statystyki

Szkoła to rzeźnia talentów. Błyskawicznie zabija matematyczne zdolności

autor: Klara Klinger10.05.2013, 12:00; Aktualizacja: 10.05.2013, 12:20
Profesor Edyta Gruszczyk-Kolczyńska, Akademia Pedagogiki Specjalnej, współtwórca nowej podstawy programowej do szkół podstawowych

Profesor Edyta Gruszczyk-Kolczyńska, Akademia Pedagogiki Specjalnej, współtwórca nowej podstawy programowej do szkół podstawowychźródło: Agencja Gazeta

Zdolnych matematycznie dzieci jest więcej niż połowa, a wśród nich sporo wybitnie uzdolnionych. Jednak różnie się to rozkłada w grupach wiekowych. W grupie 5-latków co piąte dziecko jest wybitnie uzdolnione, w grupie 6-latków co czwarte dziecko wykazuje się wysokimi uzdolnieniami matematycznymi. W grupie pierwszoklasistów wybitne uzdolnienia wykazywał tylko co ósmy uczeń. Miało to miejsce już po ośmiu miesiącach nauki w szkole. Okazało się też, że dzieci szkolne były mniej twórcze, mniej odważne i wykazywały się mniejszym poczuciem sensu - mówi profesor Edyta Gruszczyk-Kolczyńska

reklama


reklama


Kiedy umawiałyśmy się na wywiad, mówiła pani, że właśnie wyjeżdża do Czech.

Tak, żeby uczyć czeskich nauczycieli. Tego, jak oceniać poziom rozwoju czynności umysłowych dzieci. A konkretnie tych, które są potrzebne w edukacji matematycznej.

Teraz się do tego zabierają?

Ale w Polsce robi się to także niezwykle rzadko.

Przecież od lat bada się, czy dziecko jest gotowe, by rozpocząć naukę w szkole.

Tak, ale do niedawna tylko w poradniach pedagogiczno-psychologicznych.

To nie wystarczy?

W poradni specjalista widzi dziecko wyrwane z naturalnego środowiska, zaś nauczyciel bada całą grupę. I widzi, jak wypada ono na jej tle. Podam przykład: Tomek chodził po schodach, dostawiając nogę do nogi, potykał się podczas biegania, nie potrafił ustać na jednej nodze, z powodu niezborności rąk unikał rysowania. To zapowiadało poważne zaburzenia rozwojowe. Przebadałam całą grupę przedszkolną, do której chodził. Przygotowałam tor przeszkód: dzieci przeszły po równoważni, szły na czworakach i stopa za stopą, rzucały do celu. Gdy wszystkie uporały się z przeszkodami, okazało się, że cała grupa jest mało sprawna. Dlatego że prowadząca ją nauczycielka nie dbała o zajęcia z gimnastyki, bo każdy powód był dobry, by nie wychodzić z dziećmi do ogrodu. Dodatkowo rodzice także nie dbali o kształtowanie sprawności fizycznej pociech – większość dzieci zbyt dużo czasu spędzała przed telewizorem czy komputerem. Wniosek jest taki: nie trzeba zaraz dopatrywać się patologii. Warto wcześniej przyjrzeć się edukacji domowej, przedszkolnej i szkolnej – jak jest prowadzona, co się zaniedbuje. Ma to dotyczyć także tych czynności umysłowych, od których zależą życiowe i szkolne sukcesy dzieci. Takie diagnostyczne rozeznanie musi należeć do obowiązków nauczycieli.

To dość uciążliwe.

Ale potrzebne, bo pozwala szybko podjąć działania naprawcze. By wyrównać deficyty rozwojowe, nie potrzeba wiele czasu, czasem wystarczą 2–3 miesiące. To o tyle ważne, że jak wynika z moich badań, większość problemów szkolnych pojawia się tuż po rozpoczęciu nauki. Tak jest w edukacji matematycznej. Dotyczy to co czwartego dziecka.

Aż 25 proc. dzieci ma problemy już w pierwszej klasie?

Tak, to cała armia. Kłopot w tym, że mało kto ma tego świadomość, bo niepowodzenia w nauce matematyki ujawniają się o wiele później.

Można się szybko zorientować, że dziecko odstaje od grupy?

