Reklama
Apteki mają zostać włączone w akcję szczepień przeciwko grypie w najbliższych dniach. Z informacji pozyskanych przez DGP z Naczelnej Rady Aptekarskiej wynika, że przepisy w tej sprawie już są. Wymagają tylko akceptu Ministerstwa Zdrowia.
– Mamy nadzieję, że po świętach będziemy już mogli przyjmować pacjentów, czyli wykorzystać punkty szczepień stworzone na potrzeby COVID-19 dla nowej grupy pacjentów – mówi Marek Tomków, wiceprezes Naczelnej Rady Aptekarskiej.
Resort nie komentuje doniesień. Kilka dni temu wydał natomiast komunikat w sprawie wymagań dla punktów realizujących szczepienia przeciw grypie w sezonie 2021/2022. Jak czytamy, są one zbieżne z wytycznymi dla punktów szczepień przeciw COVID-19, a zatem szczepić i kwalifikować mogą również farmaceuci. Jest też warunek: żeby szczepić, trzeba mieć dokument potwierdzający ukończenie szkolenia w zakresie szczepień ochronnych lub co najmniej 6-miesięczną praktykę, do której zaliczane jest wykonywanie szczepień przeciw koronawirusowi.
Eksperci przekonują, że to dobry sposób na zwiększenie dostępu do szczepień na grypę, który został utrudniony w placówkach podstawowej opieki zdrowotnej po tym, jak ruszyły szczepienia na COVID-19 dla młodszych roczników. Jest to też sposób na przyciągnięcie chętnych, a co za tym idzie zmniejszenie ryzyka niewykorzystania zamówionych szczepionek na grypę. Do małego zainteresowania przyczyniły się, jak zauważają eksperci, zawirowania w dostawach we wrześniu i październiku, gdy najwięcej Polaków chce się szczepić, bo uważa, że to najlepszy czas. Resort zdrowia przyznaje, że obecne zainteresowanie jest na podobnym poziomie jak w roku ubiegłym. Z danych PZH wynika, że w 2020 r. zaszczepiło się nieco ponad 1 mln osób. Wówczas jednak na rynek trafiło dwa razy mniej dawek niż w tym roku. W tym bowiem, jak podsumowuje ministerstwo, dostawy sięgnęły ok. 5 mln sztuk.

Reklama
Apteki szacują, że zalega im 130 tys. dawek
Apteki liczą też, że będą w stanie zmniejszyć swoje straty. – W ich magazynach zalega ok. 130 tys. sztuk szczepionek. Sprzedaż stanęła, gdy resort ogłosił, że od 23 listopada szczepienia są darmowe dla wszystkich powyżej 18. roku życia – wyjaśnia Marek Tomków. Spytany przez DGP resort zdrowia szacuje natomiast ostrożnie, że chodzi o 30 tys. sztuk. Choć, jak przyznaje, faktyczne straty będzie można podsumować dopiero na koniec sezonu grypowego.
Dzięki włączeniu w akcję szczepień apteki będą mogły wykorzystać szczepionki, które są tam na stanie. Nie w każdej jednak jest punkt szczepień. Prowadzi je, według NFZ, 1848 aptek na ponad 13 tys. ogółem.
– Zgodnie z aktualizacją zasad punkt szczepień będzie mógł rozliczyć szczepienie przeciw grypie wykonane od 14 grudnia z wykorzystaniem szczepionki, którą sam zakupił – zapowiada Jarosław Rybarczyk, główny specjalista biura komunikacji Ministerstwa Zdrowia.
Na razie taką możliwość mają tylko punkty m.in. w przychodniach. W tych ostatnich słyszymy jednak, że niewiele im to pomogło. Tomasz Zieliński, prezes Lubelskiego Związku Lekarzy Rodzinnych, przyjmujący w przychodni na Lubelszczyźnie, tłumaczy, że gros przychodni chcąc uniknąć sytuacji sprzed roku, gdy brakowało szczepionek na grypę, złożyło zamówienia. Ale te dotarły nie na początku jesieni, tylko kilka tygodni później. Wtedy część osób zdążyła już kupić szczepienia w aptekach, część machnęła ręką, a jeszcze inni zmagali się z izolacją czy kwarantanną z powodu COVID-19. – Dodatkowo w ferworze walki z pandemią zaniedbano działania edukacyjne – dodaje dr Zieliński. Sytuację skomplikowała wspomniana nowelizacja rozporządzenia MZ z 23 listopada wprowadzająca darmowe szczepienia na grypę dla dorosłych. – I teraz punkty szczepień mają dylemat, co zrobić z zamówionymi wcześniej szczepionkami. Interweniowaliśmy w tej sprawie w resorcie. Udało się w połowie grudnia uzyskać zmianę polegającą na tym, że punkt szczepień może rozliczać się z NFZ również ze szczepionek, które wcześniej sam zamówił. I za zaszczepienie nimi dostanie ok. 60 zł, co oznacza, że dla pacjenta są bezpłatne – wyjaśnia dr Zieliński.
Ale to wciąż nie rozwiązuje problemu. – Gdyby ludzie chcieli się szczepić, to zapasy stopniowo by schodziły. Jednak chętnych po prostu brak – mówi dr Joanna Zabielska-Cieciuch, lekarz medycyny rodzinnej w przychodni w Białymstoku. Przekonuje, że dziś nikt nie jest zainteresowany tymi szczepieniami, choć w Polsce sezon grypowy zbiera zwykle największe żniwo między lutym a marcem. – Mam stałą grupę pacjentów, która szczepi się co roku i już dawno to zrobiła. To głównie starsze osoby. Na 6 tys. pacjentów zapisanych w naszej przychodni to ok. 150 osób.
Dziś, jak przekonują nasi rozmówcy, największy problem dotyczy tych punktów szczepień, które liczyły, wzorem lat ubiegłych, że zaszczepią się u nich zakłady pracy. Składały więc zamówienia po 50 sztuk i więcej, które dziś zalegają im w lodówkach. – Szczepionki przyszły, ale zamilkli pracodawcy. Skoro pojawiła się możliwość zaszczepienia pracowników za darmo, to z niej skorzystali. Ja to rozumiem, ale kto zrozumie mnie? Fakt, istnieje od tygodnia możliwość rozliczenia się z NFZ z zakupionych szczepionek, ale nie mam ich komu podać – mówi kierownik przychodni na Mazowszu. Jego zdaniem szczepionki czeka utylizacja. Bo choć ważność utrzymają jeszcze przez kilka miesięcy, to w swojej praktyce nie pamięta chętnych na zastrzyk w kwietniu czy maju.
Jeden z lekarzy opisuje nam z kolei, jak do 14 grudnia (czyli aktualizacji zasady rozliczania) niektóre przychodnie próbowały ratować sytuację. – Teoretycznie mogły domówić bezpłatne szczepionki, ale nie robiły tego, oferując sporadycznie pojawiającym się chętnym dawki odpłatne z zalegającej puli – mówi. Dodaje, że w analogicznie trudnej sytuacji jest sąsiadująca z jego przychodnią apteka. Tam zalega 110 dawek. – Farmaceuci prosili, żebyśmy wypisywali na nie recepty, ale w tym czasie znalazł się dosłownie jeden pacjent, którego dało się przekonać.