Jaka będzie przyszłość szczepionki AstraZeneca? Kolejne kraje zawieszają jej podawanie. Czy w Polsce też tak będzie?
Cały czas monitorujemy sytuację. Zresztą robimy tak ze wszystkimi preparatami. Tę wątpliwość, którą odnośnie do szczepionek AstryZeneki miała Austria, natychmiast przeanalizowaliśmy i nie znaleźliśmy żadnego związku przyczynowo-skutkowego, że szczepienie mogło mieć wpływ na powstanie zakrzepów. Zresztą Austria już się wycofuje z ograniczeń. I wraca do szczepienia również tą serią.
Serią?
Reklama
Tak, bo zastrzeżenie dotyczyło tylko jednej serii preparatu od AstryZeneki. I to ona była przez część krajów blokowana. Przekazano ją w połowie lutego. EMA również podtrzymała nasz pogląd, żeby nie wstrzymywać szczepień. Austria przychyliła się do stanowiska EMA. Podobnie Estonia, Bułgaria i Grecja. Oprócz Polski nie zawieszały w ogóle m.in. Węgry, Słowacja, Finlandia.
Skoro inne państwa wstrzymują, to u nas zwiększą się dostawy?

Reklama
To tak nie działa.
Nie obawia się pan strachu przed AstrąZeneką? Jeśli pojawią się masowe rezygnacje, skomplikuje to cały proces.
Na pewno rodzi to pewne zamieszanie, ale to problem nie tylko związany z dystrybucją, ale także etyką. Mamy wiele zgłoszeń od osób, które deklarują, że jeśli jest problem z chętnymi do szczepienia AstrąZeneką, to oni chętnie przyjmą ten preparat. Wiadomo, że szczepionek Pfizera czy Moderny dla wszystkich nie wystarczy. Musimy podawać to, co mamy. Jeśli ktoś wybrzydza, to po pierwsze powoduje, że dana szczepionka leży niewykorzystana i nie wspiera szybkiego nabycia odporności polskiego społeczeństwa. Po drugie, taka osoba blokuje miejsce w kolejce, a po trzecie, później będzie niepotrzebnie rywalizować z innymi chętnymi o zapisy na szczepienie w kolejnym rozdaniu terminów. Preparat od AstryZeneki ma swoje wady i zalety, ale podobnie jest w przypadku Pfizera. Każdy chce być zabezpieczony jak najskuteczniejszą szczepionką. Tyle że każdy organizm jest inny i inaczej reaguje na szczepienie. Na szczęście w tej chwili nie obserwujemy problemu, w którym dochodziłoby do masowej odmowy przyjęcia danej szczepionki.
Ale jesteście gotowi na ten gorszy scenariusz? Gdy ludzie zaczną wybrzydzać, to preparaty od AstryZeneki masowo wylądują w zlewach. Czy może jednak będziecie w stanie dostarczyć je komuś innemu?
To wyzwanie, które musimy rozważyć i mam nadzieję, że pozostanie ono w sferze teorii. Na pewno nie założymy scenariusza zakładającego utylizację preparatu. Jestem przekonany, że znajdą się chętni, którzy będą chcieli jak najszybciej zabezpieczyć się przed konsekwencjami koronawirusa. Tym bardziej że wszystkie szczepionki według badań zabezpieczają w bardzo wysokim stopniu przed zarażeniem i w 100 proc. przed ciężkim przebiegiem choroby.
Jak wyglądają dostawy od AstryZeneki? To firma, która najbardziej zawodzi w tym obszarze.
Niestety tak jest. Jeżeli chodzi o wielkość tych dostaw i terminowość, to na tych frontach polegli. Firma się tłumaczy tym, że ma kontrolę jakości i jak tylko się pojawia jakaś wątpliwość, podejmuje się decyzję o zawieszeniu. Zresztą warto to jeszcze raz podkreślić, że kontrola szczepionek jest na każdym etapie – my też kontrolujemy m.in. warunki przechowywania i sposób przywozu do Polski. Każdorazowo sprawdzamy, czy jest to zgodne z wymogami producenta. Jak mamy wątpliwość, to musimy wstrzymać.
Zdarzyło się już tak?
Tak. Kilka razy musieliśmy czasowo wstrzymać dopuszczenie pojedynczych kartonów. Ale po szczegółowej analizie okazywało się, że wszystko jest w porządku.
Dlaczego?
Mieliśmy niejednoznaczne zapisy pomiaru temperatury. Akurat przy Pfizerze.
Były rozmrożone?