Nic podobnego. Dzieci sprytnie to ukrywają, bo bardzo szybko uczą się zachowań, które je chronią. Im dziecko jest bardziej inteligentne społecznie, tym szybciej ten mechanizm się uruchamia. Idzie taki maluch z otwartym sercem do pierwszej klasy i wpada w ustalony schemat: wszyscy uczą się tego samego, w tym samym rytmie i w ten sam sposób. A różnice w rozwoju umysłowym dzieci wynoszą nawet cztery lata. To oznacza, że dziecko 7-letnie może być na poziomie 5-latka, ale są i takie, które dorównują 9-latkom. I na te różnice nie ma co się obrażać, bo tego się nie przeskoczy. Sprawę pogarsza silna motywacja, bo przecież każde, nawet słabsze dziecko chce być najlepsze. Rodzice jeszcze ją nakręcają, mówiąc: „Na pewno będziesz się starał, nie zrobisz mamusi i tatusiowi przykrości”. A dziecko w pierwszym tygodniu pobytu w szkole orientuje się, że pani chwali za odpowiedzi jego kolegów, a milczy, gdy ono mówi. Co robi? Naśladuje innych uczniów. Powtarza bezmyślnie, nie rozumiejąc, o co chodzi. To kopiowanie powoduje, że nauczyciel nie widzi problemów. Rodzice też nie, bo syn czy córka przynosi dobre oceny. Dziecko szybko orientuje się, od kogo odpisać pracę domową, żeby było dobrze, udaje bardzo zapracowane, by nauczyciel go nie odpytywał, w domu namawia rodziców do rozwiązywania za niego zadań. I te mechanizmy się utrwalają, bo chronią przed nieszczęściem. A gdyby dzieci zapisywały działania w zeszytach w kratkę, a nie w zeszytach ćwiczeń, to nauczyciel o wiele szybciej mógłby się zorientować, że jego podopieczny czegoś nie rozumie. Gdy dzieci rachują np. na patyczkach i samodzielnie zapisują działanie, nauczyciel ma dosyć czasu, aby dostrzec, które ma kłopoty. Zeszyty ćwiczeń sprawiają, że wychodzi to na jaw dopiero po 8–9 miesiącach nauki w szkole.

Są zajęcia wyrównawcze.

Podczas jednego z moich badań pytałam panie prowadzące pierwszą klasę: „Pani Marysiu, pani Małgosiu, czy są w waszej klasie dzieci, które potrzebują pomocy z matematyki?”. Odpowiedź: „Jeszcze nie”. A ja wiem, że już są. Pytałam panie z drugiej klasy. Odpowiadały: „No, może dwoje”. Panie z klasy trzeciej już wskazywały 4–5 dzieci. Z kolei nauczyciele matematyki w czwartej klasie pytali: „Ile może pani przyjąć?”. Kiedy analizowałam wiedzę i umiejętności matematyczne tych dzieci, okazywało się, że często nie wyszły poza poziom pierwszej, drugiej klasy. Tymczasem czwarta klasa to już zbyt późno, aby dziecku pomóc pokonać niepowodzenia w nauce matematyki.

Dość pesymistyczna diagnoza.

Wyrównywanie opóźnień edukacyjnych może w ostateczności odbywać się do klasy trzeciej. Potem edukacja nabiera tempa i trudno nadrobić zaległości. Na dodatek dzieci są już tak zniechęcone, że nie chcą się uczyć. Wpadły w tryby maszyny niepowodzeń, której nie da się zatrzymać. Dlatego przy wprowadzaniu reformy z obniżaniem wieku szkolnego wywalczyłam, by wprowadzić w podstawach programowych obowiązek badania dojrzałości szkolnej w przedszkolach. W pierwszej połowie roku, tak aby mieć pół roku na wyrównanie poziomu.

Przejdźmy do uzdolnień matematycznych. Skoro co czwarty pierwszoklasista ma kłopoty w szkole, jak to możliwe, że tak wiele dzieci jest matematycznie uzdolnionych? Jedno z drugim się wyklucza.

Tylko pozornie. Dotychczas badania uzdolnień matematycznych obejmowały wyłącznie starszych uczniów. Ustalono, że uzdolnienia te są rzadkie i tylko 3–4 proc. populacji ma ten dar. Zapewne dlatego mówi się, że jeżeli uczeń nie radzi sobie z matematyką, to nie ma uzdolnień w tym kierunku. Jest to bardzo wygodne – nauczyciel mówi: „Ach, ja mam samych humanistów”. I jest rozgrzeszony. Uczeń zaś twierdzi: „Taki się już urodziłem, trudno”. I pozamiatane.

A nie jest tak, że albo ma się uzdolnienia matematyczne, albo nie?

