statystyki

Nasze dzieci to największe pierdoły na świecie? Hodujemy zombi, które nie wiedzą kim są

autor: Rafał Drzewiecki06.09.2015, 09:00; Aktualizacja: 11.01.2016, 13:55
Wzrost postaw roszczeniowych idzie w parze z wyuczoną bezradnością

Wzrost postaw roszczeniowych idzie w parze z wyuczoną bezradnością

Hodujemy zombi, które nie wiedzą, kim są i dokąd zmierzają. Żyją w tyranii optymizmu, przekonane, że mogą wszystko, że mają równe szanse, że wystarczy chcieć, by mieć. A nie potrafią poradzić sobie nawet z komarem, a co dopiero z krytyką czy wzięciem odpowiedzialności za innych

Reklama


Reklama


Witam, czy wasze dzieci były na obozie harcerskim? Wszystko OK, tylko przerażają mnie te namioty w środku lasu. A co w sytuacji, jak jest burza?” – pyta Beata na internetowym forum pod hasłem „Obóz harcerski”. „Namioty namiotami. Moje dziecko zraziło się w zeszłym roku brakiem higieny. Syf, brud, kąpiele sporadyczne, wróciła totalnie brudna” – odpowiada jej Zofia. Tę bezradność rodziców i dzieci potęgują obecne przepisy. Rok temu sanepid chciał zamknąć obóz harcerski koło Ustki, bo nie było tam elektryczności. Dwa lata temu w Bieszczadach kazano organizatorom obozu survivalowego pociągnąć rurami wodę z ujęcia oddalonego o trzy kilometry. W sumie trudno się więc dziwić, że w styczniu tego roku wychowawca zimowiska koło Karpacza zorganizował zamiast ogniska „świecznisko” w świetlicy, bo na zewnątrz było minus 10 stopni i dzieciaki poskarżyły się rodzicom, że nie chcą marznąć, a ci zagrozili opiekunowi interwencją w kuratorium, jeśli nie odwoła „niebezpiecznej zabawy”.

– Jak zaczynałem przygodę z harcerstwem, wiele lat temu, obozy przygotowywaliśmy od zera. W las pierwsi jechali najbardziej sprawni i silni harcerze, cięli siekierkami drzewa, kopali latryny, myli się w górskim lodowatym strumieniu. Cały obóz budowaliśmy własnymi rękoma. Nikt się nie zastanawiał, czy jajka na jajecznicę zostały wyparzone w „wydzielonym, oznakowanym stanowisku wyparzania jaj”. Dzisiaj nie wolno dać młodemu siekiery, bo jest narzędziem niebezpiecznym, witki nie można uciąć, bo drewno się kupuje w nadleśnictwie. Zamiast dziury w ziemi są wypożyczane toi toie, a każdy garnek czy półka w magazynie muszą być sprawdzone przez armie kontrolerów z sanepidu, gmin i przeróżnych straży. Obozy stawiają profesjonalne firmy, a dzieciaki przyjeżdżają na gotowe, zamiast plecaków mają walizki na kółkach, repelenty i kremy do opalania – opowiada były już harcmistrz z podwarszawskiej miejscowości. Woli pozostać anonimowy, bo dorabia, choć tylko okazjonalnie i nieharcersko, na letnich obozach dla młodzieży.

– Przyjeżdżają takie potworki przekonane o swojej wyjątkowości, mądrości i zaradności, a wrzeszczą w panice, jak zobaczą osę czy komara. Na byle uwagę wychowawcy od razu dzwonią do mam i tatusiów ze skargą, a ci z pretensjami do nas. Cholera mnie bierze, ale cóż poradzić, klient nasz pan. No to robię im ognisko w pokoju na ekranach ich tabletów, bo dym z płonących szczap gryzłby ich w oczy – tłumaczy.

Z łezką w oku czyta dziś w necie wspomnienia ludzi z jego pokolenia, jak w latach 80. wcinali jagody bez strachu, że chory lis je obsikał. Teraz jest psychoza, więc na wszelki wypadek dzieci do lasu nie wysyła się w ogóle, dlatego przerażają je pająki, komary czy osy, a z grzybów znają tylko pieczarki. Z rozrzewnieniem przypomina sobie, jak ganiał w krótkim rękawku w deszcz, przeziębił się i babcia dała mu miód ze spirytusem, cytryną i czosnkiem, i nikt nie oskarżył babci o rozpijanie młodzieży, a on wstał następnego dnia zdrów jak ryba. Dziś na lekki ból gardła dzieciaki dostają antybiotyki, a po złamaniu palca zwolnienie na cały rok z WF. Nikt mu nie pomagał odrabiać lekcji, bo musiał się uczyć sam, a za błędy ortograficzne ojciec go po kilku ostrzeżeniach w końcu sprał, bo tłumaczenie nieuctwa dysgrafią nie było wtedy tak postępowe jak dziś. Gdy z kumplami poszli nad jezioro, nie było ratowników, społecznych kampanii ostrzegających przez skakaniem na główkę i jakoś ani on, ani żaden z jego znajomych karku nie skręcił. A skakali do wody z wysokiego brzegu aż miło. Gdy rozbił nos na rowerze, ciężkim, stalowym składaku bez przerzutek i profilowanych opon, w szkole sińce pod oczyma nie zaalarmowały wychowawców i do rodziców nie przyjechała z interwencją opieka społeczna w obstawie policji. Teraz miałby rozmowę z psychologiem, która uświadomiłaby mu, że jest wrażliwym człowiekiem, z pełnymi prawami i nie wolno nikomu przekraczać jego prywatnej strefy, więc jeśli rodzice go biją, powinien to zgłosić.

– Gdy dostałem manto od silniejszego zabijaki z podwórka i wróciłem zapłakany do domu, ojciec powiedział, żebym się nie mazgaił, bo mężczyzna musi stawiać czoła przemocy. Siłą. Czasami przegram, czasami wygram, ale takie jest życie. A następnego dnia pojechaliśmy do klubu sportowego, gdzie zapisał mnie na boks – opowiada.

„Kochamy rodziców za to, że wtedy jeszcze nie wiedzieli, jak nas należy »dobrze« wychować. To dzięki nim spędziliśmy dzieciństwo bez ADHD, bakterii, psychologów, znudzonych opiekunek, żłobków, zamkniętych placów zabaw i lekcji baletu” – takie wspomnienia w internecie młodzi czytają dziś jak bajkę o żelaznym wilku.

