Otwieranie konfliktów z wieloma interesariuszami i beneficjentami systemu ochrony zdrowia oraz przygotowanie zupełnie irracjonalnego rozwiązania, budującego ułomną sieć szpitali jest aktem bardzo ryzykownym dla rządzących.
A przecież za czasów rządów PiS, kiedy ministrem zdrowia był prof. Zbigniew Religa, powstały rozwiązania sensowne dla państwa i korzystne dla pacjentów.
Reklama

Reklama
Projekt ustawy autorstwa obecnego resortu zdrowia zakłada, że od 1 lipca 2017 r. zacznie działać tzw. system podstawowego szpitalnego zabezpieczenia świadczeń opieki zdrowotnej. W praktyce oznacza to zmianę zasad ich finansowania: szpitale zamiast umów określających wartość kontraktu wynikającą z faktycznie wykonanych procedur będą dostawać pieniądze w formie ryczałtu. To szczególnie niebezpieczne rozwiązanie, zwłaszcza w kontekście odpowiedzialności za nietrzymanie dyscypliny finansowej. Wiele problemów będzie rodzić wchodzenie do tej sieci samych oddziałów, a nie całych placówek. Bez odpowiednio wysokiego poziomu kontraktu szpital będzie musiał być restrukturyzowany lub wręcz zamykany. Ośrodki prywatne, z nielicznymi wyjątkami, pozostaną poza systemem podstawowego zabezpieczenia szpitalnego. Prawnicy twierdzą, że zapisy ustawy budzą poważne wątpliwości co do zgodności proponowanych rozwiązań z Konstytucją RP oraz prawem europejskim. Plan resortu nie uwzględnia także przygotowywanych map potrzeb zdrowotnych (dopasowanie liczby łóżek szpitalnych do rzeczywistych potrzeb społeczeństwa), których stosowanie jest warunkiem koniecznym otrzymania miliardów z Unii Europejskiej na inwestycje w ochronie zdrowia.
Co najważniejsze, beneficjentami tych rozwiązań nie będą pacjenci. Mogą oni obawiać się nowego systemu, w którym szpital „zakwalifikowany do sieci” otrzyma pieniądze niezależnie od jakości usług medycznych, w tym liczby powikłań, zakażeń, reoperacji itp. Od takiego systemu bowiem, co pokazują doświadczenia sprzed 1999 r., trudno wymusić efektywność. Tak więc nie sposób oprzeć się wrażeniu, że proponowane przez resort zdrowia rozwiązanie, którego efektem będzie niewydolna sieć szpitali, jest naprawdę aktem ryzykownym nie tylko dla gabinetu Beaty Szydło, ale także dla Prawa Sprawiedliwości, jako formacji rządzącej. Jednocześnie aktem niezwykle sprytnym, bo takim, który przyniesie żniwa dopiero za dwa–trzy lata, czyli w okresie zbliżających się kolejnych wyborów parlamentarnych.
Opisywany dokument wydaje się tym bardziej bezzasadny w obliczu faktu, że bez większego trudu można znaleźć przygotowany projekt ustawy o sieci szpitali, który po drobnym dostosowaniu do obecnej rzeczywistości można by już dawno wprowadzić w życie. Mowa tu o dokumencie opracowanym przez Ministerstwo Zdrowia, na czele którego stał wówczas prof. Zbigniew Religa, i przyjętym przez Radę Ministrów pod kierownictwem ówczesnego premiera Jarosława Kaczyńskiego. Projekt ten nie ma żadnej z wyżej wymienionych wad. Wręcz przeciwnie, to dokument ponadczasowy, w którym autorzy już prawie 10 lat temu przewidzieli to, co na nas dzisiaj wymusza Unia Europejska poprzez mapy potrzeb zdrowotnych. Do sieci proponowanej w tej ustawie wchodzić miałyby szpitale, które wpisują się w tak zwaną optymalną liczbę łóżek, określoną w rozporządzeniu ministra zdrowia. Decyzja o włączeniu miałaby być wydawana na podstawie opinii Krajowej Rady do Spraw Szpitali. Sprawdzałaby ona m.in. możliwości diagnostyczne i lecznicze szpitala, rodzaj i liczbę udzielanych świadczeń wysokospecjalistycznych. A także zwracałaby uwagę na kształcenie kadr medycznych, prowadzenie badań naukowych i prac badawczo-rozwojowych przez placówkę czy stosowanie i upowszechnianie technologii medycznych i standardów opartych na dowodach naukowych. Ponadto wniosek o przyjęcie szpitala do sieci miałby zawierać także sprawozdanie finansowe szpitala, które dowodziłoby, że ma on możliwość realizacji powierzonego mu zadania. Co istotne – sieć ta miałaby obejmować bardzo silny element monitorujący funkcjonowanie ośrodków, które się w niej znalazły. Wśród ocenianych wskaźników miałaby być sytuacja finansowa szpitali i jakość wykonywanych usług medycznych. Przesłanką do wykreślenia szpitala z sieci byłoby niespełnianie określonych w ustawie i rozporządzeniach wymogów, w tym np. wysokie zadłużenie, za duża liczba powikłań okołooperacyjnych czy zbyt niska dostępność do świadczeń opieki zdrowotnej. Oczywiście również ten projekt wymaga zmian i dostosowania do dzisiejszej rzeczywistości, np. w zakresie szczególnego promowania świadczeń udzielanych w trybie jednodniowym – co jest zdecydowanie bardziej efektywne i w czym Polska, według międzynarodowych statystyk, wypada miernie. Jednak to szczegóły, o które można się spierać merytorycznie, a nie zastrzeżenia kardynalne, dyskwalifikujące dane rozwiązanie.
W obliczu tych faktów nasuwa się refleksja, że trzeba mieć dużo odwagi, aby proponować po roku pracy tak niedoskonałe rozwiązania, jednocześnie mając w szufladzie projekt ustawy, który można zaadaptować do dziesiejszych potrzeb w kilka miesięcy. Pytaniem otwartym jest, czy to program PiS na przestrzeni ostatnich lat w zakresie ochrony zdrowia tak bardzo się zmienił, czy też brakuje eksperckiej wiedzy urzędników resortu zdrowia. Pozostaje mieć nadzieję, że ktoś pomoże inicjatorom i rozbroi tę bombę, zanim będzie za późno. Jej odłamki bowiem uderzą przede wszystkim w pacjentów, które w wyniku. zmian zostaną skazani co najmniej na gorszą jakość usług.
Czy nie powinniśmy o tym niezwłocznie porozmawiać w Radzie Dialogu Społecznego? Partnerzy społeczni są na taką rozmowę gotowi!