Na pozór odpowiedź jest prosta, to przecież główna zasada, która obowiązuje w publicznej służbie zdrowia. Mówi ona, że każdy wrzuca do wspólnej kasy, z której finansuje się ochronę zdrowia, tyle, na ile go stać. W razie potrzeby zaś otrzymuje z niej tyle, ile wynoszą koszty jego leczenia – bez względu na wysokość wkładu własnego. Dlatego za tych, którzy płacić nie mogą, np. bezrobotnych czy dzieci, składkę na zdrowie finansuje państwo, czyli inni podatnicy.

Z tą teorią trudno się nie zgadzać, jednak praktyka jest już dyskusyjna. Pokazuje ona, że dla olbrzymiej części naszego społeczeństwa oczywiste jest, że ma być beneficjentem owego solidaryzmu. Topnieje natomiast grupa tych, którzy mają go finansować. W kasie systemu publicznej ochrony zdrowia robi się więc dziura, która będzie coraz większa. Żadna reformująca go ustawa nie poprawi sytuacji, jeśli nie padnie odpowiedź na podstawowe pytanie: skąd wziąć więcej pieniędzy?

Z kolejnego podniesienia składki na zdrowie? Pozornie byłby to ruch najbardziej solidarny. Uderzyłby po kieszeni tych, którzy zarabiają najlepiej. I którzy w praktyce z publicznej służby zdrowia nie korzystają w ogóle – nie mają czasu na stanie w kolejkach, wolą finansować lecznictwo prywatne. Płacą więc dwa razy.

W krajach bogatszych od Polski, mających publiczną opiekę, jaką my też chcielibyśmy mieć, np. w Holandii, solidaryzm rozumiany jest nieco inaczej niż u nas. Po pierwsze jest pewien pułap dochodów, do którego płaci się podatek na zdrowie. Powyżej niego już się składki nie płaci. Po drugie jest gwarancja, że coś za te pieniądze dostaniesz. U nas – płacz i płać, choć nic z tego nie masz. Nie ma żadnego związku między wysokością składki a świadczeniem. Po co więc w ogóle płacić? Czy można się dziwić, że najlepiej zarabiający wolą zakładać firmy, aby w ten sposób pomniejszać swoje obciążenia na rzecz państwa? Im składka będzie wyższa, tym szybciej będzie maleć będzie grono sponsorów. Cel nie zostanie osiągnięty.

Można by próbować dojść do niego inną drogą – przez powiększanie bazy płacących. Po werdykcie Trybunału Konstytucyjnego była na to szansa, ale nie zostanie wykorzystana. Za rolników mających do 6 hektarów (czyli ogromną większość) nadal składkę na zdrowie płacić będą inni. Zamożniejsi oddadzą złotówkę od hektara. Zważywszy na to, że ciągle nie płacą podatku dochodowego, NFZ będzie miał z tego sumy raczej symboliczne. Dziura rośnie. W ramach źle pojętego solidaryzmu albo raczej dla dobra koalicji rządzącej.

Fałszywy solidaryzm nie pozwala też na uruchomienie dobrowolnych ubezpieczeń z prawdziwego zdarzenia. Czyli np. takich, które w ramach dodatkowo wykupionej polisy pozwolą krócej czekać na diagnozę czy zabieg. Bo dostęp do publicznego lecznictwa nie może zależeć od grubości portfela. A skoro nie może, to po co kupować polisę? Przepada szansa na wpompowanie do publicznej służby zdrowia dodatkowych pieniędzy. Będzie coraz gorzej.

Firma badająca rynek farmaceutyczny w naszym kraju rozsyła po redakcjach e-maile alarmujące, że po wejściu w życie ustawy refundacyjnej pacjenci za leki zapłacą o 300 mln zł więcej. Że reforma służby zdrowia odbywa się kosztem pacjentów. Być może. A czyim powinna? Żaden chory nie ucieszy się, gdy przyjdzie mu za leki płacić więcej. Ale też żaden chory nie cieszy się, że wydłuża się czas oczekiwania na wizytę do specjalisty, na przyjęcie do szpitala itp., a tak się przecież dzieje.

Jeśli wydatki NFZ na refundację będą rosły w dotychczasowym tempie, kolejki do leczenia będą jeszcze dłuższe. Albo dżuma, albo cholera. Chcielibyśmy się leczyć tak jak Niemcy czy Holendrzy, ale pieniędzy na to mamy o wiele mniej, a politycznego strachu, jak tę pulę zwiększyć – dużo więcej. Udawanie, że wszystkiemu winna jest ustawa refundacyjna, tylko zaciemnia problem. Politycy chowający głowę w piasek nie mają szansy go nawet zobaczyć.

Obecnie solidaryzm polega na tym, że niektóre grupy nie płacą składki, niektóre mało, a najwięcej – zamożni. Tyle że oni nic w zamian nie dostają