Ale dwie lewe ręce mają nie tylko najmłodsi. W domach gniją całe pokolenia niedorajdów, włącznie z trzydziestolatkami, przekonanymi, że guzika w koszuli nie da się przyszyć bez certyfikatu krojczego. I nie jest to pusta konstatacja autora tego tekstu w myśl przekonania każdego dorosłego, że „za moich czasów młodzież była bardziej zaradna”, tylko wyniki naukowych analiz. Gdziekolwiek spojrzeć, jest gorzej, niż było.

Tylko do pierwszego potu

Naukowcy Akademii Wychowania Fizycznego w Warszawie od wielu lat badają kondycję fizyczną polskiej młodzieży. Ich wnioski są zatrważające: 30 lat temu dzieciaki były znacznie bardziej sprawne niż ich rówieśnicy obecnie. Uczniowie szkół podstawowych z miejsca skakali w dal 129 cm, dzisiaj skoczą najwyżej metr. 600 m przebiegali dawniej średnio w 3 minuty i 5 sekund, teraz wloką się 40 sekund wolniej. Ale prawdziwy dramat widać w sile – kiedy nie było jeszcze internetu, uczeń potrafił w zwisie wytrzymać 17 sekund, teraz zaledwie 7. O załamaniu sportowych wyników mówią też trenerzy – mimo specjalistycznych planów wysiłkowych, nowoczesnego sprzętu i odzieży, ogólnodostępnych siłowni czy placów do ćwiczeń osiągnięcia sportowe są – delikatnie mówiąc – mizerne. I to mimo że sport uprawia dziś dwa razy więcej osób niż 20–30 lat temu. Tyle że to ćwiczenia tylko do pierwszego potu. Psycholodzy mówią o syndromie nadmiaru możliwości i wynikającego z tego braku wytrwałości. Młodzi rezygnują z doskonalenia się w danej dziedzinie, jeśli tylko napotkają pierwszą trudność. Od razu próbują nowych rzeczy. W konsekwencji mamy mnóstwo nowych dyscyplin, hobby czy możliwości spędzania wolnego czasu. Wszystko to jednak robią po łebkach, żeby tylko zaliczyć, żeby się pokazać na słitfoci w portalu społecznościowym. To powierzchowne próbowanie wszystkiego oznacza, że tak naprawdę nie potrafią niczego.

– Dziś żyjemy w świecie panoptykonu, o którym mówił Michel Foucault, więzienia, w którym wszyscy wszystkich obserwują. Dążymy więc do tego, by się pokazać z jak najlepszej strony. Cokolwiek zaczynamy robić, robimy już nie tyle dla siebie, co dla poklasku, dla pokazania innym. Nie biegamy już dla zdrowia, dla kondycji, tylko żeby pokonywać kolejne dystanse, bić kolejne rekordy, które od razu wrzucamy do internetu. Podobnie jak jazda na rowerze czy ćwiczenia w siłowni. Jednak ten imperatyw ciągłego zdobywania sukcesu powoduje, że zawsze jesteśmy przegrani. Bo jeśli tylko na tym budujemy system własnej wartości, wystarczy drobne potknięcie, żeby ta cała psychologiczna konstrukcja się zawaliła. I wtedy stajemy się bezradni – tłumaczy psycholog Małgorzata Osowiecka z SWPS Uniwersytetu Humanistycznospołecznego w Sopocie.

Podczas zeszłorocznych wykładów w The Royal Institution w Londynie prof. Danielle George z Uniwersytetu w Manchesterze przedstawiła badania, z których wynika, że młodzi, ale już dorośli ludzie stali się uzależnieni od gotowych rozwiązań technologicznych oferowanych przez rynek. W przypadku domowej awarii nawet nie próbują sami naprawić zepsutego kontaktu czy przerwanego kabla odkurzacza. Ba, większość z nich uważa, że urządzenia „po prostu działają”, i nie ma pojęcia, co robić, jak się coś z nimi stanie. Najczęstszymi rozwiązaniami są wezwanie na pomoc specjalistycznej firmy albo wymiana niedziałającego urządzenia na nowe. Kto bogatemu zabroni, ale problem polega na tym, że pytani przez badaczy, czy pomyśleli o naprawie, przylutowaniu zerwanego kabelka, nie zdawali sobie nawet sprawy, że tak można. Pochłonął ich świat jednorazówek.

Albo supermen, albo nikt

Dla tego jednak, kto sądzi, że taka życiowa postawa pierdoły to domena osób niezbyt lotnych, kubłem zimnej wody niech będą słowa prof. Jonathana Droriego, który podczas konferencji naukowej TED (Technology, Entertainment and Design) w Kalifornii, organizowanej przez amerykańską organizację non profit Sapling Foundation, opowiedział o eksperymencie przeprowadzonym kilka lat temu w Instytucie Technologicznym w Massachusetts (MIT), uważanym za jedną z najbardziej prestiżowych uczelni na świecie. Naukowcy odwiedzili świeżo upieczonych inżynierów z MIT i zapytali, czy można zapalić żarówkę za pomocą baterii i drutu. – Zapytaliśmy: umiecie to zrobić? Powiedzieli, że to niemożliwe. I nie wyśmiewam tu Amerykanów. Tak samo jest w Imperial College w Londynie – opowiadał rozbawionym słuchaczom prof. Drori.

Lecz to śmiech przez łzy, bo to przecież ci młodzi ludzie niebawem przejmą, a nawet już przejmują stery rządów, gospodarek, bo to oni zaczynają decydować o kierunkach rozwoju świata. Tymczasem dochowaliśmy się, i nadal tak wychowujemy, rzeszy wydmuszek nasączonych wiedzą, z której nie potrafią skorzystać, o skorupkach tak słabych, że pękają od pierwszego niepowodzenia, ba – od niepochlebnej opinii czy krytyki. Inżynierowie z MIT z pewnością doskonale poradzą sobie z odczytaniem schematów silników rakietowych, ale mają problemy z wyzwaniami codziennego życia.

