Dla części refundowanych leków resort zdrowia zastrzegł specjalną procedurę – programy lekowe. Jest ich 69, z których korzysta około 70 tys. osób cierpiących m.in. na nowotwory, stwardnienie rozsiane, łuszczycę czy choroby genetyczne. Aby zakwalifikować się do tego typu leczenia, nie wystarczy jednak decyzja lekarza, trzeba jeszcze spełnić dodatkowe kryteria. Są one na tyle wyśrubowane, że zdaniem lekarzy większość potrzebujących ich nie spełnia.

Wydatki pod kontrolą

Obecne rozwiązania przysparzają sporo problemów. Na przykład chorym na reumatoidalne zapalenia stawów terapia jest odbierana po dwóch latach, choć zmagają się oni z tym schorzeniem do końca życia. Organizacje pacjenckie skarżą się też, że system informatyczny NFZ nie zawsze działa, a wtedy jest uzupełniany ręcznie i w efekcie nazwiska pacjentów ukazują się w nim z opóźnieniem. Ofiarą tego stała się 18-letnia Julia. Lekarze nie mogą rozpocząć jej leczenia, bo nie widać jej w elektronicznej bazie. – Takich przykładów jest wiele. Nie liczą się pacjenci, tylko kryteria przygotowywane przez urzędników – stwierdza Monika Zientek, prezes Ogólnopolskiego Stowarzyszenia Młodych z Zapalnymi Chorobami Tkanki Łącznej „3majmy się razem”.

– Za niezrozumiałą należy uznać praktykę wprowadzania maksymalnego czasu terapii, który ma wyłącznie administracyjny charakter – dodaje Marcin Pieklak z kancelarii Domański Zakrzewski Palinka.

źródło: Dziennik Gazeta Prawna

W innych programach – np. poświęconych astmie – gdy tylko poprawią się wyniki, chory jest wykluczany z terapii. Po czym – po kilku miesiącach – znów jest do niej kwalifikowany ze względu na pogorszenie się stanu zdrowia. Tymczasem każda taka przerwa powoduje wytwarzanie przeciwciał i skuteczność działania medykamentu spada.

– Leczenie nie może być przerywane na skutek uregulowań nieuwzględniających sytuacji indywidualnej każdego chorego, bo często cała korzyść z terapii jest zaprzepaszczana – potwierdza prof. Piotr Wiland z Polskiego Towarzystwa Reumatologicznego.

Najnowszy z problemów dotyczy leku hamującego utratę wzroku w zwyrodnieniu plamki żółtej. W zeszłym roku ogłoszono program z dwoma medykamentami. Przy czym przepisy skonstruowano tak, że w przypadku jednego z nich placówki prowadzące program musiałyby do niego dopłacać z własnych pieniędzy. W efekcie wykorzystywany jest tylko drugi, choć u części pacjentów występują niepożądane skutki.

Połowiczne zmiany

Po wielu latach niereagowania na opinie środowiska medycznego resort zdrowia postanowił przeanalizować obowiązujące procedury. – Planujemy, że leczenie w programach będzie się odbywało bez limitu czasowego, ale do końca skutecznego leczenia – zapowiada wiceminister zdrowia Krzysztof Łanda. Przy czym resort czeka jeszcze na opinie Agencji Oceny Technologii Medycznych i Taryfikacji, która powinna być gotowa w kwietniu.

W kontekście programu okulistycznego wiceminister zaś stwierdza: – Chcemy umożliwić pacjentom dostęp do dowolnego z dwóch leków, ale nie sądzę by w 2–3 miesiące to się udało, myślę że załatwimy to jednak w tym roku – dodaje Łanda.

Wszystko wskazuje na to, że jeszcze dłużej pacjenci będą musieli poczekać na zwiększenie ogólnej dostępności do programów lekowych. Resort bowiem twierdzi, że złagodzenie kryteriów będzie możliwe tylko wówczas, gdy spadną ceny medykamentów, ewentualnie pojawią się mocne dowody naukowe na to, że dany specyfik jest niezbędny kolejnej grupie chorych.

Przy czym wiceminister Łanda dodaje, że sposobem na obniżenie cen może być częstsze wykorzystywanie tzw. instrumentów dzielenia ryzyka – np. umowa z firmą farmaceutyczną może przewidywać, że otrzymuje ona zapłatę tylko za skutecznie leczone osoby.

Resort zapowiada też utajnienie informacji o faktycznie płaconej firmom cenie leku. Teraz na podstawie zestawień NFZ można się jej domyślić. A to nie służy dyskusjom o obniżce cen, bo firmy dając preferencyjne warunki w naszym kraju obawiają się, że o takie same wystąpią płatnicy w innych państwach.

Tymczasem organizacje pacjenckie mają już dosyć ciągłego czekania na działania resortu. – Jeżeli szybko się nic nie zmieni, to sprawą zainteresuję prokuraturę – zapowiada Piotr Piotrowski, założyciel Fundacji 1 czerwca.