Zakończyły się konsultacje projektu ustawy umożliwiającej chorym korzystanie z leków, które nie są refundowane. Wątpliwości ekspertów budzą zbyt skromne środki na ten cel.
Nowa ustawa ma rozwiązać problem chorych wymagających niestandardowych metod leczenia – na razie leków, ale z czasem też np. operacji, w przypadku których ani ministerstwo, ani NFZ nie mają podstawy prawnej do zapłaty za nie. Powody, dla których tak się dzieje, mogą być różne, np. lek jest refundowany, ale przy innym schorzeniu. Czasami potrzebny jest też specyfik, który ze względu na wysoką cenę został odrzucony jako standardowe rozwiązanie, tymczasem w danym przypadku nie ma dla niego alternatywy. Wtedy minister zdrowia będzie mógł zapłacić za kurację z nowego funduszu, na który będzie miał 10 mln zł rocznie (w tym roku mniej, bo obejmie tylko część miesięcy).
Pieniędzy niewiele
Kwota zaplanowana przez ministerstwo jest niewielka. Najdroższe terapie obecnie dostępne w programach lekowych kosztują kilka milionów złotych rocznie, ale dla jednej osoby. I na to zwracają głównie uwagę eksperci i organizacje pacjenckie. Ratunkowy dostęp ma jednak dotyczyć nie leków odrzuconych z refundacji z powodu ceny (choć i takie mogą się zdarzyć), lecz w dużej mierze z innych powodów.
Reklama
Jerzy Gryglewicz, ekspert Uczelni Łazarskiego, podkreśla, że propozycja resortu wzbudzi wiele nadziei, ale ze względu na budżet niewiele zmieni. Ponadto takie rozwiązania już mieliśmy, ale tylko do 2012 r. Nazywały się chemioterapia oraz farmakoterapia niestandardowa. Zlikwidowała je ustawa refundacyjna.

Reklama
Dlaczego? W mniejszym stopniu kontrolowano wydatki i koszty szybko rosły. – Zamiast poprawić te rozwiązania, całkowicie je zlikwidowano, wylewając dziecko z kąpielą – komentuje DGP wiceminister zdrowia Krzysztof Łanda.
Dodaje, że szef resortu pozostał bez jakiegokolwiek narzędzia refundacji części leków.
Wreszcie precedens
W projekcie wprowadzono też rozwiązanie, dzięki któremu wielu pacjentów może łatwiej otrzymać świadczenie. Chodzi o regułę precedensu – jeśli jedna osoba zostanie objęta pomocą w sfinansowaniu leku, druga w podobnych warunkach nie będzie mogła otrzymać odmowy.
– Pułapką tego rozwiązania może być jednak to, że prawo precedensu zastosowane w kilku terapiach spowoduje wyczerpanie wszystkich zagwarantowanych pieniędzy – zwraca uwagę Marcin Pieklak z kancelarii Domański Zakrzewski Palinka.
Resort zdrowia jednak planuje uwzględnić to ryzyko i precedens ma nie obejmować najdroższych specyfików.
Ponadto założenie jest takie, że jeżeli pacjentów będzie więcej, medykament stanie się szerzej dostępny w ramach programu lekowego, chemioterapii lub refundacji otwartej.
Miesiąc to za mało
To, co budzi obawy zarówno pacjentów, jak i branży farmaceutycznej, to kryterium czasowe – otóż lek ma być przyznawany zaledwie na miesiąc. Potem trzeba będzie składać kolejne wnioski i czekać na ich rozpatrzenie. Zdaniem producentów leków zrzeszonych w Infarmie standardowa terapia trwa przynajmniej trzy miesiące. Ministerstwo Zdrowia zapowiada DGP, że weźmie pod uwagę głosy podmiotów zewnętrznych i wydłuży ten okres do trzech miesięcy.
Ponadto eksperci, firmy i pacjenci chcą także wprowadzenia jasnych zasad, które konkretnie terapie będą refundowane.
Kłopoty mogą się pojawić także z powodu warunku, by firma, której lek raz został opłacony z funduszu ratunkowego, wystąpiła o refundację medykamentu. Jeśli nie będzie chciała tego zrobić – np. uzna, że polski rynek jest za mały, by angażować czas w administracyjne procedury – to kolejne dawki czy to dla tego samego chorego, czy też innych nie zostaną zrefundowane.
Wiceminister zdrowia Krzysztof Łanda w rozmowie z DGP podkreśla jednak, że projekt będzie jeszcze zmieniany.
– Dostaliśmy do niego bardzo wiele uwag, ale będę o nich dyskutował w przyszłym tygodniu. Konsultacje skończyły się w ostatni piątek i departament przygotowuje teraz zestawienie opinii partnerów społecznych – wyjaśnia wiceminister.
Etap legislacyjny
Zakończono konsultacje projektu