Już ponad 10 lat temu historyk literatury, eseista, profesor Uniwersytetu Gdańskiego Stefan Chwin alarmował, że błędem współczesnego modelu wychowawczego jest tyrania optymizmu, tyrania udawania, że wszystko będzie OK – tylko się starajcie i uczcie pilnie. Że wystarczy wiara, iż wszyscy mogą wszystko, że wystarczy chcieć, by móc. Jednak takie głosy rozsądku przegrały z przekonaniem, iż wszyscy są równi i mają takie same szanse, a szczęśliwy człowiek to człowiek sukcesu. – Zastąpiliśmy zasady i wartości hiperliberalizmem, który zaprowadził nas na manowce – wskazuje prof. Joanna Moczydłowska z Politechniki Białostockiej.

Przede wszystkim równość to fikcja. Są ludzie bardziej i mniej zdolni, inteligentni i gamonie. – Ludzie są po prostu różni. Jedni mają temperament flegmatyczny, inni choleryczny. To są cechy wrodzone, niezależne od oddziaływania rodziny, szkoły czy pracodawcy. To właśnie geny decydują, dlaczego tak rozbieżne potrafią być ścieżki kariery rodzeństwa, które wychowywane było w jednym domu, w tych samych warunkach, które miało taki sam start i potencjalne możliwości środowiskowe – tłumaczy prof. Moczydłowska.

Zdolnej, inteligentnej młodzieży nie przybędzie dlatego, że udało się wmówić młodym ludziom, że mogą sięgnąć po nieosiągalne. 20 lat temu do szkół z maturą szło najwyżej 30 proc. uczniów po podstawówce. Dziś wskaźnik ten sięgnął prawie 90 proc. Na rynku pojawiła się więc armia z dyplomami, niestety zbyt często bez zdolności, umiejętności i pasji. – Wielu ludziom robimy tym krzywdę. Tej nadprodukcji magistrów rynek nie przyjmuje, rodzi się za to frustracja z niespełnienia oczekiwań, którymi ładuje się ich od najmłodszych lat. Jeśli kibol, który się spełnia, ćwicząc z ciężarkami, pozostanie w dorosłym życiu na swoim poziomie i w swoim otoczeniu, będzie żył w zgodzie z samym sobą, to z punktu widzenia psychologii jest dla wszystkich korzystne. Jeśli ulegnie ułudzie i pójdzie na studia, którym intelektualnie nie jest w stanie sprostać, będzie to groźne dla jego psychiki i otoczenia, na którym może wyładować swoją późniejszą frustrację – zauważa ekspertka.

Społeczeństwo zachłysnęło się – jak to nazywają specjaliści – amerykanizacją oczekiwań, że każdy może wszystko, i napakowaniem energią do nieustannego odkrywania w sobie supermena. Sęk w tym, że imperatyw wzlatywania ponad poziomy nie ma poduszki bezpieczeństwa. W dzisiejszym świecie jest tylko jeden cel: osiągnięcie sukcesu, ale nie ma porażki. Jest tylko pochwała, ale nie ma krytyki. Jest tylko rozwiązywanie problemów, ale nie ma problemów.

Dzieciom zakłada się kaski, gdy jadą rowerem czy na nartach. Dodatkowo nakolanniki, nałokietniki i ochraniacze na dłonie – gdy zakładają rolki. Przy jeździe konnej modne stały się żółwiki, czyli ochraniacze na kręgosłup. Wszystko dla ich bezpieczeństwa. Zapomina się jednak przy tym o najważniejszym – o zrozumieniu przez dziecko konsekwencji swojego zachowania. Jeśli postąpi nierozważnie, powinno zaboleć, bo ból ostrzega i uczy. Jeśli postąpi głupio, powinno zaboleć mocno i boleć długo, bo ból to najlepszy nauczyciel. Ale nie zaboli w ogóle, bo są środki ochronne. A jeśli Jaś się nie nauczy, że prędkość na rowerze plus nieuwaga są groźne i mogą wywołać ból, Jan nie zrozumie, że szybkość auta plus nieuwaga oznacza już śmierć.

– Mnożenie zakazów i nakazów sprawia, że młodzi ludzie nie potrafią sami sobie wyznaczać granic. Nie rozumieją konsekwencji swoich czynów, nie mają kontroli nad swoim zachowaniem i postępują bezrefleksyjnie. Dlatego nawet najbardziej agresywne reklamy społeczne przedstawiające skutki zażywania dopalaczy nie będą skuteczne, bo zadziała tu mechanizm obronny – nie damy sobie rady z taką hardkorową informacją, więc musimy ją odrzucić. I młodzi niemający własnych fatalnych doświadczeń taki przekaz odrzucają – zaznacza psycholog Małgorzata Osowiecka.

– I do tego ta nieustająca nadopiekuńczość. Ostatnie badania wskazują, że już 43 proc. Polaków mieszka razem z rodzicami, a w wielu przypadkach powodem nie są wcale problemy finansowe. Tak czują się bezpieczniej, wolą pozostać pod rodzicielskim parasolem. Gdy byli mali, rodzice mówili: nie biegaj, bo się wywrócisz i stłuczesz kolano, do szkoły nosili za nich ciężkie tornistry, a teraz mówią: nie pracuj, masz jeszcze czas, my ci pomożemy. Takie ograniczanie samodzielności u dorosłego człowieka to dramat, bo on nie potrafi wziąć odpowiedzialności za siebie i innych. Rezygnuje z podejmowania wyzwań w imię trwania w sferze komfortu – przestrzega prof. Joanna Moczydłowska.

Być to być widzianym

Szklany klosz, pod którym chowamy nasze dzieci, nie wystawiając ich na trudy życia i ryzyko porażki, powoduje, że zatracają umiejętności krytycznego postrzegania rzeczywistości. W USA według sondażu przeprowadzonego przez Columbia University aż 85 proc. rodziców wierzy, że trzeba wmawiać dzieciom, iż są inteligentne, i chwalić je na każdym kroku. Tymczasem – jak przekonuje psycholog Carol Dweck – to błąd wychowawczy. Przez 10 lat badała osiągnięcia uczniów kilkunastu szkół w Nowym Jorku. Z jej eksperymentów i analiz wynika, że dzieci, które po udanym rozwiązaniu testu były chwalone za mądrość i zdolności, szybciej osiadały na laurach i unikały kolejnych wyzwań, niż te, u których doceniano wysiłek i ciężką pracę w osiągnięcia sukcesu. Te „mądre z natury” bały się porażki przy trudniejszych zadaniach, bo podważałaby one ich wysoką samoocenę. Nie chciały się przekonać, że jednak nie są tak inteligentne, jak uważa otoczenie. A jak już podejmowały ryzyko i skończyło się to niepowodzeniem, rezygnowały z dalszych prób, by nie pogłębiać poczucia przegranej. Te zaś, których sukces był skomentowany jako efekt ciężkiej pracy, dużo chętniej sięgały po bardziej skomplikowane zadania, a niepowodzenie tylko motywowało je do dalszej pracy.

