Doktorant jest jak świnka morska – ani świnka, ani morska. Ani student, ani pracownik naukowy. Zarabia i na niewielkim stypendium naukowym o charakterze studenckim, i na grantach, z których korzystają pracownicy naukowi. Do tego dorabia na uczelni, a nierzadko i poza nią. Wszystko to sprawia, że często ciężko jest mu skupić się na prowadzeniu badań naukowych z prawdziwego zdarzenia.

Ale to nie wszystko. To, co wytwarza, powstaje w wąskiej interakcji między nim a promotorem. Często bez wsparcia ze strony środowiska, wydziału. To właśnie promotor ma największy wpływ na to, co będzie wynikiem pracy doktoranta – na jego sukces, ale zdarza się, że również na porażkę, czyli np. porzucenie studiów. A tak dzieje się w przypadku ogromnej liczby tych, którzy w Polsce rozpoczynają studia doktoranckie.

To tylko kilka dolegliwości, na jakie cierpi polski system kształcenia młodych naukowców, a jakie wskazali uczestnicy debaty zorganizowanej przez „Dziennik Gazetę Prawną” we współpracy z Ministerstwem Nauki i Szkolnictwa Wyższego. Prof. Aleksander Bobko, sekretarz stanu w resorcie nauki, prof. Maciej Malicki reprezentujący Obywateli Nauki, dr Jacek Lewicki z Instytutu Rozwoju Szkolnictwa Wyższego, Zuzanna Hazubska z Krajowej Reprezentacji Doktorantów oraz Katarzyna Kryszczuk z ramienia Rady Samorządu Doktorantów PAN – w tym doborowym towarzystwie dyskutowano o rozwiązaniach zaproponowanych w projekcie ustawy zwanej Konstytucją dla Nauki bądź Ustawą 2.0, a tak naprawdę nową ustawą Prawo o szkolnictwie wyższym i nauce.

Uczestnicy debaty zwracali uwagę na zmiany, jakie ma wprowadzić zaproponowana przez resort nauki formuła szkół doktorskich. To, że mają być one ewaluowane, a wyniki oceny mają wpływać na ilość przekazywanych jej pieniędzy na kształcenie. A także to, że nowa ustawa wprowadza stypendia dla wszystkich doktorantów w wysokości 110 proc. płacy minimalnej. Właśnie kwestia finansowania tak kształcenia, jak i samych doktorantów, wzbudziła gorącą dyskusję. Bo czy 2310 zł dla młodego naukowca to wystarczająca pokusa, by zamiast pracować w korporacji za większe pieniądze, zostać na uczelni i rozpocząć badania naukowe? Tym bardziej że nowa ustawa zabrania zatrudniania ich na uczelni. Z drugiej strony, czy środki przekazywane uczelniom wyższym wystarczą na zapewnienie jakościowego – bo tego życzyli sobie wszyscy dyskutanci – kształcenia naukowców?

Ogromną wagę zgromadzeni w DGP ludzie nauki przywiązywali w czasie debaty do idei przywrócenia prestiżu studiom doktoranckim. Zastanawiali się, czy zaproponowane rozwiązania rzeczywiście sprawią, że za robienie doktoratu zabierać się będą najzdolniejsi, dla których będzie to misja absolutnie prestiżowa. Wnioskiem, który powtarzał się w czasie dyskusji było proste stwierdzenie: nie wszystko da się uregulować ustawą. A już na pewno nie nastawienie środowiska, które musi zrozumieć, że studia doktoranckie wymagają podejścia jakościowego, a nie tworzenia jak największej liczby miejsc dla przyszłych doktorantów, najlepiej w wersji niestacjonarnej, czyli płatnej (swoją drogą to również nowa ustawa ma zmienić – postuluje się w niej likwidację niestacjonarnych studiów doktoranckich).

Wśród niewątpliwych plusów forsowanych przez resort nauki pomysłów wskazywano ewaluację – tak szkół doktorskich, jak i samych doktorantów, a ściślej ich dokonań naukowych. W pierwszym przypadku chodzi o wymuszenie stawiania właśnie na jakość, w drugim – premiowanie aktywności, mobilności, otwartości doktoranta. Młody naukowiec, który uzyska pozytywną ocenę śródokresową, może liczyć na podniesienie stypendium do wysokości 170 proc. najniższej płacy – dziś jest to 3570 zł.

Jakie inne bolączki kształcenia doktorantów wskazali zaproszeni przez DGP goście? I jakie sposoby na uporanie się z nimi proponowali? Zachęcamy do przeczytania pełnego zapisu niezwykle interesującej debaty.