Na trop tego, że rzeczywistość jest inna, wpadłam, walcząc z niepowodzeniami w uczeniu się matematyki. Gdy znałam już ich przyczyny, skonstruowałam program i metody rozwijania tych cech umysłów dzieci, które są im potrzebne, aby sprostać wymaganiom stawianym w szkole w ramach edukacji matematycznej. Program ten – zwany „Dziecięcą matematyką” – wdrożyłam w wybranych przedszkolach. Potem badałam losy szkolne dzieci objętych eksperymentem. Wyniki były zaskakujące. Nie dość, że moje dzieci mają sukcesy edukacyjne z matematyki daleko większe niż inne, to nawet poza szkołą ich myśl biegnie tam, gdzie liczba i miara. Pytają: „Mamo, a ile wlałaś mleka? A jak to zmielimy, to czy będzie tyle samo, ile przedtem? A ile to waży?” czy „Tato, a jak zmierzyć stadion?”. Najpierw badałam losy 68 dzieci, potem 84, wreszcie ponad setki. Wyniki były podobne. Wyprowadziłam z tych badań jeszcze jeden wniosek: ponad połowa dzieci miała „to coś”, bo spoglądanie na świat matematycznymi oczami świadczy o uzdolnieniach matematycznych.

Aż połowa?

Takie samo niedowierzanie pojawiało się, kiedy mówiłam o tym na konferencjach, szczególnie tych światowych. Wtedy słuchający pukali się w głowę: przyjechała starsza pani z biednego kraju, z którego jeżdżą pracować na zmywaku, i opowiada, że w jej narodzie ponad połowa dzieci jest uzdolnionych matematycznie. Nie wierzyli. Pomyślałam, że mam za słabe dowody. Dlatego osiem lat temu zdobyłam grant na opracowanie metod diagnostycznych rozpoznawania uzdolnień matematycznych u dzieci i szacunkowe ustalenie, ile ich jest. Pracowałam nad tym trzy lata. Badałam starsze przedszkolaki i małych uczniów. Potwierdziły się poprzednie wyniki – ok. 56 proc. jest uzdolniona. Wysnułam tezę, że uzdolnienia matematyczne u dzieci są częste, tyle że się ich nie bada i nie rozwija.

A co pomaga w rozpoznaniu zdolności matematycznych u małych dzieci?

Przede wszystkim bardzo szybko uczą się myślenia matematycznego. Aby dziecko dowiedziało się, że w dodawaniu można dowolnie zmieniać kolejność, bo nie ma to wpływu na wynik, musi zrobić kilkanaście zadań. Uzdolnione łapią to już po rozwiązaniu 4–5 zadań. Uzdolnione 5-latki są na poziomie, który przeciętnie dzieci osiągają w wieku 7 lat. Mają wysoko rozwinięte poczucie sensu dotyczącego liczby i miary. Wychwytują pomyłki, absurdy. Na przykład zadaję dzieciom zadanie: „Statek przewozi zwierzęta: cztery konie, osiem krów, dwie gęsi. Ile lat ma kapitan?”. Większość sumuje liczbę zwierząt i odpowiada 14 i nie widzą w tym nic dziwnego. Uzdolnione dzieci parskają śmiechem i mówią, że tego nie da się policzyć. Te zdolne są twórcze, same szukają okazji, żeby liczyć. Są uparte: jak jedna metoda nie działa, próbują kolejnej. Ale potrzebują uwagi. Jak widzą, że dorosły, np. nauczyciel, przestaje się nimi interesować, same tracą zainteresowanie. Poza tym umieją krytycznie myśleć i są odważne. I ta odwaga je gubi.

Skoro mamy tak wielu uzdolnionych przedszkolaków, dlaczego tak niewielu uczniów lubi matematykę?

System szkolny zabija te uzdolnienia. To także wyszło w moich badaniach. Zdolnych matematycznie dzieci jest więcej niż połowa, a wśród nich sporo wybitnie uzdolnionych. Jednak różnie się to rozkłada w grupach wiekowych. W grupie 5-latków co piąte dziecko jest wybitnie uzdolnione, w grupie 6-latków co czwarte dziecko wykazuje się wysokimi uzdolnieniami matematycznymi. W grupie pierwszoklasistów wybitne uzdolnienia wykazywał tylko co ósmy uczeń. Miało to miejsce już po ośmiu miesiącach nauki w szkole. Okazało się też, że dzieci szkolne były mniej twórcze, mniej odważne i wykazywały się mniejszym poczuciem sensu.

Czyli dzieciom szkodzi szkoła?

