Wzrost liczby zgonów w październiku może być efektem przeciążenia służby zdrowia. Z wyciąganiem wniosków należy jednak się wstrzymać – mówi prof. Piotr Szukalski, demograf.
Reklama
Panie profesorze, czy statystyki zgonów oszalały?
Statystyki nigdy nie szaleją. Szaleć mogą wyłącznie dokonujący interpretacji.
W październiku w Polsce zmarło 47,5 tys. osób. Z taką wartością w ciągu jednego miesiąca nie mieliśmy do czynienia od dawna.
Liczba ta rzeczywiście robi wrażenie, bo w poprzednich latach w Polsce umierało miesięcznie przeciętnie po trzydzieści kilka tysięcy osób. Różnica jest więc już bardzo znacząca.
Czy wzrost to efekt zawału w służbie zdrowia – zgony wynikłe z tego, że ktoś za długo czekał na konsultację, diagnostykę albo zabieg – i się nie doczekał? Innymi słowy: zgony, którym można było zapobiec?
To zjawisko może już być widoczne.
Skąd ta ostrożność? Czemu „może być”, a nie po prostu „już widać”?
Ponieważ czasami jest tak, że za wzrost liczby zgonów odpowiada kilka nałożonych na siebie czynników. Wówczas możemy mieć do czynienia z nawet kilkunastoprocentowym wzrostem z miesiąca na miesiąc. Nam wtedy wydaje się, że dzieją się straszne rzeczy, a tymczasem jeśli spojrzeć z perspektywy nie miesiąca, lecz kwartału czy roku, to okazuje się, że zmiany nie są jakieś tragiczne.
Jaki jest najważniejszy czynnik, który trzeba brać pod uwagę?
Struktura wieku. W Polsce wyjątkowo dużo urodzeń przypadło na czas po II wojnie światowej. Pierwsze roczniki tego wyżu przekroczyły już siedemdziesiątkę. To niestety przekłada się na wzrost liczby osób, u których prawdopodobieństwo zgonu jest coraz wyższe. Rok w rok możemy więc spodziewać się, że ludzi będzie umierało 1–2 proc. więcej.
Ale to za mało, żeby wytłumaczyć październik.
Proszę pamiętać, że do tego dochodzi sezonowość. Ona odpowiada za to, że w poszczególnych miesiącach nie mamy do czynienia z taką samą liczbą zgonów.
I wahania mogą być aż tak duże?
To może na przykład zapytam pana tak: więcej dzieci rodzi się w weekendy czy w pozostałe dni tygodnia?
Pewnie w weekendy.
Nieprawda! Więcej dzieci rodzi się w dni robocze. Różnica wobec sobót i niedziel sięga czasem 30–40 proc.
Jak to?
W Polsce prawie połowa urodzeń to cesarskie cięcie. Krótko mówiąc, lekarz ma jakąś możliwość wyboru dnia porodu. W weekendy w szpitalach jest znacznie mniej pracowników, więc urodzenia planuje się na dni, kiedy jest pełna obsługa – w razie, gdyby miało się zadziać coś niedobrego.
Chyba widzę, dokąd pan zmierza…
Styczeń, luty, marzec i grudzień to są miesiące, które charakteryzują się wyższą umieralnością z uwagi na utrzymujące się w tym czasie okresy niskiej temperatury oraz częste spadki ciśnienia. Dlatego zimą co do zasady corocznie występuje największa miesięczna liczba zgonów.
Czyli latem umiera mniej ludzi?
Ale tylko do momentu, kiedy nie pojawią się upały. I chociaż fala gorąca lub zimna to zjawiska sezonowe, to nigdy nie wiemy, kiedy dokładnie wystąpią. Upały mogą przyjść w lipcu albo sierpniu. Zima może uderzyć w grudniu lub lutym. Stąd też w jednym roku więcej zgonów będzie w tym pierwszym miesiącu, a w innym – w tym drugim. Zjawiska pogodowe doprowadzają czasem do wzrostu liczby zgonów nawet o 15 proc.