Polska zajmuje czwarte miejsce od końca w grupie 31 państw, biorąc pod uwagę wskaźnik ukończenia studiów doktoranckich. Oznacza to, że skuteczność kształcenia młodych naukowców jest bardzo słaba – wiele osób te studia rozpoczyna, a niewiele kończy. Czy nowa ustawa – Prawo o szkolnictwie wyższym i nauce (tzw. ustawa 2.0), która ma zastąpić studia doktoranckie szkołami doktorskimi, to zmieni?

Zuzanna Hazubska

Sama zmiana nazwy nic nie da. To tylko etykietka. Jednak założenia, które dotyczą kształcenia w szkołach doktorskich, budzą nadzieję. Na przykład to, że szkoły te mają być ewaluowane. Zgodnie z propozycją Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego ich weryfikacja będzie przeprowadzana przez Komisję Ewaluacji Nauki co najmniej co 6 lat. Wszystko oczywiście zależy od tego, jak taka ocena będzie przebiegała. Uważam, że w jej ramach powinny być sprawdzane programy doktorskie czy wsparcie promotorów. Teraz niestety często spotykam się z opinią, że najważniejsze jest to, aby studia doktoranckie nie przeszkadzały w pisaniu pracy doktorskiej. Zazwyczaj młodzi naukowcy muszą uczęszczać na zajęcia, które nie pomagają w przygotowaniu pracy naukowej, zdarza się niestety również, że nie mają wystarczającej pomocy od swoich promotorów. Dzięki nowym wymogom dla uczelni i ewaluacji może to się zmieni.

Ponadto sprawdzana będzie również praca doktoranta. Każdy zostanie poddany ocenie śródokresowej. Obecnie brakuje narzędzi, które pozwoliłyby ocenić, w którym momencie ścieżka kształcenia doktoranta jest zawodna.

Wyższą skuteczność kształcenia doktorantów pomogą również zapewnić powszechne stypendia, które mają być wypłacane wszystkim osobom podejmującym kształcenie w szkołach doktorskich. Teraz dużym problemem jest to, że część uczestników studiów trzeciego stopnia musi dodatkowo pracować, bo nie otrzymuje żadnego wsparcia finansowanego od uczelni.

Katarzyna Kryszczuk

Funkcjonowanie szkół doktorskich w nowej ustawie 2.0 jest opisane bardzo ogólnie. Bardzo dużą autonomię w ich kształtowaniu będą miały jednostki naukowe, które będą je prowadzić. Same w wewnętrznych regulaminach będą decydować o ich formie. Już obecna ustawa – Prawo o szkolnictwie wyższym zapewnia dużą dowolność uczelniom i instytutom w systemie kształtowania doktorantów. Niestety, pojawiło się w wyniku tego bardzo niekorzystne zjawisko punktozy, czyli praca doktoranta oceniania jest na podstawie tego np., w ilu konferencjach weźmie udział. Jest jednak nadzieja, że kształcenie doktorantów pójdzie w lepszą stronę, m.in. dzięki zapewnieniu stypendiów dla wszystkich. To duża zmiana zwłaszcza dla doktorantów kształcących się w instytutach Polskiej Akademii Nauk. Już dwa lata temu raport Najwyższej Izby Kontroli wykazał, że część instytutów PAN (np. Instytut Chemii Fizycznej PAN) może pochwalić się wysoką skutecznością kształcenia doktorantów – studia te kończy ok. 70 proc. osób spośród tych, które je rozpoczynają, a do tej pory przecież PAN nie miała zapewnionego dofinansowania przeznaczonego tylko na kształcenie doktorantów. Nowa ustawa takie wsparcie instytutom PAN zapewni i z całą pewnością są to duża szansa i nowe możliwości. W mojej opinii dzięki temu studia doktoranckie prowadzone w instytutach PAN z bardzo dobrych przekształcą się we wzorowe.

Czy autonomia w prowadzeniu szkół doktorskich to rzeczywiście zagrożenie, czy jednak szansa?

Dr Jacek Lewicki

Wszystko zależy od tego, jakie kryteria finansowania i ewaluacji ostatecznie ustali ministerstwo. To te dwa czynniki determinują działania jednostek kształcących przyszłych doktorów. Uczelnie bowiem starają się postępować racjonalnie – dostosowują się do źródeł finansowania i kryteriów ewaluacji.

Prof. Maciej Malicki

Bez wątpienia te czynniki są istotne, ale nie tylko one. Równie ważnym elementem jest kadra. Robiłem doktorat w USA, więc mam możliwość porównania różnych systemów studiów doktorskich.