Można tak powiedzieć. Szkoła jest zbudowana na założeniach, że wszystkie dzieci w tej samej grupie wiekowej mają podobne możliwości rozwojowe. Nie bierze się pod uwagę indywidualnych różnic. Ponadto istnieje od dawna ustalony kanon nauczania matematycznego. Kiedy do klasy trafiają dzieci po matematyce dla przedszkolaków, które liczą do tysiąca, trudno im wysiedzieć na zajęciach, na których przez np. 20 minut poznają liczbę 1, na następny dzień znowu przez 20 minut poznają liczbę 2. I tak aż do grudnia. One się nudzą, dlatego wyrywają się do odpowiedzi i przeszkadzają, bo zadają mnóstwo pytań i nie wtedy, kiedy trzeba. Dzieje się tak, bo mają rozpędzone umysły i chcą się uczyć nowego. W przedszkolu nie przeszkadzały, bo nauczyliśmy nauczycielki, jak z nimi postępować. Kiedy Zosia przychodzi do pani i mówi, że umie liczyć do 146, nauczycielka stwierdza: „Bardzo dobrze, cieszę się. A tu jest Basia, ona nie umie liczyć. Weź kasztany i naucz ją”. I jest spokój. W szkole ta sama Zosia na okrzyk: Umiem liczyć do 250 otrzymuje odpowiedź: „To sobie w drugiej klasie tak policzysz, teraz liczymy do 10”. Sama to słyszałam. Powodem jest to, że szkolne nauczycielki realizują programy dostosowane do średnich uczniów, w zeszytach ćwiczeń są zadania, z którymi średni uczeń sobie poradzi. Wszystko na miarę średniego ucznia.

To chyba dobrze, że poziom jest obniżany, skoro tak wiele dzieci sobie nie radzi?

To błędne koło. Dla słabszych wszystko jest za trudne, dla uzdolnionych – banalne. Na dodatek rodzice też nie stają po stronie uzdolnionego dziecka. Kiedy taki dzieciak przyniesie ze szkoły uwagi, mama czy tata mówią, że powinno być takie jak koledzy. Nieustannie słyszy: równaj do średniej. Nie minie osiem miesięcy i pierwszoklasiści już wiedzą, że nie trzeba się spieszyć z rozwiązywaniem zadania, bo potem człowiek się nudzi. Nie szukają innych rozwiązań, bo już wiedzą, że tylko jedna metoda jest poprawna i akceptowana. Pani ma zawsze rację i choćby zadanie było nie wiem jak głupie, nie odzywaj się, bo to się nie opłaca.

Pocierpią, ale w wyższych klasach będą miały szansę się wykazać.

To tak nie działa. Są okresy rozwojowe szczególnie wrażliwe na rozwijanie zdolności matematycznych: ten pierwszy przypada na ostatnie lata wychowania przedszkolnego i początkowe lata nauki szkolnej. W tym czasie dzieci rozwijają typ rozumowania, który pozwala na odnoszenie sukcesów w edukacji matematycznej. Chodzi o pewną logikę, która potem gwarantuje też sukcesy w nauce fizyki, biologii, chemii. Jeżeli jednak uzdolnienia te nie będą pielęgnowane, nie sposób tego nadrobić w późniejszym czasie. To jak z roślinką: jeżeli przestanie się ją podlewać, uschnie. I późniejsze intensywne podlewanie nic nie pomoże. Następny kluczowy okres rozwijania uzdolnień matematycznych przypada na początek klasy czwartej. Jeżeli nauczyciel nie potrafi interesująco przekazać wiedzy, wybija się resztki zdolnych. Ostaną się te uzdolnione dzieci, które są oporne na socjalizację. Przetrwają te, które są mniej wrażliwe emocjonalnie i społecznie.

Strach posyłać dzieci do szkoły.

Dlatego żeby temu zaradzić, chciałam namówić minister edukacji Krystynę Szumilas, by to zmienić. Jednak wcześniej zaczęłam działania oddolne. Wprowadziłam mój program eksperymentalny do prywatnej szkoły w Kołobrzegu. Dzieci są już w trzeciej klasie i widać, że to działa. W Chorzowie, Warszawie i Łodzi jest kilkanaście szkół, które realizują mój program. I nie chodzi o to, by wychować połowę populacji na matematyków, lecz by zaszczepić pewien typ myślenia i by uniknąć porażek szkolnych na wczesnym etapie. Przedstawiłam więc konkretną propozycję minister.

A co na to resort?

Nic. Przyjęto mnie, pouczono, że powinnam zdobyć grant, minister wyraziła zdziwienie, że tak uczymy nauczycieli, iż nie potrafią dbać o uzdolnione dzieci. Na tym się skończyło. I prawie się poddałam. Ale zadzwoniły panie z Chorzowa, że mam do nich przyjechać na spotkanie z nauczycielami przedszkoli, klas początkowych i nauczycielami matematyki.