Amerykański psycholog społeczny, prof. Roy F. Baumeister z Uniwersytetu Stanowego Florydy, mówi wprost, że bezstresowe wychowanie prowadzi do spadku motywacji. Porównując zachowanie uczniów USA z rówieśnikami z Japonii i Chin, gdzie rodzice i nauczyciele stosują kary cielesne za złą naukę, doszedł do wniosku, że to właśnie stres i strach zwiększają szansę na osiągnięcie celów. Zaś sztuczne wzmacnianie u dzieci poczucia własnej wartości i puste pochwały powodują, że gdy dorastają, nie radzą sobie nawet z niewielkimi porażkami. Utożsamiają je z własnymi słabościami – przecież wszyscy są ponoć równi i każdego stać na wszystko – czują się oszukani i odreagowują niepowodzenia agresją.

Przez ostatnie lata – kontynuuje prof. Baumeister – tysiące naukowych prac rozwodziły się w samych superlatywach nad pozytywnymi skutkami wychowywania bez stresu, budowania w młodych poczucia własnej wartości i wysokiej samooceny, traktowanych jako lekarstwo na całe zło dojrzewania. Ograniczono, wręcz zlikwidowano krytykę, stawiając na piedestale pochwałę. Agresję dorastającej młodzieży odczytywano zaś jako próbę gwałtownego uzupełniania niskiej samooceny. Tymczasem dzisiaj okazuje się, że jest odwrotnie. Przez te lata wyhodowaliśmy „praise junkie”, uzależnionych od pochwał, którzy w zderzeniu z rzeczywistością nie umieją sobie z tym poradzić i reagują agresją z powodu zbyt wysokiego mniemania o sobie. – Ta konkluzja to największe rozczarowanie nauki w mojej karierze – przyznaje profesor Baumeister.

Przeżywamy kryzys wartości – zaznacza prof. Joanna Moczydłowska. – Kiedyś oddzielało się „być” od „mieć”, jakość życia od jego poziomu. 20 lat rozpasania konsumpcjonizmu sprawiło, że dzisiaj zrównaliśmy te pojęcia. Nie tylko „być” utożsamia się z „mieć”, ale „być” oznacza być widzianym. Stąd tak gwałtowny wzrost popularności wszelkich talent show, stąd powiedzenie, że jak cię nie ma na Facebooku, to nie istniejesz. Stąd miarą wartości człowieka stały się internetowe lajki, a wzorem sukcesu życiowego kariera celebryty – wylicza psycholog.

Młodzi napompowani fantazjami, że są mądrzy, zdolni, wyjątkowi, karmią swoje ego pochwałami – ze strony rodziny, nauczycieli i głównie świata wirtualnego – oraz zarozumialstwem, uznając to za siłę, a skromność za słabość. Potem lądują na kasie w supermarkecie i trudno im to zaakceptować. Ale nawet ci, którzy mają szczęście i trafiają do lepszych z pozoru prac, zderzają się z trudnymi do pokonania różnicami pokoleniowymi. – Różnice między pokoleniami zawsze istniały, ale teraz to jest przepaść. To są już wrogie plemiona. Gdy młody człowiek trafia do firmy, jej szef ma co najmniej 40 lat. A z reguły więcej. I pojawia się trudność nawet na poziomie podstawowej komunikacji. Oni używają innego języka, te same słowa mają dla nich inne znaczenie. A co dopiero mówić o różnicach w aspiracjach, mentalności, postawach życiowych, kulturze – wskazuje psycholog z Politechniki Białostockiej.

Tsunami bezradności

Niespełnione nadzieje i wzajemne nierozumienie w tak powszechnym rozmiarze czynią społeczeństwo słabym. Zamiast leczyć przyczyny, ludzie wybierają antydepresanty, zakładając kolejne kaski ochronne mające uchronić przed skutkami. Efekt? 40 proc. wrocławskich studentów przyznaje się do lęków i zaburzeń nastroju, co 20. cierpi na głęboką depresję, która wymaga leczenia – alarmują naukowcy z Katedry Psychiatrii Akademii Medycznej we Wrocławiu. Z raportu „Epidemiologia zaburzeń psychiatrycznych i dostępność psychiatrycznej opieki zdrowotnej” z 2012 r. wynika, że 2,5 mln Polaków ma zaburzenia lękowe, milion – depresje i manie, kolejny bierze narkotyki, a ponad 3 mln to alkoholicy. Nastąpił lawinowy wzrost przypadków lekomanii i uzależnień od psychotropów. Wśród ofiar największy odsetek to właśnie młodzi.

– Wzrost postaw roszczeniowych idzie w parze z wyuczoną bezradnością. Jedni biorą pastylki, inni ukrywają ją za drogim ciuchem, autem czy gadżetem. Lęk i bezsilność przykrywają tysiącami znajomych na portalach społecznościowych i kolekcjonowaniem lajków dla każdego swojego działania. Jeszcze inni korzystają z usług coachingu, gdzie płacą za odkrywanie ich własnego ja. To patologia – podsumowuje prof. Moczydłowska.

Obok kryzysu wartości psycholog wskazuje również na kryzys tożsamości. Poprawność polityczna obowiązująca w przestrzeni publicznej przeniknęła w sfery prywatne. Rozmyły się tradycyjne role społeczne obu płci, obowiązuje uniseksualność. – Jak dziś wygląda wychowanie mężczyzny? Bardzo często chłopca wychowuje samotna matka wspierana przez babcię lub nianię, a wychowawca w szkole to też najczęściej kobieta. Chłopak rozwija się w kobiecej sferze, gdzie dba się o paznokcie i ciało. On przejmuje te wzorce. Pomyliliśmy rozwój z absurdem, odeszliśmy od praw natury, gdzie każda płeć ma swoje uwarunkowane biologicznie i kulturowo miejsce. Doszło do tego, że w Szwecji na chłopcach wymusza się zabawę lalkami, by ich rozwój nie był zdefiniowany płcią. To sztuczne, a walka z naturą zawsze kończy się źle. Efekty już zresztą widać. Chłopcy zaczynają się gubić, nie rozumieją swoich predyspozycji, nie znają potencjału. To niestety promieniuje wyżej – na uczelniach pojawił się przedmiot: alternatywna rodzina. Skoro nie umiemy zdefiniować tak podstawowego bytu jak rodzina, nie dziwmy się, że młodzi nie wiedzą, kim są i dokąd zmierzają – zauważa prof. Joanna Moczydłowska.