W Polsce obecnie jest tak, że promotor ma praktycznie wolną rękę i w zasadzie wyłącznie od niego zależy to, jak przebiegają studia doktoranckie. Jedynym czynnikiem, który ma wpływ na jakość doktoratu, są bezpośrednie relacje między promotorem a doktorantem. Jeżeli są poprawne, to oczywiście jest szansa na uzyskanie dobrego doktoratu, jeżeli jednak coś zaczyna się psuć, nie ma żadnej możliwości, aby to naprawić. Brakuje bowiem systemu kontroli, czy może bardziej wsparcia, ze strony lokalnego środowiska naukowego w prowadzeniu doktoranta. Ta sprawa została dostrzeżona w nowej ustawie 2.0, ale niestety tylko połowicznie. To znaczy – wprowadzona zostanie komisja, która przeprowadzi ocenę śródokresową pracy doktoranta. To jest bardzo dobry pomysł. Takie rozwiązanie sprawdza się dobrze na amerykańskich uczelniach. Z tym że uważam, że ta komisja powinna grać dużo większą rolę. Obywatele Nauki w komentarzach do projektu ustawy 2.0 zaproponowali, aby przeprowadzała nie tylko ocenę śródokresową, ale także ocenę samego projektu doktorskiego. Powinna również mieć wpływ na decyzję, czy badania naukowe prowadzone przez doktoranta mogą się już zakończyć, czy też należy je przedłużyć. A także możliwość mediowania w konfliktach między promotorem a doktorantem. W szczególności doktorant powinien mieć prawo do zmiany promotora, jeżeli pojawią się problemy nie do rozwiązania. Zatem komisja musi pełnić rolę nie tylko oceniającą, ale także wspierającą, przez cały okres studiów. Tak to właśnie wyglądało na uniwersytecie, gdzie realizowałem doktorat. Powinniśmy czerpać z takich sprawdzonych wzorców.

Kolejna ważna kwestia to wsparcie dydaktyki. Programy doktorskie powinny być uzupełnione o zajęcia dotyczące takich zagadnień jak formułowanie hipotez badawczych, krytyczne czytanie artykułów naukowych itd. Trudno taki wymóg zapisać w ustawie, ale uczelnie i instytuty powinny zadbać, aby w programach szkół doktorskich nie zabrakło elementów, które pozwolą na wykształcenie warsztatu badacza. Wbrew dość powszechnemu w Polsce przekonaniu tego można uczyć.

Prof. Aleksander Bobko

Panuje u nas to przekonanie, że doktorat powstaje w przestrzeni między promotorem a doktorantem, jednak doświadczenia zachodnie pokazują, że ta przestrzeń powinna być szersza. Kwestia przygotowywania doktoratu przez młodego badacza nie powinna być jedynie ograniczona do promotora, ale również poszerzona o środowisko, w którym to się dzieje – wydziału, zespołu badawczego itd. Powinno to być elementem szerszego życia naukowego. Stąd wziął się pomysł powołania szkół doktorskich. Wzorowaliśmy się właśnie na światowych przykładach.

Propozycja zawarta w ustawie to próba zarysowania takiej przestrzeni, w której młody człowiek nie tylko pod okiem promotora zdobywa pierwsze doświadczenia naukowe. Natomiast to, jak zostanie to zrealizowane, zależy od środowiska akademickiego i tego, jak z tych instrumentów skorzysta.

Decydując się na wprowadzenie szkół doktorskich, wyciągnęliśmy wnioski z ostatniej dekady. Posłużę się przykładem. Poprzedni ministrowie wyszli ze słusznego założenia. Uznali bowiem, że kształcenie doktorantów jest niezwykle ważne. To jest przyszłość nauki. Powinno być zatem traktowane priorytetowo. Skoro to jest tak ważna i kluczowa dla nauki kwestia, to należy dowartościować kształcenie doktorantów. W algorytmie finansowania uczelni wprowadzono więc prosty mechanizm – za doktoranta dotacja ma być pięciokrotnie wyższa niż za studenta. Proste i logiczne. Co się jednak z tym stało? Skutek był odwrotny do zamierzonego. Okazało się, że uczelnie potraktowały ten mechanizm jako źródło łatwego pieniądza. Masowo zaczęły uruchamiać studia doktoranckie, przyjmować jak największą liczbę osób, zaniżając jakość kształcenia.

Poprzednie reformy doprowadziły do patologii. Teraz staraliśmy się nie powtórzyć tych samych błędów.

Nadal chcemy stawiać na autonomię środowiska. Jestem bowiem przekonany, że nie jesteśmy w stanie znaleźć czarodziejskiej różdżki i zapisać w ustawie magicznego algorytmu, którego wynikiem będzie wykształcenie świetnego doktoranta. Ustawa musi stworzyć odpowiednie ramy. Jestem przekonany, że nasza propozycja stwarza szanse i daje nadzieję. Wierzę, że szkoły doktorskie otworzą drogę do lepszej organizacji tego kształcenia. Wprowadzamy jednocześnie mechanizmy dyscyplinujące, czyli ewaluację. Ci, którzy nie będą spełniali kryteriów jakościowych, będą pozbawiani prawa do prowadzenia szkół doktorskich. Wszystko zależy od tego, jak uczelnie i instytuty, w ramach, które stworzymy, zorganizują to kształcenie.