To placówki prywatne?

Nie, szkoły publiczne. Chorzów to jedno ze smutniejszych miast w Polsce. Serce ciężkiego przemysłu – powietrze gęste, śnieg pada prawie czarny. Włodarze miasta robili cuda, by mieszkańcom to wynagrodzić: budowali parki rozrywki, stadiony. Okazuje się, że wiceburmistrz znajdzie dla mnie czas. Na spotkaniu stwierdził: „Byłem w pośredniaku i analizowałem listy bezrobotnych pod kątem ich wykształcenia. Nie znalazłem ani jednego inżyniera, nikogo z przygotowaniem technicznym – bezrobotni to ofiary dużych zwolnień strukturalnych albo nieudacznicy, albo humaniści. Nie chcę, żebyśmy wychowywali bezrobotnych. I nie ma innego sposobu, by młodzi ludzie pokochali nauki ścisłe, jeżeli nie zabierzemy się do tego już w przedszkolu. Dlatego chcę pani projekt. Wprowadzimy go na razie do połowy szkół”. Już powołano zespoły edukacyjne.

Na czym polega taki program?

Przede wszystkim nie stawia się dzieciom szklanych sufitów już w najmłodszym wieku. Tak ustawia się zajęcia, żeby wszystkie pracowały jak potrafią i uczyły się samodzielności w myśleniu. Metoda i treści są tak skonstruowane, że dopuszczają różne poziomy kompetencji. Są też wpisane w to sytuacje, aby uzdolnione dzieci pomagały słabszym, bo dziecko potrafi nauczyć inne dziecko lepiej i szybciej od dorosłego. Nie daje się wiedzy gotowej, lecz trzeba do niej dojść samodzielnie. Jeżeli uczniowie udzielają złej odpowiedzi, nie poprawia się ich, ale naprowadza się ich tak, aż zrozumieją, o co chodzi. Druga ważna zasada to to, że nie uczymy za pomocą słów, tylko w sytuacjach zadaniowych, odpowiednio dobranych zabaw i gier, a uogólnienia i wnioski formułują same dzieci. W pierwszej klasie jest też zakaz korzystania z pakietów edukacyjnych z matematyki. Każde dziecko pisze własną książkę „Moja matematyka”: mają skoroszyty i do koszulek wkładają opisy swoich osiągnięć. Na przykład kiedy zajmujemy się tematem ważenia, dostają zadanie, jak zważyć psa. Padają oczywiście propozycje: związać, włożyć do worka, ale przecież tak się nie postępuje. W końcu dochodzą to tego, że najpierw należy zważyć siebie, potem siebie z psem i odjąć swoją wagę. I mamy wynik. Potem każdy osobiście dokonuje pomiarów. Uczniowie rysują i zapisują „przepis na ważenie psa” i wkładają do swoich książek. Na koniec roku wręczają je rodzicom.

A czy widzi pani różnice w uzdolnieniach matematycznych między chłopcami a dziewczynkami?

Nie ma żadnych różnic. Powodem jest to, że u dziewczynek w dziewiątym, dziesiątym roku życia zaczynają buzować hormony i co innego zaczyna je interesować. Niestety, dzieje się to w czasie, kiedy nie opanowały jeszcze arytmetyki. Po dwóch latach biologia się uspokaja, ale trudno nadrobić zaległości.

Nie mogę o to nie zapytać: co pani sądzi o posyłaniu do szkół 6-latków? To pani stała za przygotowaniem części podstawy programowej w związku właśnie z tą reformą.

Było tak, że wyjaśniałam przed całą salą, na której była również ówczesna minister edukacji Katarzyna Hall, że trzeba odejść od myślenia w kategoriach metryki. Należy tak zaprojektować system, aby każde dziecko, które jest gotowe do szkoły, mogło tam trafić. I nic się nie stanie, jak 7-latek nie pójdzie do pierwszej klasy ani jak trafi do niej 5-latek. Tłumaczyłam, żeby nie mówić rodzicom, że się obniża wiek szkolny, tylko tłumaczyć, że jeżeli dziecko jest dojrzałe, powinno iść do szkoły. Ale nic nie było w stanie przekonać ministerstwa do zmiany. Zobowiązania partyjne były najważniejsze. Jedyna rzecz, jaką udało mi się przeforsować, to właśnie badanie dojrzałości jeszcze w przedszkolu.

Reforma przeszła i co teraz?

