poważnie, bardziej zarobkowo i turystycznie - wyjazdy na sponsorowane w dobrych hotelach praktyki :D Pierwszego roku oczywiście nie zaliczyła, bo po co - przecież z takimi wynikami nie miała szansy na stypendium, a co zarobiła to bylo juz jej. I o to właśnie polska sprawiedliwość!

Twój komentarz

Zanim dodasz komentarz - zapoznaj się z zasadami komentowania artykułów.

Widzisz naruszenie regulaminu? Zgłoś je!

Dowiedz się więcej

Prawo na co dzień

Galerie

Polecane

reklama