W każdym kartonie ze szczepionkami podróżuje czujnik, który mierzy temperaturę, GPS, godzinę. To urządzenie ma dwa poziomy dostępu – jeden poziom, który odczytujemy na wyświetlaczu. A drugi poziom odczytujemy już z systemu, z mikroprocesora. I wyniki z wyświetlacza były niejednoznaczne. Ale ostatecznie potwierdziliśmy, że wszystko było w porządku. To jest ta kontrola na poziomie operacyjnym, natomiast w przypadku AstryZeneki na poziomie farmaceutycznym nadzór sprawują GIF, GIS, PZH, URPL i jak byłyby jakiekolwiek wątpliwości, zostałyby wstrzymane. Mamy ten scenariusz dobrze opracowany.
Wspomniał pan o badaniu temperatury. Placówki, ale także WUM, po aferze szczepionkowej mówiły, że szczepionki trafiały do nich po kilku dniach rozmrożone i mieli nie pięć, a dwa dni na wykorzystanie preparatów.
Rozmrażamy szczepionki niecały dzień przed dystrybucją.
Dlaczego?
Trzeba ją spakować i przygotować do transportu. Przychodzi 195 fiolek w tacce i przepakowujemy do opakowań po pięć lub 15 fiolek. I to całe przygotowanie zajmuje czas. Szczególnie że odbywa się w reżimie prawa farmaceutycznego ze wszystkimi wymogami formalnymi i przy zachowaniu odpowiednich procedur. Pierwszą tackę wyjmujemy o godz. 15 w niedzielę. To oznacza, że przychodnie mają czas do 15 w piątek. Często jest tak, że kończymy koło północy i wówczas część punktów, która otrzyma tę partię, ma termin ważności do północy. Te informacje każdorazowo są drukowane na opakowaniu szczepionek. Do takich zestawów są dodawane strzykawki i igły. I takie pakiety zazwyczaj o 5 rano wyjeżdżają do punktów szczepień. Przy spóźnieniach po stronie dostawców musimy przyspieszać ten proces.
To dlaczego są placówki, jak WUM, które mówiły, że miały jeden dzień na wykorzystanie?
Wykazaliśmy, że to nieprawda. WUM dostawał szczepionki w takim terminie, w jakim zamawiał. Ale czasem zdarzają się sytuacje, choć teraz rzadziej, że szpital pyta, czy możemy dostarczyć 200 czy 300 dodatkowych dawek. Wszystko zgodnie z harmonogramem szczepień, bo mieli zapisane osoby na weekend. Ale wtedy musimy wyjąć i rozmrozić całą tackę – czyli 1170 dawek. W takich przypadkach resztę musimy rozdystrybuować. Wtedy sięgamy po listę szpitali, w których sprawnie i szybko szczepią, i pytamy, czy chcą dodatkowe dawki. My możemy wtedy tackę ze szczepionkami rozmrozić w czwartek, więc termin będzie nie pięciodniowy, lecz trzydniowy. Pytamy wówczas, czy to jest OK? I słyszymy w odpowiedzi: „tak, bo my wszystkich zaszczepimy i tak w sobotę”. Wtedy problemu nie ma i taką dostawę realizujemy. Warszawski Uniwersytet Medyczny zarzucał nam, że dostał właśnie takie dostawy ekstra poza systemem, z którymi nie wiadomo było co zrobić. Tak to jednak nie działa – każdorazowo wymagamy, by zamówienia przechodziły przez system zamówień. I obowiązują je te same kryteria, jeśli chodzi np. o grupy uprawnionych do szczepień. Wszystko jest ewidencjonowane i nie ma możliwości, by jakaś dostawa przyjechała nieumówiona, a szczepionki przez to się marnowały.
Mamy 5,8 tys. zutylizowanych szczepionek. W jaki sposób najczęściej dochodzi do ich zmarnowania?
To rekordowo niski wynik. Nadal mniej niż jedna zmarnowana szczepionka na każdy z ponad 6 tys. punktów od początku programu. W procesie logistycznym nie zmarnowaliśmy ani jednej dawki. Raz był przypadek, że 90 szczepionek przeleżało na recepcji. Błąd był po stronie punktu, który przekazywał sobie wewnętrznie preparaty pomiędzy jednostkami. Kiedy szczepionkę trzeba zutylizować? Za każdym razem, gdy osoba wykonująca zastrzyk ma wątpliwości co do jakości preparatu. To absolutnie ważne, aby medycy nie bali się w uzasadnionych przypadkach wyrzucać preparatu.
Były informacje, że część igieł jest za krótka i to może być problem w przypadku osób otyłych. To prawda?