Teraz to jeden wielki skandal. Jak można wprowadzać reformę, jeżeli zabiera się pieniądze na modernizację szkół, a zarazem utrzymuje, że młodsze dzieci mają iść do pierwszej klasy?! Różnice w wyposażeniu szkół są tak wielkie, że rodzice się przeciwko temu burzą i nie ma się czemu dziwić. Jednak przetrzymywanie dzieci w przedszkolu też nie jest dobre. Nie ma przecież nic gorszego niż rozleniwianie dziecięcego umysłu. I w przedszkolu, i w szkole.

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy INFOR Biznes. Zapoznaj się z regulaminem i kup licencję

reklama


Źródło:Dziennik Gazeta Prawna

Polecane

reklama

  • n-ka(2013-05-23 15:35) Odpowiedz 20

    Indywidualizacja pracy w szkołach jest stosowana, ale jak można indywidualizować pracę z klasą liczącą 30 6-latków??? A przecież w ramach oszczędności takie klasy są obecnie tworzone!!!

  • Y(2013-05-14 16:30) Odpowiedz 10

    do Biznes: a wiesz kto podaje dane o czasie pracy nauczycieli? Ministerstwa. Tylko ,że w innych krajach podają również czas związany ze sprawdzaniem prac przygotowanie do lekcji a u nas 18 x 45 minut. Bo tak łatwiej napuścić ludzi na nauczycieli. Jeśli prowadzisz biznes to zacznij myśleć, bo niedługo klientów w tym kraju nie będzie. Zasada czy się stoi czy się leży w dawnym systemie obowiązywała robotnikowi a w tym ... biznesmenów. Jemu się należy pracownikowi niekoniecznie...

  • anilak(2013-05-16 15:32) Odpowiedz 10

    "ludzkosci" po co placzecie ,czas do dziela.Przetlumaczyc a jak nie rozumieja urzedasy to pognac.
    Artykul moze posluzyc za zaczyn logicznej dzialalnosci .

  • M(2013-05-13 10:51) Odpowiedz 10

    A ja podam przykład na to jak ogromną rolę ma nauczyciel. W liceum trafiłam do klasy humanistycznej gdzie było 28 dziewczyn. Matematykę na maturze zdawało 20 dziewczyn z tych 28. I większość poszła na kierunki ścisłe, medycyna, finanse, bankowość czy politechniki. A dlaczego? Bo mieliśmy fenomenalną matematycę. Nie ma dzieci niezdolnych lub bez daru są tylko marni nauczyciele.

  • Zdumiona(2013-05-14 17:02) Odpowiedz 10

    Czytam wywiad z Panią Profesor i zadziwieniu mojemu nie ma końca. Przecież pakiety książek do matematyki są przez tych samych i kolejnych Profesorów firmowane ich podpisami. Jak to się ma do krytyki kart pracy? Nie wiem, ale jak widać nauczyciel musi być winny. Po co kupuje te książki! Musi być idiotą! Zasada to nie my to inni są winni nadal obowiązkowa. Może jednak Pani profesor wspólnym frontem naprawiać coś co się wali od lat? Bo ja dostrzegam coś co dzieje się wedle zasady " każdy sobie rzepkę skrobie" a ładu i składu, a tym bardziej odpowiedzialnego za zmiany nie ma!

  • v-jola(2013-09-03 15:43) Odpowiedz 00

    Zainteresujcie się Khan Academy. Serdecznie polecam tę motodę.

  • podłość(2013-05-13 07:45) Odpowiedz 00

    Nauczyciele nie lubią zdolnych dzieci,swoim postępowaniem zniechęcają je do nauki, no chyba, że to są ich dzieci ...

  • przedszkolanka(2013-05-11 22:02) Odpowiedz 00

    "W pierwszej klasie jest też zakaz korzystania z pakietów edukacyjnych z matematyki."
    Pani profesor jako autorka podstawy programowej - bardzo krytycznie ocenionej przez wielu nauczycieli przedszkoli i szkól już w fazie projektu - WPROWADZIŁA zapisem rozporządzenia ministra OBOWIĄZEK KORZYSTANIA Z PAKIETÓW EDUKACYJNYCH!!!
    Można to sprawdzić sobie na stronie MEN bez problemu. To zgodnie z Pani koncepcją dzieci wypełniają owe zeszyty ćwiczeń, zabijające nie tylko talenty matematyczne.