Dodaje, że gdy swoich studentów poprosiła o podanie trzech cech, które są mocnymi i słabymi stronami ich osobowości, w większości nie potrafili tego zrobić. – A jak nie wiesz, dokąd idziesz, to nie wiesz, gdzie dojdziesz – konkluduje.

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy INFOR Biznes. Zapoznaj się z regulaminem i kup licencję

Reklama


Źródło:Dziennik Gazeta Prawna

Polecane

Reklama

  • JAWA(2016-02-21 22:55) Odpowiedz 44415

    w dawnych dobrych PRLowskich czasach fajnie było bo - dzieci jeździły bez kasków a jak rozwalały sobie głowy to nauczało je zaradności - bicie za błędy ortograficzne dziecka z dysORTOgrafią wychodziło mu na zdrowie (dysgrafia jest wtedy, gdy brzydko piszemy), no super. Trochę jak bicie głuchego dziecka, żeby lepiej słyszało. Ale autor wie lepiej - "wcinali jagody bez strachu, że chory lis je obsikał" owoce z moczem - smacznego! - kąpiel była na dzikiej plaży, bez ratownika (super!) - "spędziliśmy dzieciństwo bez ADHD, bakterii, psychologów" znaczy za PRL nie było bakterii... - na obozach harcerskich były polowe latryny. Robienie do dołu kilkudziesięciu osób w jednym miejscu na łonie natury jest przecież bardziej higieniczne. - i inne takie frajdy Jaki jest związek między pobytem na łonie natury (w możliwie prymitywnych warunkach, bez wody, elektryczności itp "sanepid chciał zamknąć obóz harcerski koło Ustki, bo nie było tam elektryczności") a umiejętnością naprawienia kontaktu czy kabla? Zagadka. Może jeszcze najlepiej naprawiać pod napięciem, jak delikwenta trząchnie to wyjdzie mu to na zdrowie. "Chłopak rozwija się w kobiecej sferze, gdzie dba się o paznokcie i ciało. On przejmuje te wzorce. Pomyliliśmy rozwój z absurdem, odeszliśmy od praw natury, gdzie każda płeć ma swoje uwarunkowane biologicznie i kulturowo miejsce." Oczywiście. Bo mężczyzna to nieumyty brutal. Z pazurami po kilka centymetrów.

    Pokaż odpowiedzi (1)
  • acp(2016-02-05 10:41) Odpowiedz 4362

    Zanim przejdzie się do krytyki kogokolwiek należy pamiętać, że to te dzieci które same wycinały polanę pod obozowisko siekierami, wychowały pokolenia o którym mówi tekst. Jak widać, to że można było jeździć na rowerze bez kasku i innych ochraniaczy nie uczy ani dobrego wychowania, ani zdroworozsądkowego myślenia ani tego, że do samochodu nie wsiada się po alkoholu i że w ten sposób można kogoś zabić... Jak widać tamte metody wychowawcze zawiodły skoro doprowadziły do aktualnej sytuacji ergo nie były wcale lepsze od tych obecnych. Dużym błędem jest sprowadzenie kultury polskiej, brytyjskiej i amerykańskiej do jednego mianownika. Z powodów ekonomicznych i geopolitycznych te społeczeństwa rozwijały się zupełnie inaczej. Np w USA postawiono dawno temu na wąską specjalizację, co w określonych dziedzinach przyniosło określone efekty, ale pociągnęło za sobą dodatkowe konsekwencje.

  • ja(2015-09-11 14:20) Odpowiedz 436260

    Tak debilnego tytułu artykułu, obrażającego uczucia wielu osób, w tej szanowanej przeze mnie gazecie jeszcze nie widziałam...Wszytko po to, by przyciągną uwagę...Ciekawe czy autor ma dzieci???

    Pokaż odpowiedzi (6)
  • Maciej(2016-02-05 09:30) Odpowiedz 4345

    Panie Rafale, jak pisze pan "hodujemy..." to pisze pan o sobie i o kim jeszcze? Trochę to ważne dla zrozumienia sytuacji młodych ludzi, czy poza Panem Polskie dzieci wychowują amerykańscy psychologowie i sfrustrowani harcerze? W pana tekście padają pojawiają się opisy zjawisk groźnych dla naszych dzieci w takim samym stopniu jak polio albo DDT. Postawa podziału na zdolnych, świadomych siebie wychowanych w latach 80-tych i bezmyślnych i niedojrzałych wychowywanych dziś. Ten podział paraliżuje wychowanie, bo jeśli nie zobaczymy młodych ludźmi takimi jakimi są to spokojnie możemy zamknąć się ze swoją racją i warczeć z okna, żeby nie grać na komórkach pod śmietnikiem. Traktowanie wychowania po macoszemu przez wypowiadanie się o nim w tak płytki sposób buduje bezradność wychowawczą - "kiedyś było lepiej a teraz to już nie wiem". Poza tym odwoływanie się do koncepcji wychowania bezstresowego jest tak trafne jak pokazywanie mechaniki wypadków lotniczych za pomocą puszek po piwie. Martwię się, że sprzymierzamy się przeciwko młodym ludziom pod takimi tekstami.