I tak, i nie. Igły, które my kupujemy, są w standardzie zatwierdzonym przez Pfizera. Każda ma odpowiednią długość i parametry. Przy zastrzyku powinna być zawsze podana jednakowa objętość, czyli 0,3 mililitra w przypadku Pfizera. Im dłuższa igła, tym straty są większe, bo więcej płynu zostaje w igle. Dlatego one nie są bardzo długie. I może się zdarzyć, że u osoby otyłej będzie potrzebna dłuższa igła. Ale takie też mamy.
Jak wyglądają teraz harmonogramy dostaw?
Nie chcemy składać deklaracji, dopóki nie będziemy mieli potwierdzonych informacji od producentów. Przygotowujemy się na kolejny kwartał. W tym tygodniu wystawiamy deklaracje dystrybucji do punktów szczepień, a od przyszłego tygodnia otwieramy terminy na kolejne dwa miesiące. Wyciągnęliśmy wnioski z pierwszych miesięcy procesu szczepień. Zaczęliśmy dzielić kohorty wiekowe na mniejsze grupy, tzn. idziemy rocznikami, by nie tworzyć zatorów przy rejestracji. W związku z tym, że niektórzy producenci deklarują nawet dwukrotnie większe dostawy do Polski, na kwiecień i maj zwiększymy liczbę slotów w punktach szczepień. Wcześniej punkty miały przyznany limit, a zamawiały np. dwa razy więcej. I w pierwszych dwóch tygodniach, gdy pojawiły się zmniejszone dostawy, doszło do zamieszania. Dowiadywaliśmy się np. że punkty przesuwały szczepienia osób zapisanych drogą elektroniczną i szczepiły te zapisane metodą na zeszyt. To absolutnie niedopuszczalna praktyka. Dlatego zmieniliśmy system. W skrócie można powiedzieć, że działa on w myśl zasady: zamawiaj – zapisuj.
Czyli?
Najpierw wystawiamy punktom tzw. oferty. Mówimy, że może zamówić np. 4 x 30 szczepionek. Jeśli go taka liczba interesuje, może potwierdzić zamówienie. Dopiero po nim punkt może otwierać zapisy stosownie do wielkości potwierdzonych dostaw. Z tego przynajmniej połowa powinna być tzw. terminami zewnętrznymi, na które zapisują się pacjenci drogą elektroniczną, SMS-em czy przez infolinię. Pozostałe 50 proc. to zapisy wewnętrzne dla pacjentów z zeszytu. Czyli takich, którymi dany punkt na co dzień się zajmuje. To jest fair dla wszystkich.
Jak będzie wyglądał system?
W nowym systemie wszyscy będą mieli informacje z wyprzedzeniem o dostawach. Będzie możliwość zamawiania konkretnych szczepionek w konkretnej liczbie na konkretne tygodnie. Preparaty AstryZeneki czy Johnson & Johnson nie będą tak wymagające, jeśli chodzi o przechowywanie. Będą miały dłuższe terminy przydatności. Oceniamy, że jeśli prawdą jest, że dwukrotnie wzrośnie liczba preparatów, które trafiają do Polski, to tak samo dwukrotnie można będzie przyspieszyć tempo szczepień.
Na razie chcemy podwoić limity dla punktów na kwiecień, co także oznacza podwojenie tempa. Choć nie wszyscy zamówią tyle, ile będą mieli w limicie. Już mamy sygnały, że niektórym wystarczy tyle, ile dostają dziś. Z kolei inni zapowiadają, że mogą dostawać wiele razy więcej. To, co nas nadal ogranicza, to wielkość dostaw i priorytet dla zapewnienia drugiej dawki. Już teraz mamy więcej szczepień drugą dawką niż pierwszą.
Jak duży będzie bufor bezpieczeństwa?
Wiele punktów wskazuje, że bardzo im zależy, aby dostawy były w poniedziałki. To pozwala im lepiej planować cały tydzień. Dlatego będziemy się starali przywrócić dostawy w tym dniu plus ustalić jeszcze dodatkowy dzień, np. czwartek lub piątek, dla tych którzy planują szczepienia w weekend.
Skoro zwiększycie tempo szczepień, to ile dawek może być podanych w kwietniu?
Producenci zapowiadają dostawy około 5 mln dawek. Czas pokaże, na ile te deklaracje będą wiarygodne. Jeśli się potwierdzą, to mniej więcej tyle szczepień powinniśmy w tym miesiącu wykonać.
Jak oceniacie skuteczność obecnych kanałów szczepień?