  • MD(2013-05-16 17:31) Odpowiedz 00

    Do MMatematyczki: Podpisuję się pod pani komentarzem, z jednym zastrzeżeniem: nie uważam, że zagadnienia matematyczne, które interesują dzieci, nie są interesujące dla dorosłych. Moi najmłodsi uczniowie, dzięki swojej świeżości spojrzenia, dociekliwości, niepohamowanej ciekawości, otworzyli mi oczy na wiele spraw, nad którymi mój umysł się dotąd. "prześlizgiwał". Zapraszam do lektury bloga, w którym opisuję te doświadczenia: http://www.earlymath.pl/matematyka-w-oczach-dziecka

  • teresa(2013-05-20 12:24) Odpowiedz 00

    Należy zmienić sposób egzaminowania, usunąć testy. Nauczyciele się podporządkują. Uczniowie będą rozwijali myślenie, nie strzelanie.

  • NAUCZYCIELKA(2013-06-02 07:44) Odpowiedz 00

    O widzę, że Pani profesor zmieniła zdanie co do reformy. Jeszcze kilka lat temu w Łodzi b y la jej gorącą orędowniczką. Na spotkaniu z nauczycielami nie trafiały do Pani argumenty, że po co burzyć to co jest dobre, przez lata wypracowane.

  • miro(2014-07-30 10:00) Odpowiedz 00

    skoro ta Pani krytykuje wszystko i wszystkich to co zrobiła żeby to zmienić czy tytuł profesorski otrzymała za obliczenie trajektorii lotu w kosmos ale w końcu jest się na emeryturze więc mozna wieszać psy na wszystkich

  • Józefina(2013-11-07 12:36) Odpowiedz 00

    z wielką uwagą i wzrastającym podziwem przeczytałam wypowiedzi Pani Profesor, przepraszam, że dotychczas traktowałam Panią jako zwolennika metryczkowego potraktowania pierwszoklasistów. Jestem wieloletnim nauczycielem wychowania przedszkolnego i od lat posługuję się "Dziecięcą matematyką " Pani autorstwa. Dziękuję

  • belfer(2014-07-31 18:45) Odpowiedz 00

    To nie do końca jest tak. Reforma oświaty?? - ok, ale chyba poszła ona w złą stronę. Dzieci młodsze do szkół??- jeżeli to dobre dla dziecka, oczywiście. Sama jestem mamą cudownej córki, która poszła wcześniej do szkoły, bo w przedszkolu się nudziła. Czytała, bo tak wyszło. Sama jestem pedagogiem z wykształcenia i chyba z powołania. Lubię to, co robię. Z doświadczenia wiem, że dzieci najlepiej uczą się wg mnie "przy okazji". Najlepiej przyswajają to, co w danej chwili jest im potrzebne, to co ich zainteresuje. Dlatego czasem odbiegam od tematu, bo wiem, że być może jutro nie dostanę tego samego pytania, a dzieciaki będą uboższe. Moim zdaniem nie programy są przeładowane, ale do szło do ogromnych rozbieżności między tym, co niesie życie, a tym, czego dzieci dowiedzieć się powinny. Z matematyką jest naprawdę ogromny problem. Liczenie w zakresie 10 w pierwszej klasie?? Toż to prawdziwa obłuda. Właśnie liczenie, przeliczanie, porównywanie, klasyfikowanie- to jest to, co nasze maluchy robią najlepiej.To właśnie taki czas dla dziecka, że chce wszystko sprawdzić, porównać, dotknąć. Matematyka jest czymś oczywistym. Co maluchy lubią robić najbardziej?? Czy nasze maluchy pozwolą się oszukać na kieszonkowym?? Dzieci nie lubią robić tego, co im nie wychodzi, co im sprawia trudność ( a dorośli nie mają takiego samego podejścia do życia?). Pozwólmy im liczyć co chcą i ile chcą, niech nie determinuje tego program nauczania a właśnie rozwój indywidualny każdego dziecka. Ale też niech to też idzie w parze z zainteresowaniem ze strony rodziców. Moi Państwo- nie sztuka tylko ganić, może czasem warto pochwalić. Jeśli już nie ma dla nauczyciela słowa "dziękuję", a wiem, że to trudne, doceńcie to, co osiągnęło Wasze dziecko. Nie stawiajcie pułapu- liczy do 1000. Czasami trudno osiągnąć pułap pierwszej dziesiątki. Potem już pójdzie.

  • jhgfd(2013-05-12 19:58) Odpowiedz 00

    Szkoda tylko, że podaje się zwykle tytuły "Szkoła niszczy, szkoła zaniedbuje" itd., bo odbiorca widzi z reguły oczami wyobraźni stado nauczycieli czyhających na korepetycje, złośliwie utrudniających życie dzieciom. Może pora na tytuły "MINISTERSTWO EDUKACJI NARODOWEJ niszczy, zaniedbuje, wypacza"? To ministerstwo wyznacza taką ilość godzin a nie inną, to ministerstwo umożliwia takie a nie inne upychanie dzieci w salach, ministerstwo zatwierdziło podstawę programową, programy pisane przez "ekspertów", to politycy umożliwiają to, że gminy wolną ręką wydają pieniądze na pomniki, ronda, podejrzane transakcje, a biadają, że nie mają na szkoły- ryba zawsze psuje się od głowy, niech media o tym trąbią.

