Miało być szybsze i lepsze leczenie w ramach pakietu onkologicznego. Ale placówek nie stać na nie.
Reklama
2–6 mln zł na chemioterapii, 6 mln zł na hematologii, 4 mln zł na radioterapii – tego rzędu straty w skali roku na procedurach związanych z leczeniem raka szacują szpitale realizujące założenia pakietu onkologicznego wdrożonego z początkiem tego roku.

Reklama
– Koszty leczenia są wyższe niż to, co refunduje Narodowy Fundusz Zdrowia – tłumaczy Rafał Janiszewski, którego kancelaria przeprowadziła symulację kosztów w trzech placówkach. Jeden z ośrodków w styczniu 2015 r. poniósł 655,5 tys. zł kosztów radioterapii, a otrzymał z NFZ refundację 250 tys. zł. W skali roku może to dać 4,8 mln zł strat. W przypadku chemioterapii już w zeszłym roku placówka ta dołożyła ok. 4 mln zł. Po zmniejszeniu wyceny będzie to 2 mln zł więcej.
Wyliczenia Janiszewskiego potwierdzają dyrektorzy szpitali. – Spadek finansowania będzie wynosił kilkanaście procent – przyznaje dyrektor małego ośrodka onkologicznego. A kierownik dużej placówki podaje konkretne wyliczenia. Jeden osobodzień (to wskaźnik, według którego rozlicza się ze szpitalem NFZ: jeżeli jest 10 pacjentów a terapia trwała 5 dni – szpital rozlicza 50 osobodni) – realnie kosztuje 623 zł. W zeszłym roku NFZ płacił za dzień 520 zł. Obecnie, przy nowej wycenie, zapłaci jedynie 450 zł. – Z symulacji wynika, że będziemy musieli dopłacić 2,6 mln zł z naszego budżetu. W zeszłym – 1,7 mln zł – mówi. W przypadku hematologii – kilkadziesiąt łóżek – trzeba będzie dopłacić ponad 7 mln zł. Rok wcześniej było to 6 mln zł.
Skąd na to pieniądze? – Nie mam pojęcia. Możemy temu finansowo nie podołać – przyznaje dyrektor.
Obniżka stawek bierze się m.in. z tego, że resort zdrowia, wprowadzając pakiet, postanowił zmobilizować placówki do leczenia ambulatoryjnego. Dlatego wprowadził prostą zasadę: im dłużej pacjent jest w szpitalu, tym bardziej spada wycena każdego kolejnego dnia. A więc np. za 4 dni hospitalizacji wyceny spadły z 14 tys. zł do 11 tys. zł. Więcej pacjentów ma być przyjmowanych w trybie ambulatoryjnym – wycenę takiej porady podwyższono ze 100 zł do 150 zł.
– Problem polega na tym, że mam takie przypadki raka, których nie można leczyć ambulatoryjnie. Na przykład herceptyny (leku przeciwko rakowi piersi), która jest refundowana, nie da się podawać w trybie ambulatoryjnym. Wersji, którą można by podawać w takim trybie, czyli zastrzyków podskórnych, NFZ nie refunduje – tłumaczy jeden z lekarzy. – Idea jest słuszna i stosowana na Zachodzie, ale polski pacjent jest inny – mówi nasz inny rozmówca. – Polacy żyją o siedem lat krócej od średniej europejskiej. Przyczyną jest to, że o siebie nie dbają. Więc jak ja mam pacjenta z rakiem, to nie dość, że zazwyczaj trafia do szpitala w zaawansowanym stadium, to jeszcze ma dodatkowo nadciśnienie, cukrzycę, choroby wieńcowe czy też obturacyjną chorobę płuc. To oznacza, że o wiele gorzej znosi radio- czy chemioterapię niż np. Szwed – tłumaczy onkolog. Efekt: skutki uboczne są na tyle poważne i tak źle znoszone przez pacjentów, że często wersja ambulatoryjna jest trudna do zrealizowania.
Resort zdrowia tłumaczy, że wprawdzie wycena np. 42-dniowej hospitalizacji przy radioterapii raka jelita grubego spadła z 17 tys. do 6 tys., ale szpital może teraz położyć takiego pacjenta do hotelu, za co otrzyma dodatkowe pieniądze. Około 100 zł za dobę hotelową. Z kolei obniżka stawek za diagnostykę jest efektem tego, że pacjenci mają trafiać do szpitala już dokładnie przebadani i zdiagnozowani, więc placówka nie musi wykonywać wielu badań, które do tej pory robiła. Nasi rozmówcy twierdzą, że to myślenie życzeniowe. Już w pierwszym miesiącu funkcjonowania nowych przepisów szpitale dołożyły do leczenia, mimo zmiany polityki przyjmowania chorych i przesunięcia części pacjentów do leczenia ambulatoryjnego.
Żaden z lekarzy i dyrektorów szpitali, z którym rozmawialiśmy, nie chciał podać nazwiska. Bali się reakcji ze strony resortu i NFZ, od których jest uzależnione ich działanie. Tym bardziej że resort zdrowia wychodzi z założenia, że poradzą sobie tylko ci najlepsi. Lekarze jednak podkreślają, że to często oznacza oszczędności kosztem pacjenta. – Obniżanie wyceny hospitalizacji przy chemioterapii spowoduje zadłużanie się ośrodków, bowiem żaden lekarz nie zdecyduje się na ambulatoryjne prowadzenie leczenia, tak obarczonego powikłaniami. Trzeba pamiętać, że żadne zarządzenie prezesa NFZ nie zwalnia terapeuty z odpowiedzialności zawodowej, więc czeka nas za chwilę duży problem zadłużania się ośrodków onkologicznych, które bez względu na wyceny będą mieć na pierwszym miejscu bezpieczeństwo zdrowotne chorych – kwituje Rafał Janiszewski.