Chcę także podkreślić, że jest czas na modyfikowanie szczegółów zawartych w projekcie ustawy 2.0. Proces legislacyjny jest w toku.

Prof. Maciej Malicki

Prof. Maciej Malicki Obywatele Nauki

Prof. Maciej Malicki Obywatele Nauki

źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Niestety teraz często jest tak, że to doktoranci są dla promotorów. Na przykład z przyczyn formalnych – akademicy potrzebują ich do uzyskania profesury czy wzmocnienia swojej pozycji w środowisku lokalnym, a same uniwersytety – po to, aby zarabiać więcej pieniędzy. Czasami okazuje się, że interes samego doktoranta jest na ostatnim miejscu. Tymczasem powinno być odwrotnie – to promotorzy powinni być dla doktorantów.

Jak powinny być finansowane szkoły doktorskie, aby uniknąć takich patologii?

Prof. Maciej Malicki

W projekcie ministerstwa jest propozycja, aby zlikwidować niestacjonarne studia doktoranckie. Popieramy to rozwiązanie, ale należy wziąć pod uwagę, że może to poważnie uszczuplić budżety niektórych szkół wyższych. Teraz bywają one znaczącym źródłem dochodów.

Dr Jacek Lewicki

Obecnie są wydziały, które wyłącznie oferują doktoranckie studia niestacjonarne. Albo na studia stacjonarne przyjmują zaledwie 20 osób, a na niestacjonarne aż 120.

Prof. Aleksander Bobko

Nie wydaje mi się, aby zlikwidowanie niestacjonarnych studiów doktoranckich było dotkliwe finansowo dla uczelni. Pamiętajmy, że pozostanie ścieżka eksternistyczna.

Warto zauważyć, że wprowadzenie szkół doktorskich zaproponowane w ustawie 2.0 pociąga największe konsekwencje finansowe dla budżetu państwa. Koszty studiów doktoranckich wzrosną. A to za sprawą wprowadzenia obowiązkowych stypendiów doktoranckich dla każdego uczestnika szkoły doktorskiej. Na początku jego wysokość wyniesie 110 proc. minimalnego wynagrodzenia za pracę (czyli obecnie 2310 zł), a po pozytywnej ocenie śródokresowej 170 proc. (3570 zł). To jednak nie są jedyne wydatki. Uczelnie poza pieniędzmi na stypendia, które będą musiały wypłacać, otrzymają też środki na kształcenie doktorantów, prowadzenie przez nich badań, utrzymanie potencjału doktoranckiego itd. Wysokość dotacji będzie zależała też od wyniku ewaluacji. Zatem będziemy mieli w nowym algorytmie kilka sprzężeń zwrotnych – im lepszy poziom doktoratów oraz prowadzonych badań, tym większa szansa na wyższą dotację z budżetu państwa. Uczelniom ma opłacać się stawiać na jakość badań naukowych. Natomiast strumień pieniędzy dla doktorantów będzie znaczony i nienaruszalny. Nie będzie mógł zostać przeznaczony na inne cele. Szkoły nie będą mogły poprawiać swojego wyniku kosztem stypendiów, ponieważ będą one obligatoryjne. Tak będą musiały skalkulować liczbę doktorantów, aby zapewnić im odpowiednią jakość całego procesu dochodzenia do doktoratów.

Zuzanna Hazubska

Zuzanna Hazubska Krajowa Reprezentacja Doktorantów

Zuzanna Hazubska Krajowa Reprezentacja Doktorantów

źródło: Dziennik Gazeta Prawna

W wielu wypadkach środki przekazane uczelni na kształcenie doktorantów to były zmarnowane pieniądze publiczne, skoro uczestnicy często tych studiów nie kończyli. Zatem budżet państwa inwestował ogromne środki, a zysk był z tego znikomy.

Ten stan rzeczy może zmienić zapewnienie wsparcia finansowego, które pozwoli młodym badaczom skupić się na nauce. Dlatego właśnie powszechne stypendia dla doktorantów oceniam pozytywnie. Z tym że mam wątpliwości, czy 110 proc. płacy minimalnej zaraz po skończeniu studiów to jednak nie jest za mało, skoro od tej kwoty mają być jeszcze odliczane składki do ZUS. Przecież doktorant rozpoczynający kształcenie jest w specyficznym momencie, chciałby już założyć rodzinę i się ustabilizować. Niestety wspomniana kwota na to nie pozwoli, zwłaszcza w dużym ośrodku akademickim.