Cały obecny system jest dobrze przemyślany i wzajemnie się uzupełnia. Punkty populacyjne. POZ szczepią niedużo. Ale jeśli weźmiemy poprawkę na ich liczbę – ponad 6 tys. – to daje 360 tys. pierwszych i drugich dawek tygodniowo. To nasza baza, którą uzupełniają szpitale tymczasowe. Mają one możliwości zaszczepienia nawet około 1.5 tys. osób dziennie. Efektywność wynika z połączenia takich kombajnów z rozproszonymi punktami „detalicznymi”. Jeśli chcemy przyspieszać cały proces, to skoro wąskim gardłem jest dziś kwalifikowanie przez lekarzy, powinniśmy uprawnić do tego inne grupy medyków. Możemy pomyśleć także o zwiększeniu liczby punktów np. o organizowanie ich w aptekach czy w drive-thru.
Ile osób możemy zaszczepić w II kwartale?
Wszystko zależy od dostaw szczepionek, które przyjadą do Polski. Jeśli chodzi o I kwartał, to pierwotnie zakładaną liczbę zabiegów już wykonaliśmy na dwa tygodnie przed terminem. Szczepimy tak szybko, jak to możliwe. Nie trzymamy szczepionek, a w magazynach mamy niewielki zapas. Wszystko, co przyjedzie do Polski, praktycznie od razu jedzie do punktów.
A co ze szczepionkami z Chin i Rosji?
Analizujemy, co się dzieje na światowym rynku. Widać, że Chiny i Rosja prowadzą własną politykę szczepionkową. Stosunkowo nieduże dostawy do poszczególnych krajów otrzymują odpowiednią oprawę medialną, ale nie mają wielkiego wpływu na tempo szczepień. Nie ma to realnego przełożenia na zdrowie, ale ma na politykę. Wszystko też zależy od jakości dokumentacji z badań klinicznych, która została przedstawiona w EMA w procesie rejestracji. My robimy swoje i czekamy na decyzje EMA.
Obecny proces szczepień jest jednorazowy czy trzeba będzie go powtarzać go co rok?
Trzeba się liczyć z każdym wariantem. Być może szczepienia przeciw COVID-19 będą takim standardem jak szczepienia na grypę. Tutaj kluczowe będą badania kliniczne odnośnie do czasu utrzymywania się przeciwciał i decyzje odpowiednich instytucji. Trudno przesądzić o docelowym modelu, na razie takich rozmów nie prowadzimy, ale trzeba już wyciągać wnioski na przyszłość.
Jak wygląda wyposażenie RARS w kontekście trzeciej fali pandemii?
Z jednej strony informacje o rezerwach są niejawne, ale z drugiej strony rozumiemy powagę sytuacji i potrzebę uspokojenia nastrojów społecznych. Mogę powiedzieć, że maseczek i środków ochrony osobistej mamy zapas na około 3–6 miesięcy. Oprócz tego, co jest w magazynach, mamy umowy z producentami, którzy są w stanie szybko nam dostarczyć duże ilości tych środków. Z kolei jeśli chodzi o respiratory, to informowaliśmy, że w przybliżeniu kupiliśmy ich ponad 7,5 tys. Do tej pory wydanych zostało 6,2 tys., więc mamy nie mniej niż 2 tys., choć zakupy cały czas są dokonywane. Żaden szpital, który się zgłosi, nie zostanie odprawiony z kwitkiem. Zależy nam, by jak najwięcej łóżek covidowych, a zwłaszcza respiratorowych, było dostępnych.
A co z fabryką szczepionek w Polsce, jak to wpłynie na działanie RARS?
Na pewno będziemy współpracować ze wszelkimi podmiotami, które chcą produkować szczepionki w Polsce, i kibicujemy takim firmom. Jeśli będzie realne zwiększenie dostaw, to szybciej będziemy je rozprowadzać. Widać, że program szczepień nie skończy się wraz z rokiem 2021 i szczepienia będą musiałyby być zapewne realizowane w kolejnych latach. Odrobiliśmy lekcję po doświadczeniach z ubiegłego roku w kwestii zakupów środków ochrony. Tam też był bazar. Dlatego we współpracy m.in. z ARP podpisywaliśmy listy intencyjne z firmami, które miały pewność, że jak zaczną produkcję, będziemy od nich te środki w rozsądnych cenach kupować. Dziś maseczki, kombinezony mamy właściwie w 100 proc. produkcji polskiej, co skraca logistykę i zabezpiecza nas przed kłopotami z dostawami. To doświadczenie to lekcja, jaką wyciągnęliśmy z pierwszej fali epidemii.