Nieubłaganie zbliża się czas egzaminów. Już niebawem kilka tysięcy młodych wilków wejdzie na rynek usług prawniczych, rozpychając się na nim łokciami, przeżywając wzloty i upadki. Ale w tym roku może być szczególnie ciężko zdać egzamin.

Założeniem, dość oczywistym do niedawna, jest bowiem to, że przystępujący do egzaminu powinni znać obowiązujące przepisy. Zresztą w zeszłym roku dość długo toczyła się dyskusja, czy na egzaminie powinna obowiązywać stara (niebawem nowa) procedura karna, czy też nowa (niebawem stara). Obie wersje mają swych zwolenników i przeciwników. Z jednej strony trochę głupio wymagać od adepta odpowiedzi z ustawy, o której mu nawet w trakcie szkolenia nikt nie wspomniał, z drugiej – można przyjmować założenie, że trafiamy na mądrych ludzi, którzy sami się dokształcą w zakresie nowych regulacji.

W tym roku jednak już potrzeba nie światłych aplikantów, lecz wróżbitów. Prawo zmienia się w takim tempie – i na dodatek bez określania w ustawach vacatio legis przekraczających dobę – że stan prawny może zmienić się podczas krótkiego wyjścia do toalety. A co dopiero mówić o pisaniu egzaminu. W efekcie może się okazać, że wszyscy w dobrych nastrojach pójdą spać na kilka godzin przed egzaminem, bo świetnie się nauczyli procedury cywilnej, a tu rano lament i płacz. Rach, ciach, nowa ustawa. I nie wiadomo: sprawdzać wiedzę ze starej czy z nowej.

Ale i to wariant optymistyczny. Proszę sobie wyobrazić, że aplikant idzie na egzamin, załóżmy na godzinę 10. Rozwiązuje kazus z procedury karnej. Wychodzi zadowolony. A tu Sejm o 13 rozpoczyna prace nad dużą nowelizacją. O 14 uchwala ustawę. O 16 Senat ją przyjmuje bez poprawek. O 17:30 prezydent podpisuje. O 20 akt znajduje się w Dzienniku Ustaw. A ostatni przepis stanowi, że „ustawa wchodzi w życie z dniem opublikowania”. Czyli... obowiązuje już od 20 godzin. No i kazusik na zero punktów. Trzeba było przewidzieć nowelizację. W końcu dobry prawnik bierze wszystkie ewentualności pod uwagę.