Ponadto Konstytucja dla Nauki wprowadzi zakaz zatrudniania na uczelni, zatem doktoranci stracą dodatkowe źródło dochodu. Będą mogli podjąć pracę jedynie w innych placówkach, najczęściej niezwiązanych z prowadzonymi przez siebie badaniami naukowymi. To również nie jest korzystne. Krajowa Reprezentacja Doktorantów będzie domagać się uchylenia tego zakazu.

Proponujemy też, aby na początku stypendium doktoranckie wynosiło co najmniej 120 proc. (a nie 110 proc.) płacy minimalnej, ewentualnie kosztem kwoty wypłacanej po okresie śródokresowej, czyli wówczas doktoranci otrzymywaliby na przykład 160 proc. (zamiast zaproponowanych w projekcie ustawy 170 proc.).

Katarzyna Kryszczuk

W instytutach PAN dość powszechną praktyką jest zatrudnianie doktorantów na część etatu. Zapewnia im to większą stabilność i większy komfort pracy. Wątpliwości budzi również fakt, że przy obecnym zapisie proponowanym w ustawie 2.0 doktorant nie będzie miał możliwości otrzymania zatrudnienia w jednostce naukowej w momencie gdy znajdzie się na przedłużeniu studiów doktoranckich, czyli po 4 latach. W tym okresie posiada on nadal status doktoranta, ale traci uprawnienia do pobierania stypendium i co więcej, przy obecnym zapisie nadal obejmuje go zakaz zatrudniania. Oznacza to, że pozostanie on bez środków do życia i będzie zmuszony szukać ich poza swoją jednostką naukową. Z tych powodów wydaje się, że zasadne byłoby, aby resort wycofał się z propozycji wprowadzenia zakazu zatrudniania.

Prof. Aleksander Bobko

W czasie kiedy studiowałem, niewyobrażalne było, aby w trakcie studiów doktoranckich pracować, tyle było zajęć i egzaminów. Na uczelni spędzaliśmy czas od rana do wieczora. Teraz to się zmieniło. Mamy świadomość tych zmian, dlatego kwestia zakazu zatrudnienia jest jeszcze przedmiotem dyskusji, ponieważ naszym celem nie jest utrudnianie sytuacji młodym naukowcom, ale stworzenie warunków do jak najlepszej pracy naukowej. Zauważmy też, że zakaz zatrudnienia nie obejmuje środków z grantów badawczych czy dodatkowych stypendiów.

Katarzyna Kryszczuk

Zgadzam się również z tym, że 110 proc. minimalnego wynagrodzenia po odjęciu od stypendium składek ZUS to zdecydowanie za mało, aby móc skupić się jedynie na pracy doktorskiej, dlatego słusznym pomysłem wydaje się przeniesienie 10 proc. na okres przed oceną śródroczną. To nie będzie stosunkowo duża kwota, ale jednak może być pomocna w przypadku utrzymania się doktoranta w dużym ośrodku akademickim.

Natomiast jeżeli chodzi o finansowanie szkół doktorskich, to ważne jest, aby pieniądze trafiały do najlepszych. Dobre doktoraty tworzymy w ośrodkach, w których jest wysoki poziom naukowy, pod okiem najlepszych naukowców i badaczy. Im bardziej więc uzależnimy finansowanie od dorobku naukowego i wyników ewaluacji jednostek, tym większa szansa na to, że polskie uczelnie i instytuty będą zajmować coraz wyższe pozycje w międzynarodowych rankingach i udowodnimy, że w polskich ośrodkach naukowych można realizować doktoraty na bardzo wysokim poziomie.

Dobrym rozwiązaniem byłoby skierowanie większej ilości funduszy do doktorantów rozpoczynających swoją karierę naukową, tj. znajdujących się na pierwszych latach programów doktorskich, z których mogliby finansować prowadzenie swoich prac badawczych. Takie środki pozwoliłyby doktorantom na zdobycie doświadczenia we wnioskowaniu o dofinansowanie na projekty. W tej chwili najbardziej popularnym grantem dla doktorantów jest Preludium, ale to zdecydowanie za mało, biorąc pod uwagę fakt, że mamy ich w Polsce 40 tys. Niewiele zatem osób ma szanse uzyskać z niego wsparcie.