  • Fundacja Crossroads Poznań(2016-02-05 14:49) Odpowiedz 4324

    Brak mi słów!!! LUDZIE!!! Pytam a kto te dzieci wychowuje i jak wychowuje????? Krytyka jakiegokolwiek dziecka, to nie mniej, nie więcej krytyka samych siebie - RODZICÓW i każdego kto ma wpływ na to jak dzieci zostana ukształtowane !!! Nie czytałem jeszcze artykułu, ale juz sam tytuł wywołuje we mnie ...........!!! Dlatego z ciekawości przeczytałem artykuł, bo byłemciekaw skąd wziął się tak poj... tytuł. Przepraszam za wyrażenie. Ale od dawna mam do czynienia z dziećmi i młodzieżą zagrożona wykluczeniem społecznym i wiem, gdzie leży problem, i kto ponosi odpowiedzialność za taki a nie inny stan rzeczy. Mówienie lub pisanie,że dzieci to pierdoły, zombi ..... to zwykłe chamstwo w stosunku do dzieci. Raz jeszcze zapytam kto dzieci wychowuje i jak???

    Pokaż odpowiedzi (2)
  • JAWA(2016-02-22 13:43) Odpowiedz 4313

    Cytat z artykułu "Rafał Drzewiecki – Oszust z Dziennika Gazety Prawnej" znalezionego w sieci " Nieufność to narodowa wada genetyczna Polaków. Postawił taką tezę i za wszelką cenę usiłuje jej dowieść. Wyszukuje badań, których wyniki by to potwierdzały i przeprowadza wywiady z naukowcami, z których na siłę wyciąga potwierdzenie swojej teorii. Świetną ilustracją fałszywego zamysłu autora jest akapit pt. Sprzedawca chce zawsze oszukać klienta. Pan Drzewiecki próbuje to udowodnić podając dane z badania firmy Millward-Brown: „Co piąty ankietowany sprzedawca jest przekonany o nieopłacalności pełnej uczciwości wobec klienta”. Czyli dla niego co piąty = wszyscy! Dalej: „Dla 42% sprzedawców ważniejsza jest sprzedaż niż etyczne zachowanie”. To prawdopodobnie znaczy, że dla 58% sprzedawców ważniejsze jest etyczne zachowanie. Tak? To znaczy, że 42%, czyli mniejszość, dla Rafała Drzewieckiego = wszyscy! A 58% = nikt."

  • pozdrawiam normalnych Polaków(2015-09-12 09:45) Odpowiedz 430148

    kupuję Gazetę od kilkudziesięciu lat nie stale ale bardzo często ale takiego debilizmu jeszcze nie przeczytałem, moje wnuki nie chcą wojny, nie będą szkolone na obozach, ale za to bardzo dobrze się uczą i studiują to sprawia im radość. Jeśli Polska nie potrzebuje takich ludzi a tylko mięso armatnie to tej gazecie gratuluję, dorobiliśmy się w Polsce jakiegoś majątku ale jak debilizm wojny będzie się rozszerzał to trzeba coś zrobić. Norwid kiedyś pisał "Polacy nie walczcie szabelką a umysłem"

    Pokaż odpowiedzi (3)
  • nie wiem jak się tu znalazłam(2016-01-07 22:27) Odpowiedz 42817

    Po prostu szkoda słów... Mieszanina różnych tematów, różnych argumentów, różnych stereotypów i wszystko to totalnie nie układające się w jedną, logiczną całość. Poza wyrażaniem właśnej frustracji, obrażaniem i degradowaniem różnych grup osób, nie wydaje się, żeby autor w ogóle widział jakieś wyjście z sytuacji. Wygląda na to, że jedynym wyjściem jest cofnąć się w czasie i rozwoju. Na nasze nieszczęście, w tych niepewnych czasach w Polsce, może mamy nawet na to szansę.... Życzę powodzenia w dzisiejszych czasach, gdzie trzeba być adaptatywnym na rynku pracy i mieć masę różnych nowych umiejętności, z umiejętnością zapalenia żarówki z baterii, albo rozpoznaniem grzyba w lesie. Pytanie retoryczne do przemyślenia: Na ile wszystko to jest winą rodziców, którzy chcą najlepiej, ledwo wiążą koniec z końcem, a na ile winne są nasze czasy, gdzie wszytsko jest elektroniczne, a jak się zepsuje miesiąc po gwarancji to nie ma sensu naprawiać, bo taniej jest kupić nowe? Totalny szok co do ilości osób zgadzających się z tym wszystkim. Ludzie, pomyślcie trochę zanim za kimś idziecie w ogień.

    Pokaż odpowiedzi (1)
  • abba (2016-02-28 13:49) Odpowiedz 4174

    Czytam to i zachodzę w głowę - śmiać się czy płakać. "często chłopca wychowuje samotna matka wspierana przez babcię lub nianię, a wychowawca w szkole to też najczęściej kobieta. Chłopak rozwija się w kobiecej sferze, gdzie dba się o paznokcie i ciało. On przejmuje te wzorce." A dlaczego miałby je przejąć? I co. chłopcy robią sobie manicure? "Doszło do tego, że w Szwecji na chłopcach wymusza się zabawę lalkami, by ich rozwój nie był zdefiniowany płcią" zmuszanie do zabawy? albo zabawa albo zmuszanie... i co ma to do "naszych dzieci"? Poza tym, o ile wiem, to w Szwecji lansowane są "zabawki neutralne płciowo" czyli nie lalki. A skoro "każda płeć ma swoje uwarunkowanie biologicznie" to nic to nie zmienia. "zamiast plecaków mają walizki na kółkach, repelenty i kremy do opalania" no tak, lepiej nie mieć kremów i nabawić się raka skóry. Super. Repelenty też wywal, niech cię komary pogryzą i czymś zarażą, bez tego nie zostaniesz prawdziwym mężczyzną. "wcinali jagody bez strachu, że chory lis je obsikał" a co się przejmować chorymi lisami, brawo. "skakali do wody z wysokiego brzegu aż miło" komu miło? "za błędy ortograficzne ojciec go po kilku ostrzeżeniach w końcu sprał" coraz lepiej. A "dziury w ziemi"... bardzo higienicznie...

  • dorotka(2015-10-18 23:01) Odpowiedz 41629

    Dlaczego w tym artykule tyle niepolskich slow? Moze od tego powinnismy zaczac? Powyrzucac z wspolczesnego jezyka polskiego niepolskie wyrazy? Skauting to nic innego jak harcerstwo, itp., itd.

    Pokaż odpowiedzi (3)
  • Reprezentant straconego pokolenia nieudaczników.(2015-09-07 14:00) Odpowiedz 41529

    Trochę brak mi słów...

