Otóż nie, jednak placówki medyczne – o czym napisaliśmy – nie mają wyjścia i w efekcie w dramatycznym tempie spada liczba łóżek na oddziałach internistycznych. Powód? Generują zbyt wysokie koszty i zadłużają placówki medyczne. Przyparte do muru ratują jak się da przed bankructwem.

Łóżka internistyczne nie musiałyby być likwidowane, gdyby Narodowy Fundusz Zdrowia płacił za wszystkie procedury związane z chorym leżącym na internie. Tak jednak nie robi. Kolejne rządy to akceptują i nie zastanawiają się, co będzie dalej. A przecież chorych nie ubędzie. Co więcej, z roku na rok będzie przybywać tych najstarszych, czyli osób głównie będących pacjentami oddziałów internistycznych.

Niekontrolowana likwidacja interny może odbić się czkawką całemu systemowi. Jednak na razie nikt, poza ekspertami, nie chce tego zauważać. Szkoda. Bo koszty odtworzenia za kilka lat oddziałów wewnętrznych mogą być dużo wyższe niż obecne oszczędności. Wyższe będą także koszty umieszczenia pacjenta na internie – jeśli likwidacja łóżek na tych oddziałach nie zostanie zastopowana, to karetki pogotowia będą musiały przejechać wiele kilometrów, by dotrzeć do placówki, która przyjmie chorego.

Oczywiście wszystko można mierzyć rachunkiem zysków i strat, jednak gdzieś musi być granica, szczególnie gdy chodzi o racjonalność podejmowanych działań z obszaru bezpłatnej służby zdrowia. Tym bardziej że przy podpisywaniu kontraktów z NFZ nie ma mowy o prawach, które normalnie rządzą przy podpisywaniu umów między kontrahentami. Jeśli więc NFZ stosuje dyktat w rozmowach z placówkami medycznymi, to w takim razie najwyższy czas skończyć z fikcją, że szpitale podlegają takim samym prawom jak inne podmioty gospodarcze. A to oznacza, że resort zdrowia nie powinien umywać rąk od kłopotów zadłużających się szpitali.