statystyki

Skończył się czas ekscentrycznych wykładowców. Zastępują ich bezbarwni biurokraci, niewolnicy testów

autor: Mira Suchodolska04.10.2014, 08:00
Nauczyciel

Inne jest podejście do procesu dydaktycznego.źródło: ShutterStock

Ekscentrycy i wariaci. Legendy uniwersytetów. Nauczyciele pokoleń siejący na uczelniach popłoch. Tak bardzo ich się baliśmy i równie mocno ich kochaliśmy. Ale ich czas się skończył. Zastępują ich bezbarwni eksperci, biurokraci, niewolnicy testów.

Reklama


Reklama


Bez bożych szaleńców, tych nauczycieli pokoleń, wyższe szkoły zaczynają przypominać intelektualne pustynie. Są niczym bezdusznie zarządzane fabryki, które zamiast inteligentów produkują produkt inteligentnopodobny. Na dodatek egzaminy będące kiedyś krwawym polem walki i wielką przygodą zamieniają się w administracyjną procedurę, którą można zaskarżyć do NSA. Proces myślowy został zastąpiony przez proces boloński. „Myśmy może mieli trudno, ale młodzi mają jeszcze gorzej” – to słowa, które często przewijają się w rozmowach z osobami wspominającymi jeszcze nie tak odległe czasy. Ten tekst jest dla was, bracia studenci. I dla was, szanowne grono akademików. Żeby przypomnieć, o co w studiowaniu – oprócz dyplomu – chodzi.

Wyrzucony indeks

To moja ulubiona historia, bo byłam jej świadkiem. Uniwersytet Śląski, lata 80. Na Wydziale Prawa jest tłok, dziekanat zalewany jest potopem podań o urlop dziekański. Przepychanki, kolejki, wymienianie się sprawdzonymi „powodami”, dla których prośba na pewno zostanie przyjęta. Największą popularnością cieszyła się klasyka gatunku: choroba, załamanie nerwowe oraz śmierć w rodzinie. Młody dziekan postanawia zrobić z tym porządek i wydaje ukaz, że zaostrzamy, badamy, a w ogóle to on osobiście będzie rozpatrywał wszelkie prośby. Wnikliwie i bez odwołania. Strach poszedł w lud studencki, odrzucone podania wyrywały dziury w sercach i życiowych planach. Choćby uczestnictwa w uniwersyteckich turniejach brydżowych.

Ja na swoim Wydziale Nauk Społecznych bez problemu dostałam półroczne odroczenie terminu z powodów zdrowotnych (na głowę, jak to się nazywało w slangu, na nerwicę związaną z przerastającymi wydolność czasoprzestrzenną wymaganiami), ale jeden z partnerów od stolika, student prawa, miał problem. Załatwił więc u zaprzyjaźnionego lekarza zaświadczenie (rozpoznanie było po łacinie), że cierpi na chorobę nowotworową w terminalnej fazie. I poszedł na rozmowę z dziekanem. Ten przeczytał, zafrasował się, pokiwał głową. Po czym poklepał interesanta po plecach, mówiąc z troską w głosie: „Panie kolego, pan zostawi w spokoju te studia. Wbrew temu, co wielu z was myśli, jestem człowiekiem, więc się na żadną dziekankę nie zgadzam. To byłyby tortury wobec ciężko chorego. Niech pan użyje życia, pochodzi na spacery, pospotyka się z dziewczynami. Indeks już się panu do niczego nie przyda”. Po czym, wciąż pokrzepiająco klepiąc biedaka po plecach, odprowadził go do drzwi, które z rewerencją przed nim otworzył i delikatnie wypchnął na zewnątrz.

Cały uniwersytet wył z radości, bo sprawa się rozeszła błyskawicznie. Dziekan stał się bohaterem, dyscyplina na wydziale wzrosła, a nieszczęsny student... No cóż, jeśli przeczyta ten tekst, niech sam opowie, jakiego kopa dało to jego prawniczej karierze. A dziekan? Prawdę mówiąc, ta historia – ale nie przede wszystkim, bo jeszcze było kilka „wyskoków”, którymi naraził się władzom, m.in. negowanie wyższości ekonomii marksistowskiej nad rynkową – sprawiła, że nie posiadł awansów naukowych. Choć był jednym z najinteligentniejszych i najbłyskotliwszych wykładowców. Ale kilka roczników prawa wspomina go z rozrzewnieniem, a towarzyskie spotkania w gronie absolwentów zaczynają się niezmiennie od hasła „A pamiętacie, jak on...”. Pamiętamy.


Pozostało jeszcze 84% treści

PROMOCJA
Czytaj wszystkie artykuły
Miesiąc już od 33,00 złZamów abonament

Przeczytaj artykuł
Koszt SMS-a 2,46 złZapłać sms-emMasz już kod?
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy INFOR Biznes. Zapoznaj się z regulaminem i kup licencję

Polecane

Reklama

  • asystent(2014-10-05 07:59) Odpowiedz 00

    Dziś poziom nauczania spada, bo przez zwiększanie limitów przyjęć na studia zamieniono uczelnie w fabryki masowej produkcji. Na wykładowców "jak z dawnych lat" nie ma co za bardzo liczyć, bo dziś na uczelniach dydaktyka nie ma znaczenia, liczy się "działalność" naukowa. W większości przypadków oznacza to układy, lanserstwo i nabijanie punktów. Nie liczy się produkt końcowy działalności naukowej, ale to jak ona się będzie liczyła do kolejnego awansu, nie liczy się do ilu osób trafi publikacja i komu się może przydać, ale ile punktów przyniesie. Poza tym, coraz większą część kadry naukowej stanowią ludzie, którzy nie odnaleźli się na wolnym rynku i wybrali robienie doktoratu z powodu braku jakiejkolwiek dla siebie i swojej kariery.

  • stary żak(2014-10-08 09:20) Odpowiedz 00

    Szanowni Państwo w obecnych nędznych csach dla wiedzy byle głąb, ale mający kasę, "zrobi" studia. Trzy lata opłat i ma się papier - wykształcenie wyzsze. No moze jeszcze magisterium - często to mgr z kropką (magazynier) . Więc studenci udają że się uczą, a wykładowcy udają że uczą. Wszyscy coś zyskują, jedni papier drudzy kasę. A wiedza - jakoś tam będzie. Więc prosze się nie dziwić, że obecni studencji po skończeniu "studiów" idą pracować do sklepów, na budowę i zmywak. Skoro kończą te tz. renomowane uczelnie, a szczególnie prywatne, to niech zakładają biznesy w oparciu o zdobytą wiedzę i nie będą bezrobotnymi. Problem kasy - kasę dostana na start z różnych źródeł. Ale ujawnia się inny problem - wiedza i umiejętności po studiach. Tego nie można nabyć ot tak albo kupić. Więc wielu stwierdza po jakie licho im były te studia ?

Twój komentarz

Zanim dodasz komentarz - zapoznaj się z zasadami komentowania artykułów.

Widzisz naruszenie regulaminu? Zgłoś je!

Dowiedz się więcej

Prawo na co dzień

Galerie

Polecane

Reklama