    Z jednej strony, wychowywanie w sposób "pod kloszem", na pewno niesie za sobą jakieś konsekwencje, być może niepozytywne. Z drugiej natomiast strony mam wrażenie, że autor artykułu powyrywał z kontekstu wypowiedzi różnych ekspertów, sklejając z nich argumentację jakoby bicie linijką po palcach i zbieranie grzybów w lesie było najlepszym sposobem na stworzenie dorosłej i samodzielnej osoby. Otóż jak można się z tym w ogóle zgodzić?

    Jak sam autor słusznie zauważył - dzieci przejmują wzorce od rodziców.

    Jeśli rodzic bije za nieposłuszeństwo, to oznacza, że ten rodzic, wzór postępowania i mądrości, nie potrafi rozwiązać problemu nieposłuszeństwa inaczej niż bijąc. Czego uczy dziecka? Rozwiązywania problemów za pomocą agresji, braku jasnych i przejrzystych zasad, braku umiejętności stawiania granic i asertywności, a wręcz uległości.

    Jeśli rodzic sam nie jest w stanie przyznać się do błędu, wywijając się i mówiąc, że rodzic ma zawsze racje, czego uczy dziecka? Nieumiejętności przyjęcia porażki, braku samokrytyki i braku autorefleksji.

    Jeśli rodzic odbiera możliwość dziecku dokonywania swoich wyborów (właściwych na swój wiek) i nie szanuje ich, czego uczy dziecka? Właśnie bezradności, nieumiejętności decydowania o sobie i braku szacunku do wyborów i poglądów innych ludzi, w tym samych rodziców.

    Jeśli ktoś jest odpowiedzialny za to pokolenie, to tylko rodzice. Czy wcześniej było lepiej? Nie wiem. Ale patrząc po swoich rodzicach i wielu rodzicach innych ludzi (jako dorosła osoba), niestety nie widzę dorosłych jednostek. Widzę zagubionych "starych malutkich", którzy nie radzą sobie sami ze sobą, nie potrafią się komunikować, nie akceptują cudzych poglądów, nie potrafią przyznać się do błędów, nie są refleksyjni na temat własnego życia, własnych wyborów i decyzji i wypierają się konsekwencji własnych działań.

    Pokaż odpowiedzi (3)
  • Pedagożka(2016-02-28 12:13) Odpowiedz 4151

    Właściwie do wszystkich badań cytowanych w tym artykule można przedstawić kontr spostrzeżenia. Namawiam autora do unikania zbytniej generalizacji, bo niestety popadł w manierę "ta dzisiejsza młodzież". Z faktu, że ktoś spadnie z konia w kasku nie wynika, że nie poczuje bólu - za to leczenie urazu może być szybsze i tańsze. Przedstawiona logika charakteryzuje ludzi sukcesu - "za moich czasów nie było dysleksji i jakoś sobie radziliśmy". Sto lat wcześniej "nie było" wielu innych dysfunkcji i schorzeń. Nie pojawiły się nagle, tylko nauczyliśmy się je diagnozować i leczyć. I super, bo współczesna technologia może dyslektykom pomóc. Dawniej to oni byli "nie w zgodzie ze sobą" bo mimo kompetencji intelektualnych często zatrzymywali się w edukacji formalnej. Spokojnie, dzisiejszy świat jest inny, dzieciaki inne - inne nie znaczy od razu gorsze.

  • Aga(2016-02-29 19:51) Odpowiedz 4060

    Byłam awangardą ;-) zwis odpadał w przedbiegach, skoki w dal - fatalnie, bieganie jeszcze gorzej. Moje dziecko biega, skacze, gra w tenisa, gra w piłkę nożną, pływa - u nas proporcje wyszły idealnie odwrotne.

    Pokaż odpowiedzi (1)
  • Perun(2016-01-18 03:16) Odpowiedz 3998

    Nostalgia przemawia za tym artykułem, nic więcej. Tak samo zresztą, jak komentarze starszego pokolenia, co to aż ich zęby bolą, że sami byli wychowywaniu surowo, zimno i poprzez bicie, a teraz o dzieci trzeba się troszczyć, zadbać i trochę więcej namęczyć, a nie po robotniczo-chłopskim dniu ciężkiej pracy umoczyć mordę w piwie i potem robić awantury, piorąc na kwaśne jabłko żonę, konkubinę czy dzieci. Oczywiście, nie jestem za tym, żeby dzieciaki głaskać na każdym kroku, ale rozmawiać, dużo rozmawiać, a nie bić! Argumenty, że "do kogoś dotrze rozmowa, a do kogoś już tylko pas" są z dupy - do każdego dotrze rozmowa, tylko trzeba umieć rozmawiać. Niestety, sztuka rozmowy oraz empatia są w naszym społeczeństwie jeszcze słabo rozwinięte. Ale spokojnie, PRL-owskie p

  • antonina(2016-03-05 09:04) Odpowiedz 3821

    Obozy, harcerstwo..... jak komuś sie to podoba to pojedzie.Świat się zmienił. Nasi rodzice w czasach harcerstwa i obozów nie mieli innych możliwości. Byli też opiekuńczy, czasem nadopiekuńczy. Czy będziesz fajtłapą, nieudacznikiem, czy człowiekiem płynącym na fali zależy od Ciebie.

  • Accattone(2016-01-07 22:58) Odpowiedz 3524

    W średniowieczu to było ci życie! Nikt nie przejmował się zarazkami, brakiem higieny, wystarczyło prze Wielkąnocą umyć się w rzece. Z siedmiorga rodzeństwa przeżywał jeden, ale nikt nad tym szczególnie nie rozpaczał. Za to z tego jednego wyrastał prawdziwy chłop, a nie jakaś ciotka w rurkach, który mógł jednym toporem zarąbać pół wioski wroga.

    Pokaż odpowiedzi (1)
  • natalia(2015-09-07 17:46) Odpowiedz 35153

    Ludzie krytykujący nowe pokolenie zapomnieli kto je wychował.