Przeglądałem statystyki i rzucił mi się w oczy styczeń 2017 r. Zmarło wtedy 43,6 tys. osób, chociaż rok wcześniej było to 35,3 tys. To 23 proc. więcej.
Tymczasem różnica między październikiem tego a ub.r. wynosi 40 proc.
Czyli tak: jeśli do liczby zgonów z października dodamy 2 proc. wynikające ze starzenia się społeczeństwa, to mamy 700 zgonów. W ubiegłym miesiącu na COVID-19 zmarło 3,1 tys. osób. Razem to prawie 4 tys. Czyli musimy wyjaśnić jeszcze 13 tys., a pogoda nie była szczególnie uciążliwa.
Tak, ale spójrzmy jeszcze raz na styczeń 2017 r. Niby nic się nie stało, pandemii nie było – chociaż trzeba byłoby sprawdzić, czy nie mieliśmy wówczas do czynienia z falą powikłań pogrypowych – a mimo to pojawiła się nam ponad 20-procentowa różnica.
Czyli co – mamy to? Zgony, których można było uniknąć?
Zapewne mamy, ale wolałbym być ostrożny i poczekał z ogłaszaniem tego na dane z dłuższego okresu.
To kiedy będziemy wiedzieli na pewno?
Pod koniec lutego, kiedy GUS opublikuje liczbę zgonów za 2020 r. A tak naprawdę to kilkanaście miesięcy później, kiedy urząd poda również statystyki przyczyn zgonów. Chociaż tylko teoretycznie, bo u nas jakość tych danych jest bardzo niska. Tak niska, że od wielu lat nie uwzględnia ich w swoich bazach Światowa Organizacja Zdrowia, uznając je za mało wiarygodne z uwagi na np. dużą liczbę zgonów z przyczyn nieokreślonych.
To czy w ogóle możemy wiedzieć na pewno?
Wtedy będzie można przynajmniej zobaczyć, ile osób zmarło na choroby, które są fatalne w skutkach bez wczesnego diagnozowania, czyli na przykład onkologiczne. W ich przypadku kilkutygodniowe opóźnienie w diagnostyce zmniejsza szanse na przeżycie, bo albo dla pacjenta jest już za późno, albo mamy do czynienia z gwałtownym pogorszeniem skuteczności leczenia.
Co będzie wskazywało, że podczas pandemii zmarli ludzie, którym można było pomóc.
Tak, ale z jeszcze jednym zastrzeżeniem. Od trzech lat mamy do czynienia z załamaniem się tendencji, którą w Polsce wcześniej obserwowaliśmy przez ćwierć wieku. Mówię o szybkiej poprawie warunków zdrowia i obniżaniu się prawdopodobieństwa zgonu w starszych grupach wiekowych.
Innymi słowy: nie przyrasta nam już oczekiwana długość życia.
Tak jest. W 2016 r. ten wskaźnik praktycznie się zatrzymał. W krajach Zachodu przyrasta on co dekadę o 2–2,5 roku, a u nas w poprzednich latach nawet o rok więcej. Nadrabialiśmy zaległości. A teraz w zasadzie mamy do czynienia ze stabilizacją: raz wzrośnie, raz spadnie. W ten sposób straciliśmy trzy lata – no, w zasadzie cztery, bo ten rok raczej lepszy nie będzie.
To też przełoży się na liczbę zgonów?
Jak najbardziej.
Myśli pan, że efekt, o którym mówimy, pojawił się już wcześniej? W te wakacje liczba zgonów była wyższa w stosunku do średniej z tych samych miesięcy w latach 2015–2019. Dla czerwca było to 8,2 proc., dla lipca – 8,3 proc., dla sierpnia – 10,6 proc., a dla września już 11,6 proc.
Widzi pan, te liczby odnoszą się już do dłuższego okresu i mogą służyć za swoisty miernik, bo eliminują nam wspomniane przeze mnie zmienne czynniki sezonowe.