Warto podkreślić również, że doktoranci chcą, aby Konstytucja dla Nauki pozwalała stworzyć taki system, gdzie to kształcenie podejmują osoby, które faktycznie są zdeterminowane, aby uzyskać doktorat. Aktualne rozwiązania oraz realizacja kształcenia doktorskiego jako trzeciego stopnia studiów spowodowała, że są one często przez samych realizujących, a więc przez część doktorantów, traktowane jedynie jako kolejny etap edukacji. Wypaczony został obraz doktoranta, który dziś zamiast być postrzegany jako młody badacz, uznawany jest za studenta. Właśnie z tego powodu zasadne wydaje się podniesienie wymogów wobec kandydatów podczas procesu rekrutacyjnego, zmniejszenie liczby doktorantów, a równocześnie zapewnienie większego finansowania przypadającego na pojedynczą osobę. W ten sposób nie podwyższając kosztów, stworzy się nową szansę na inwestycję w jakość, a nie ilość.

Zuzanna Hazubska

Wyobrażam sobie świat, w którym doktorat to jest elitarna praca po studiach. Nie chciałabym, aby było tak jak jest obecnie, że absolwenci po obronie magisterki często postrzegają tę drogę jako ostateczność. Wybierają doktorat niejednokrotnie z uwagi na brak innych możliwości. To wszystko sprawia, że studia trzeciego stopnia tracą na prestiżu. Oczywiście by zmienić ten stan rzeczy, potrzebne jest wiele pracy, i między innymi godne wynagrodzenie – aby to właśnie najlepsi wybierali szkoły doktorskie i to oni budowali przyszłość polskiej nauki.

Dr Jacek Lewicki

Obecnie doktorant jest jak świnka morska, czyli ani to świnka, ani morska. Doktorant nie jest już studentem, ale jeszcze też nie jest pracownikiem naukowym. Z jednej strony jest zasilany systemem stypendialnym utworzonym dla studentów, z drugiej może sięgać po środki z grantów, jak pracownicy naukowi. Według mnie stworzenie jednego systemu finansowania doktorantów na pewno ułatwi uczelniom dysponowanie tymi środkami.

Pytania pozostają takie: czy uczelni będzie opłacało się przeprowadzić odpowiednią selekcję kandydatów na wejściu? I czy środki przeznaczone na ich kształcenie będą adekwatne? Obecnie mam wrażenie, że pieniądze, które uzyskuje uczelnia na doktoranta, nie pokrywają kosztów kształcenia, stypendiów, sfinansowania przewodu doktorskiego. Czy po wprowadzeniu zmian to się będzie bilansowało? Diabeł zatem tkwi w szczegółach. Zmiany idą w dobrym kierunku, ale trzeba się zastanowić nad szczegółami.

Zuzanna Hazubska

Ustawa 2.0 z jednej strony owszem, oferuje doktorantom powszechne stypendia, ale drugiej pozbawia ich pomocy, którą mogą obecnie otrzymać z funduszu pomocy materialnej (np. zapomogi), nie zapewnia także zniżek na komunikację miejską czy dostępu do preferencyjnych kredytów doktoranckich.

Czy w praktyce nowa ustawa opłaci się zatem doktorantom?

Prof. Aleksander Bobko

Szczegóły będziemy jeszcze dyskutować. Uwagi będą rozpatrywane. Potrzebne jest przywrócenie powagi, rangi i prestiżu studiów doktoranckich. Można mieć dużo wątpliwości, stawiając uczciwie pytanie, czy zaproponowany pułap powszechnych stypendiów dla doktorantów, które tak eksponujemy, będzie wystarczający? Czy najlepsi będą woleli jednak rozwijać swoją karierę w korporacji niż na uczelni? Niestety jesteśmy w pewnym klinczu. Każdy wie, że 110 proc. najniższego wynagrodzenia to nie są kokosy. Ale ten medal ma również drugą stronę. Podniesienie stypendiów dla doktorantów to niemały wydatek dla budżetu państwa. Aby ten system działał, nawet przy znacząco mniejszej liczbie doktorantów, potrzebne są ogromne pieniądze – dodatkowo około 800 mln zł. Jesteśmy między młotem a kowadłem. I tak płace na uczelniach, nawet stypendia w kwocie 170 proc. minimalnego wynagrodzeni za pracę, znacznie odbiegają od pensji w korporacjach. Wysokość stypendiów jest miernikiem prestiżu, ale nie jest to jedyny parametr. Od lat nie zmienia się to, że motywacją do wyboru kariery w nauce nie są tylko pieniądze. Są jeszcze pasja, ciekawość i także perspektywa bardzo ciekawej ścieżki kariery. Praca na uczelni jest bowiem czymś pasjonującym. Zdaję sobie jednak sprawę, iż tym argumentem trudno przyciągnąć wszystkich zdolnych, młodych ludzi. Najprościej byłoby jeszcze podnieść poziom stypendiów, ale wówczas koszty dla budżetu państwa stają się gigantyczne. Chciałbym przy okazji dodać, że faktycznie łączymy strumienie finansowe dla doktorantów, ale z jednoznaczną korzyścią, bo będą obligatoryjne, szybko wypłacane i niezależne od biurokratycznych wymogów.

