– Rok do roku spadek nie jest wielki, ale taki trend utrzymuje się już od kilku lat – mówi Janusz Rak, przewodniczący Rady Nauki i Szkolnictwa Wyższego Związku Nauczycielstwa Polskiego.

Nie tylko niż

Bo jeszcze w 2010 r. w szkołach wyższych pracowało grubo ponad 103,5 tys nauczycieli.

Powody? Niż demograficzny. Skoro studentów mamy coraz mniej, to maleje liczba szkół wyższych. Obecnie nie ma ich nawet 400. A jeszcze w 2010 r. było ich ponad 460. Wykładowcy stracili pracę zwłaszcza w uczelniach niepublicznych. Ich liczba stopniała do 11,8 tys. (z 17,8 tys. jeszcze w 2010 r.).

Nauczycieli ubywa jednak również w uczelniach publicznych. W tym samym okresie ich liczba również stopniała o kilka tysięcy.

– Maleje liczba grup ćwiczeniowych. Niektóre kierunki są zamykane. Nie potrzeba więc tyle osób do prowadzenia zajęć. Jednak powodów malejącego zatrudnienia w państwowym sektorze należy szukać nie tylko w niżu demograficznym – uważa Janusz Rak.

Jego zdaniem malejąca liczba nauczycieli to niekoniecznie kwestia zwolnień, ale przede wszystkim wygaszania umów, np. ze starszymi pracownikami, którzy wchodzą w wiek emerytalny, czy z tymi, którzy mieli je zawarte na czas określony. Brakuje też świeżej krwi.

Zatrudnienie w szkołach wyższych

Zatrudnienie w szkołach wyższych

źródło: Dziennik Gazeta Prawna

– Zwłaszcza niepokojące jest zjawisko malejącej liczby etatów asystenckich – uważa Rak. Na tych stanowiskach powinni być zatrudniani młodzi naukowcy, którzy dopiero zaczynają pracę w szkole wyższej. Wypierają ich doktoranci, którym to uczelnie tanim kosztem wolą zlecać prowadzenie zajęć ze studentami czy wykonywanie prostych prac badawczych.

Zdaniem ekspertów widoczny też jest odwrót młodych od uczelni.

Młodym trzeba płacić

– Do podjęcia pracy w szkołach wyższych zniechęcają zarobki. Zwłaszcza dla osób, które rozpoczynają karierę. Dopiero po latach mogą liczyć na godne pensje – uważa Janusz Rak. Osoby, które pracują na stanowiskach asystenckich, mogą liczyć jedynie na 2450 zł miesięcznie wynagrodzenia zasadniczego. Płaca minimalna wynosi 2 tys. Ponadto maleje prestiż pracy w tym zawodzie.

Ze spadkiem zatrudnienia na uczelniach chce walczyć Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego. Na początku roku wprowadziło nowy algorytm finansowania dla publicznych szkół. Wymaga, aby na jednego nauczyciela akademickiego nie przypadało więcej niż 13 studentów. Gdy uczelnia przekroczy ten limit, dotacja dla niej spada. To miało spowodować, że szkoły, które nie spełniają tego wskaźnika, będą zainteresowane zatrudnianiem nowych osób, aby poprawić statystyki. Zdaniem niektórych ekspertów nie udało się jednak tego osiągnąć.

Błędne koło

– Paradoksalnie na niektórych uczelniach nowy algorytm wzmocnił niekorzystne zjawiska – twierdzi Aleksander Temkin z Komitetu Kryzysowego Humanistyki Polskiej. Część szkół zamiast zacząć zatrudniać, wolało obciąć liczbę miejsc na studiach. Czasem i to nie pomogło, bo uczelnia nadal przekraczała limit 13 studentów na akademika.

– Przez lata do czasu wprowadzenia zmian w algorytmie obowiązywał odwrotny mechanizm – uczelniom opłacało się przyjmować jak najwięcej osób. Szły więc w ilość. To niestety się na nich mści i sprawia, że znalazły się w błędnym kole. Skoro po zmianie algorytmu nadal nie spełniają ministerialnego wskaźnika, to tracą dotację. Zatem nie maja pieniędzy na nowe etaty i znajdują się na równi pochyłej – wyjaśnia Temkin.

Dlatego przedstawiciele środowiska akademickiego apelują w Ministerstwie Nauki o wsparcie dla tych uczelni. Chcą, aby resort przeznaczył fundusze na nowe etaty. Druga propozycja jest taka, aby algorytm nie był dla wszystkich szkół taki sam, ale ustalany proporcjonalnie do możliwości placówki.

– Od największych i bogatszych resort mógłby wymagać więcej – postuluje Temkin. Dla tych szkół limit powinien być bardziej rygorystyczny. Na przykład 10 zamiast 13 studentów na akademika. Wówczas pieniędzy nie traciłyby zwłaszcza te mniejsze uczelnie.