Publiczne szpitale w Polsce należą do wielu właścicieli. Swoje placówki mają samorządy lokalne na szczeblu powiatu, właścicielami tych szpitali są starostowie. Samorządy na szczeblu województwa też mają swoje, tymi rządzą marszałkowie. W większych miastach są szpitale miejskie, podległe prezydentom. Własną siecią dysponują poszczególne resorty, a więc Ministerstwo Spraw Wewnętrznych czy Ministerstwo Obrony Narodowej.
Z kolei kliniki podlegają uczelniom medycznym, a instytuty (takie jak Centrum Zdrowia Dziecka) – Ministerstwu Zdrowia. Skutek tego jest taki, że nikt nie prowadzi polityki zdrowotnej, a część pieniędzy z naszych składek na zdrowie po prostu się marnuje. I trudno wskazać, kto za ten bałagan odpowiada, choć najczęściej pretensje zgłaszamy do ministra zdrowia. To przecież logiczne. Nielogiczne, że, narzekając na brak środków, nie widzimy tego marnotrawstwa.
Każdy właściciel publicznego, czyli utrzymywanego z naszych składek szpitala deklaruje, jak bardzo zależy mu na pacjentach. Tak naprawdę jednak najbardziej zależy mu na tym, żeby wygrać następne wybory albo utrzymać się na stanowisku. Dobrym sposobem jest właściwie zademonstrowana troska o służbę zdrowia. Czyli kupienie nowoczesnego, bardzo drogiego sprzętu. Na przykład akceleratora, tomografu czy PET-a (tomograf pozytronowy). To wydatek rzędu kilku, a nawet kilkudziesięciu mln zł, ale jak się okazuje, stać na niego nawet bankrutów. Najbardziej zadłużone placówki o nowy sprzęt dobijają się z największą determinacją. Ich zarządy uważają bowiem, że dzięki niemu szybciej wyjdą z długów, a właściciele też nie wyprowadzają ich z błędu i używają swoich wpływów politycznych, by te zamiary mogli zrealizować.
Załóż konto lub zaloguj się
i zyskaj dostęp na 14 dni za darmo.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.