Zuzanna Hazubska

Chcemy stawiać na jakość. Tymczasem w świetle obecnego projektu ustawy 2.0 najlepsi stracą. Teraz mogli sumować świadczenia z kilku źródeł, czego nie przewidują proponowane przepisy. Duże znaczenie w tej kwestii będą miały programy dla doktorantów, na przykład dedykowane im konkursy grantowe.

Prof. Maciej Malicki

Nie przesadzajmy. Jednak na całym świecie poziom stypendium dla doktoranta waha się w granicach pensji minimalnej. Absolutnie zgadzam się z tym, że doktoranci powinni mieć jak najlepiej. Ale nie uważam, aby wysokość stypendium doktoranckiego była głównym czynnikiem budującym atrakcyjność i prestiż tej ścieżki kariery.

Prof. Aleksander Bobko

Klucz tkwi w rekrutacji do szkół doktorskich. Uczelnie muszą wziąć odpowiedzialność za kształcenie doktorantów. Wydatki na tych młodych ludzi będą większe, a szkoły będą z tych środków bardziej rygorystycznie rozliczane. Odpowiedzialność musi być od samego początku. Z jednej strony chcemy to wymusić, ale bez kultury jakości to się nie uda. Jeżeli uczelnie zaczną kombinować, jak obejść przepisy i dostać najwięcej jak najniższym kosztem, to nasza reforma w tym zakresie się nie powiedzie. Po roku dyskusji na temat ustawy 2.0 mam wrażenie, że świadomość stojących przed środowiskiem akademickim wyzwań jest coraz większa. To dobrze, bo wiele uczelni już teraz przygotowuje się do zmian – mając świadomość, że ich dobre wdrożenie będzie w dużej mierze zależało od wspólnoty akademickiej każdej uczelni.

Czy propozycje zawarte w ustawie 2.0 otwierają drzwi do kariery młodym naukowcom?

Prof. Maciej Malicki

Na studia doktoranckie decydują się często osoby, które chcą potem kontynuować pracę na uczelni. Okazuje się jednak często, że nie mają takiej możliwości. Dlaczego? Bo mamy nietransparentne procedury rekrutacji, które promują chów wsobny. Obowiązują one praktycznie wszędzie. Właściwie nie zdarzają się metody rekrutowania pracowników akademickich, które spełniałaby ogólnie przyjęte standardy przejrzystości, a czasem też niestety i uczciwości. Mnie się wydaje, że to jest fundamentalna kwestia. Jej rozwiązanie pozwoliłoby na jednoczesne rozwiązanie wielu innych problemów, o których teraz rozmawiamy, czyli poziomu uczelni, jakości prac naukowych itd. Tymczasem nowa ustawa 2.0 w ogóle tą sprawą się nie zajmuje.

Prof. Aleksander Bobko

W projekcie ustawy 2.0 są zawarte przepisy sankcjonujące, jak np. kary finansowe dla uczelni za brak jawności konkursów. Poświęciliśmy temu zagadnieniu wiele dyskusji. Już w lutym 2016 r., ogłaszając konkurs na założenia do ustawy 2.0, zwracaliśmy uwagę na temat procedur konkursowych. Na poziomie ustawy wymagamy transparentnych i uczciwych konkursów, jawności protokołów itd.

Prof. Maciej Malicki

Według mnie można dużo rzeczy poprawić i to już na poziomie ustawy. Na przykład obecnie wskazany jest co najmniej 14-dniowy termin ogłoszenia konkursu. To jest fikcja. Jeżeli uczelnia ogłasza konkurs jedynie z 14-dniowym wyprzedzeniem, to już wiadomo, że ktoś jest przygotowany na to miejsce. Uzasadnienie wyniku konkursu natomiast powinno być dostępne zawsze, a nie tylko w sytuacji gdy konkurs nie został rozstrzygnięty – i to na podstawie wcześniej ustalonych przez komisję kryteriów oceny. Teraz protokoły często są fasadowe – czyli np. jest w nich napisane jedynie, że zebrała się komisja, zagłosowała i w ten sposób rozstrzygnęła konkurs. Warto rozważyć, aby w komisji konkursowej była osoba z zewnątrz. Jakość procedur również powinna być oceniania – na przykład w oparciu o Europejską Kartę Naukowca lub ministerialny kodeks dobrych praktyk – podczas ewaluacji uczelni, jako jedno z kryteriów, albo przynajmniej mogłaby być brana pod uwagę przy przydzielaniu dodatkowych środków w ramach konkursów „Inicjatywy doskonałości”.