  • Agata Tomala(2014-07-29 23:08) Odpowiedz 00

    Jakże się cieszę z tego artykułu i ze wszystkich publikacji Pani Profesor. Jest Pani jednym z nielicznych autorytetów w polskiej edukacji i cieszę się, że kiedyś dane mi było przez chwilę być słuchaczką Pani cudownych wykładów. I nie dotyczyły one tylko matematyki, ale także adaptacji, uważnego słuchania i postrzegania każdego ucznia, szacunku samych nauczycieli do siebie , swojej wiedzy i pracy. Życzę dobrego zdrowia - i cytując innego klasyka:,,Róbmy swoje"

  • Jakub Sypiański(2014-09-06 18:46) Odpowiedz 00

    Czy coś jest nie tak ze słowem "współtwórczyni"?

  • Polka(2015-09-10 10:38) Odpowiedz 00

    Dla mnie najsputniejsze było to :
    "Takie samo niedowierzanie pojawiało się, kiedy mówiłam o tym na konferencjach, szczególnie tych światowych. Wtedy słuchający pukali się w głowę: przyjechała starsza pani z biednego kraju, z którego jeżdżą pracować na zmywaku, i opowiada, że w jej narodzie ponad połowa dzieci jest uzdolnionych matematycznie. Nie wierzyli."

    Przykre jak cholera

  • nbv(2013-05-12 20:14) Odpowiedz 00

    Rodzicu z IP: 95.160.36.*.
    Wiesz dlaczego poziom się stacza? Autorytet nauczycieli? Ano dlatego, że już Kopernik pisał o tym, jak to zły pieniądz wypiera dobry. Większość ludzi, czyli i rodziców, jest leniwa, prosta, żeby nie rzec prymitywna. Większość nie chce twórczych i wymagających nauczycieli, tylko wyrobników, którzy wstawią bdb i nie będą prosić rodziców na rozmowy jak by można było z dzieciaka coś dobrego wycisnąć. Gdybyście się wy, rodzice, bili o dobrych nauczycieli, bili o poziom, to tacy by byli. Bon? Już teraz idzie subwencja za dzieckiem, myślisz, że dlaczego dyrektorzy walczą o każdego nawet młodocianego bandytę, byle tylko był zapisany do szkoły? A kto jest noszony na rękach przez was? Głupie pindzie, głupie pod względem merytorycznym, a cwane, bo znają was na wylot, potrafią tak się wam przypochlebić, tak zmanipulować, tak tego dzieciaka w złoty papierek owinąć, że to do nich się mizdrzycie, a dołki kopiecie pod tymi, co właściwie oceniają sytuację, co chcą pracować, naprawiać, ale to wam jest nie na rękę, bo okazuje się, że rodzic nie tylko od rodzenia, ale i od wychowania. Zlikwidować Kartę? Gdy się obudzicie następnego dnia, to okaże się, że być może to tych najbardziej wartościowych pozwalniają, a zostaną z pensjami minimum najbardziej potulne miernoty, a z pensjami po 5000 zostaną zatrudnieni krewni i znajomi królika. Znam wartościowych dyrektorów, dla których szkoła to życie i powołanie, ale i są tacy, którzy są dyrektorami gdyż mają właściwe znajomości, jedynie co ich interesuje to pobranie pensji i spokojne doczekanie kolejnej kadencji. Reasumując: to właśnie dzięki obecnej wolnej amerykance, dzięki temu, że rodzice mają wpływ na szkołę, szkoły są takie a nie inne. Każdej reformie można byłoby się oprzeć, ale nie masie, która ma wpływ. Dla kogo są te wszystkie prymitywne programy, telenowele, kretyńskie czasopisma? Odbiorcy tego szlamu mają wpływ na funkcjonowanie szkół. Pamiętaj o tym Rodzicu.

  • krolewnascieszka(2013-05-10 13:49) Odpowiedz 00

    matematyczne zdolności zachowuje i rozwija tylko System - par excellence egoistycznie i arogancko

Twój komentarz

Zanim dodasz komentarz - zapoznaj się z zasadami komentowania artykułów.

Widzisz naruszenie regulaminu? Zgłoś je!

Dowiedz się więcej

Prawo na co dzień

Galerie

Polecane

reklama