    Pokaż odpowiedzi (10)
  • Kasia(2016-01-08 22:28) Odpowiedz 3363

    Zdziebko przesadzony jest ten tekst. Mam 33 lata i wielu moich kolegów - rówieśników nie potrafi sprawnie rozpalić ognia z byle gałązek czy naprawić różnych rzeczy w domu pomimo, że urodzili się w latach 80-tych. Ale czy rzeczywiście tak potrzebne w życiu jest rozpoznawanie grzybów w lesie? Mam wrażenie, że ktoś kto pisał ten tekst nie może się odnaleźć w dzisiejszych czasach. Co z tego, że przyszły dorosły nie znajdzie na łące bakteriobójczego zioła jak zdobędzie wiele umiejętności, których brakuje nam. Kiedyś nie było zakazów? było ich mnóstwo. Jesteśmy pokoleniem pt."nie wychylaj się". Nakolanniki? i kaski na konia? ktoś mógł sobie pozwolić kiedyś na naukę jazdy konnej? Wielu możliwości nie było, więc były też inne zasady dot. bezpieczeństwa. Było o np. wiele mniej samochodów. Niech się nie martwi autor tekstu, dzieci odczują ból nieraz, sparzą się, złamią nogę i pomimo tych nieszczęsnych ochraniaczy. (Przed chwila była mnie dwójka dzieci. Trzy razy był ryk po przewrotce na progu.) Nie mam dzieci, ale mam z nimi spory kontakt. Niektóre zaskakują mnie wytrwałością, siłą i sprytem. Mam wrażenie, że ten artykuł pisany jest bardzo z boku. Ocenia powierzchownie i wybiórczo.

  • nika(2015-09-09 12:09) Odpowiedz 317336

    Nie będę opowiadać się za żadną ze stron tej dyskusji. Przytoczę natomiast kilka obserwacji z najbliższego otoczenia i pozostawię Wam ich ocenę:
    1. Studentka, lat 20 – nie zauważyła, że na stronie uczelni pojawiło się ogłoszenie o terminie egzaminu, w związku z czym nie stawiła się na ten termin. Prosi matkę o pomoc, aby ta pojechała do profesora i wyjaśniła sytuację, bo „ona się wstydzi”. Matka jedzie.
    2. Licealistka, lat 17 – całe dnie przyklejona do smartfona. Nie rozmawia podczas wspólnego obiadu, rozmowa ogranicza się do następujących odpowiedzi: mmmm, aaaa, co?
    3. Licealista lat 17 – matka po powrocie z pracy, praniu, sprzątaniu, gotowaniu podaje obiad. Panicz nie je, bo nie lubi – bierze pieniądze na Maca. Nawet jeśli zje, nie odniesie talerza do kuchni, nie mówiąc już o jego zmyciu.
    4. Żadna z powyżej wymienionych osób: nie wie, jak się włącza pralkę, gdzie kupuje się mięso na kotlety, ile kosztuje mleko, jak wystąpić do urzędu o wydanie dowodu osobistego itp.
    5. W autobusie ustępuję miejsca matce z 3-latkiem. Matka sadza królewicza na siedzeniu, sama nadal stoi z siatami do podłogi. Nagminnie dorodna młodzież siedzi w autobusie ze słuchawkami w uszach i nie chce zauważyć np. stojącej kobiety w ciąży.
    6. W kościele podczas nabożeństwa – dziecko , lat ok. 4-5, jest hałaśliwe, biega, krzyczy, zaczepia inne dzieci, wchodzi na ołtarz. Mamusia rozanielona wodzi wzrokiem za dzieciakiem i zupełnie nie widzi niestosowności tego zachowania.
    7. W pracy – stażysta tuż po studiach, lat 23, stwierdza, że za mniej niż 4 tys na rękę nie opłaca się pracować. Zlecam więc napisanie prostego pisma, daję wzór, chodzi tylko o podstawienie analogicznych danych. W odpowiedzi widzę przestrach w oczach. Praca trwa 4 dni robocze. Zdziwienie, że nie było pochwały.
    8. Na pytanie kandydata do pracy – jaką książkę Pan ostatnio przeczytał, słyszę: yyyyy?
    To tylko nieliczne przykłady. Nie twierdzę, że wszystkie dzieci i młodzież są tacy, ale niestety jest ich coraz więcej. Nadopiekuńczość rodziców sprawia, że w wieku dorastania nie muszą mierzyć się z żadnymi trudnościami, ponieważ otrzymują gotowe rozwiązania do rodziców. W dorosłym życiu wybierają drogę ucieczki lub bierności : nie mam pracy, bo państwo mi nie daje; rozwodzę się, bo ona/on jest beznadziejny; zamieszkam u mamy, bo tak mi dobrze. Generalnie „należymisię”. Myślę, że o to właśnie chodziło Autorowi , kiedy pisał o rąbaniu drzewa, rozstawianiu namiotów i upadkach z roweru: jeśli chcesz coś mieć lub czegoś się nauczyć, najpierw sam spróbuj, wysil się. W dorosłym życiu nikt nie będzie spełniał zachcianek rozpieszczonej przez rodziców „pierdoły”.

    Pokaż odpowiedzi (10)
  • Bartłomiej Piela(2015-09-08 23:56) Odpowiedz 2705

    Stek bzdur i pseudonaukowa propaganda, błędna logika i fakty mieszane z fikcją. Nie czytuję gazety prawnej, a po zapoznaniu się z treścią tego artykułu wiem, że na pewno nie zacznę. Mógłbym się doczepić do wielu rzeczy i kwestii tutaj poruszonych, ale musiałbym stworzyć cały kontrartykuł. Dlatego może ograniczę się tylko do jednej sprawy, która pierwsza mi się nasuwa - skąd pomysł że umiejętność rąbania drzewa i rozkładania namiotu w lesie może świadczyć o tym jak dzieci poradzą sobie w życiu?? Czy to rzutuje w jakikolwiek sposób na ich inteligencje czy możliwości rozwoju? Nasze społeczeństwo jest tak rozbudowane, że wystarczy odrobina oleju w głowie i każdy znajdzie swoją niszę. Niech Pan z łaski swojej przedstawi mi badania które pokażą gdzie w życiu znajdują się teraz Ci wspominani byli harcerze? Bo ja osobiście jestem przekonany że jeśli nie polują właśnie na jelenia, to z pewnością siedzą przed telewizorem żłopiąc piwo. Pięknej doczekali się przyszłości.

    Pozdrawiam!

Twój komentarz

Zanim dodasz komentarz - zapoznaj się z zasadami komentowania artykułów.

Widzisz naruszenie regulaminu? Zgłoś je!

Dowiedz się więcej

Prawo na co dzień

Galerie

Polecane

Reklama