Prof. Aleksander Bobko

To słuszne uwagi. Ale patrząc na to z punktu widzenia praktyki, to niestety mogą być puste zapisy. Bez rachunku sumienia środowiska i przekonania, że bylejakość prowadzi donikąd i musimy stawiać na jakość, to i tak się nie uda. Trudno mówić o projakościowym podejściu, skoro uczelniom nie zależy na tym, aby z rynku pozyskać jak najlepszych kandydatów. Nie wykluczamy jednak, że dokonamy zmian, które jeszcze mocniej ugruntują transparentność w zakresie konkursów.

Prof. Maciej Malicki

Po pierwsze, jeżeli przepisy nic nie zmienią, po co w ogóle proponować nową ustawę?

Po drugie, wprowadzając dodatkowe wymogi, na pewno nic nie zepsujemy, a jest szansa, że przynajmniej w niektórych przypadkach one pomogą. Dodam też, że niestety w nowej ustawie całkowicie zostały pominięte działania antydyskryminacyjne. Tymczasem nawet ostatnio zwróciła uwagę na tę kwestię Komisja Europejska w swoim raporcie na temat polskiego szkolnictwa wyższego. Wiadomo, że na uczelniach istnieją rażące różnice, np. w liczbie zajmowanych stanowisk kierowniczych przez kobiety i mężczyzn.

Katarzyna Kryszczuk

Z perspektywy doktorantów PAN dużym rozczarowaniem jest brak w nowej ustawie bezpośrednich zapisów na temat rozwiązań wspierających mobilność akademicką. Kwestia ta była szeroko dyskutowana podczas tworzenia projektu ustawy, np. pojawił się dość kontrowersyjny pomysł wprowadzenia zakazu zatrudnienia w jednostce macierzystej bezpośrednio po ukończeniu studiów doktoranckich. W Polsce mamy bardzo silną tendencję do tego, aby karierę naukową i badawczą od doktoratu przez habilitację do profesury przeprowadzić w jednej jednostce naukowej. To niestety blokuje miejsca pracy dla nowych naukowców oraz zmniejsza szansę na wymianę doświadczeń z inną kadrą, szczególnie międzynarodową.

Prof. Maciej Malicki

Na UJ aż 90 proc. zatrudnionych to osoby, które skończyły studia na tej uczelni. To jest dość nieprawdopodobne.

Katarzyna Kryszczuk

Istnieją w Polsce jednostki naukowe, np. Instytut Chemii Fizycznej PAN, w którym mam przyjemność realizować swoje studia doktoranckie oraz pracę badawczą, które wprowadzają wymogi odbycia staży podoktorskich, gratyfikują wyjazdy do innych jednostek naukowych, w szczególności tych zagranicznych, oraz wspierają młodych badaczy zarówno finansowo, jak i merytorycznie w realizacji takich wyjazdów. Nadal jednak, jak pokazują statystyki, jest to zbyt mało i wydaje się, że wielu młodych naukowców wiązało nadzieję z tym, że rozwiązania wspierające mobilność pojawią się w ustawie 2.0.

Dr Jacek Lewicki

Pośrednio rozwiązania promujące mobilność znajdują się w projekcie ustawy 2.0. Ewaluacja szkół ma bowiem obejmować m.in. umiędzynarodowienie, kwalifikacje kadry itd.

Prof. Aleksander Bobko

Prace nad Konstytucją dla Nauki trwały ponad rok, a patrząc na literalne przepisy zawarte w projekcie ustawy 2.0, można zauważyć, że z niektórych kwestii, tych postulowanych na początku debat i dyskusji, się wycofaliśmy. Celem debat i konsultacji jest wypracowanie najlepszych rozwiązań. I tak przykładowo wymóg mobilności byłby dla kobiet zbyt uciążliwy. Ponadto trzeba także mieć na względzie to, że w przypadku niektórych dyscyplin naukowych pojemność polskiego rynku jest niewielka, mamy np. dwa ośrodki, które zajmują się danym zagadnieniem. Trudno zatem o wymuszanie mobilności. Trochę to inaczej wygląda z perspektywy Stanów Zjednoczonych. Polska przestrzeń jest pod tym względem dużo mniejsza. To nie znaczy, że w ogóle wycofaliśmy się z mobilności. Te parametry będą zawarte w ewaluacji, będą też elementem wymaganym przy habilitacji. Rusza też Narodowa Agencja Wymiany Akademickiej, która przecież ma poprawić sytuację polskich naukowców w zdobywaniu środków czy na indywidualne wyjazdy, czy też na tworzenie międzynarodowych zespołów badawczych.