Kierunki zamawiane to te, które są potrzebne gospodarce. Chodzi o fakultety techniczne, matematyczne i przyrodnicze. Najwyższa Izba Kontroli dobrze ocenia pomysł, gorzej – jego realizację. Przykładem licznych błędów jest system stypendialny.

Pół miliarda dla żaków

Aby zachęcić kandydatów do podejmowania trudnych studiów, Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego zaproponowało stypendium dla 50 proc. studentów – do 1 tys. zł miesięcznie. W sumie w całym programie (obejmował lata 2008–2015) przeznaczono na to 509 mln zł. Świadczenia mogły być przyznawane także studentom pierwszego roku – na podstawie wyników matury. Od drugiego roku mieli je otrzymywać osiągający najlepsze wyniki w nauce. Minister nie ustalił jednak granicznych kryteriów. W skrajnych przypadkach pieniądze otrzymywały więc osoby, których średnia ocen wynosiła 3,1 (np. na Uniwersytecie Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie w ramach projektu pilotażowego). Nie zróżnicowano też wysokości przyznawanych stypendiów – wszyscy dostawali po równo.

– Przedstawiciele studentów sygnalizowali od początku, że program nie wymaga niczego od tych, którzy podejmują kształcenie na kierunkach zamawianych. I że dostają oni pieniądze za samo studiowanie. Nawet nie nałożono na nich obowiązku ukończenia nauki. W efekcie mimo że więcej osób dzięki programowi zaczęło decydować się na zamawiane studia, tylko część zasiliła rynek pracy – komentuje Mateusz Mrozek, przewodniczący Parlamentu Studentów Rzeczypospolitej Polskiej.

NIK to potwierdza: duża część osób przerywała studia już po pierwszym roku (prawie 30 proc. w 2013 r.). Założenia programu były takie, że docelowo (w 2015 r.) rezygnować będzie nie więcej niż 18 proc. studentów.

– Zdarzały się kierunki zamawiane, na których naukę podejmowało np. 15 osób, a kończyły ją z wielkim trudem zaledwie trzy – dodaje Mateusz Mrozek.

– To było do przewidzenia – uważa Włodzimierz Bernacki, poseł PiS. – Zachęta finansowa to kardynalny błąd. Więcej pieniędzy powinno pójść na poprawę oferty edukacyjnej.

Jednak na ten cel uczelnie przeznaczyły znacznie mniej środków. Zaledwie 20 proc. całej puli wydały np. na wykłady wybitnych, polskich i zagranicznych specjalistów, zakup sprzętu do laboratoriów, komputerów, wydawnictw naukowych oraz staże i praktyki. Na niezbędne zajęcia wyrównawcze – głównie z matematyki, fizyki i chemii – wykorzystano tylko 4 proc. funduszy.

NIK zwróciła uwagę, że ukończenie kierunku zamawianego nie zawsze oznacza większą szansę na zatrudnienie. Ponad 51 proc. pracodawców nie dostrzega znacznych różnic w przygotowaniu do wykonywania zawodu między takimi absolwentami a absolwentami innych kierunków. Wiedzę zawodową tych pierwszych pracodawcy ocenili na 3,83 (w pięciostopniowej skali), a jeszcze gorzej ich praktyczne umiejętności – średnio na 3,47.

Zdaniem ekspertów byłoby lepiej, gdyby uczelnie nie mogły aż tak swobodnie dysponować pieniędzmi, które otrzymywały na kształcenie zamawiane. – Należało je zobowiązać do nauki konkretnych umiejętności. Wówczas absolwenci łatwiej odnaleźliby się na rynku pracy – uważa Mateusz Mrozek.

W jego ocenie podobne błędy rząd popełnia w nowym programie „Studia dla wybitnych”, który zostanie ogłoszony pod koniec października i z którego studenci będą mogli pozyskać pieniądze na kształcenie za granicą, np. na Harvardzie.

– W tym przypadku wprowadzono wprawdzie obowiązek zwrotu pieniędzy, ale będzie można się od niego uwolnić, o ile absolwent przez pięć lat będzie opłacać składki na ZUS lub podejmie studia doktoranckie. Nie ma więc gwarancji, że osoba, na której kształcenie za granicą rząd wyda np. 300 tys. zł, odpracuje te pieniądze. Przykładowo, jeżeli zainteresowany dostanie atrakcyjną ofertę pracy za granicą, nie będzie się wahał. Nie wybierze gorzej opłacanej posady w Polsce. Założy tu działalność gospodarczą tylko po to, by odprowadzać składki – mówi Mateusz Mrozek.

Wybrakowane dane

NIK podkreśla również, że trudno jest w pełni ocenić program. Ani ministerstwo, ani Narodowe Centrum Badań i Rozwoju nie monitorowały losów absolwentów kierunków zamawianych. Nie można więc było ustalić, czy znaleźli pracę. – Żadna z tych instytucji nie wiedziała też, ile osób korzystających ze stypendiów ukończyło studia – zaznacza NIK. I dodaje, że w takiej sytuacji niemożliwe było zbadanie efektywności wykorzystania środków publicznych przeznaczonych na świadczenia dla studentów.

NIK zauważa jednak, że dzięki programowi udało się zwiększyć atrakcyjność kierunków ścisłych. W roku akademickim 2005/2006 ich absolwenci stanowili zaledwie ok. 16 proc. wszystkich osób kończących szkoły wyższe. W 2013 r. odsetek ten wzrósł do 21 proc.