Kiedy rozmawialiśmy niedawno na temat liczby zgonów, wspomniał pan, że dla absolutnej pewności, iż mamy do czynienia z jakimś nowym zjawiskiem, a nie tylko sezonowym odchyleniem, powinno się je jeszcze przeliczać.
Tak, bo to, co nazywamy „umieralnością” – czyli natężenie zgonów – jest bardzo zależne od wieku, a także płci. Stara zasada zaś głosi, żeby porównywać tylko to, co jest porównywalne. W przypadku liczby zgonów ważna jest np. liczebność całej populacji. W Polsce będzie umierać rocznie więcej ludzi niż na Litwie. Dlatego porównywanie liczb bezwzględnych jest bez sensu.
Co się wtedy robi?
Szukamy jakichś mierników względnych. Przede wszystkim musimy wyeliminować wpływ wielkości populacji. Robi się to, przeliczając liczbę zgonów na tysiąc albo 100 tys. osób mieszkających na danym terenie. Wtedy będziemy mogli porównywać populacje, które różnią się co do wielkości. Wciąż jednak pozostają zniekształcenia związane ze strukturą wieku.
Inaczej będzie to wyglądać w starzejącej się Japonii, a inaczej w młodym Bangladeszu.
Dlatego przechodzimy do tzw. cząstkowych współczynników zgonu. Proszę pamiętać: porównywać to, co jest porównywalne. Najpierw więc oddzielamy kobiety od mężczyzn. Potem nastolatków od 80-latków. Budujemy bardziej jednorodne grupy wiekowe: pięcioletnie czy jednoroczne.
Jak więc brzmi przepis na dobre porównanie?
Weź wszystkie zgony 20-letnich mężczyzn, które miały miejsce w ciągu danego okresu – np. miesiąca – i podziel przez liczbę 20-letnich mężczyzn w połowie tego okresu, dla którego dokonujesz obliczeń. W takiej sytuacji dowiadujesz się, jak często umierają dwudziestolatkowie – a to można porównać dla dowolnych krajów czy okresów historycznych. To dopiero dostarcza prawdziwej informacji.
Na razie jednak nie możemy nic w ten sposób przeliczyć dla owego feralnego października, bo GUS jeszcze nie opublikował dokładnych danych o zgonach w poszczególnych grupach wiekowych. Można to co najwyżej zrobić dla czerwca i lipca, ale wahnięcia są niewielkie.
Różnice są, tylko wielokierunkowe. W jednych przedziałach liczba zgonów rosła, w innych malała. A zatem nie było efektu skoncentrowanego na konkretnych grupach wiekowych. A gdyby chodziło o zgony wynikłe np. z braku właściwej diagnozy, to powinniśmy oczekiwać, że będą dotykać starszych. Tam to powinno być widoczne.
A kiedy w lutym GUS opublikuje kompletne statystyki za mijający rok, to wtedy po przeliczeniu wszystko będzie widać jak na dłoni?
Jeśli dzieje się coś niedobrego, to tak.
Czy pandemia w jakiś sposób wpłynie długofalowo na procesy ludnościowe?
Oczywiście, pierwsze efekty już widać. Chociażby jeśli idzie o liczbę zawieranych małżeństw i dokonywanych rozwodów. Małżeństw w stosunku do średniej z lat 2015–2019 było o 52 proc. mniej, czyli praktycznie o połowę. Jeśli idzie o rozwody, to w porównaniu do 2019 r. ich liczba zmniejszyła się o 31,6 proc. Separacji było mniej o 49 proc. Małżeństw w 2020 r. było mniej o 44,6 proc. w stosunku do ub.r. To olbrzymie różnice.
Jakie to będzie miało konsekwencje?
Przełoży się to na liczbę urodzeń, ale też na wiek matek. Nie mam bowiem żadnej wątpliwości, że część osób czeka z podjęciem decyzji o posiadaniu dziecka do momentu zawarcia małżeństwa.
Październik był zły. Listopad i grudzień będą gorsze?
W Polsce każdego dnia dotychczas umierało ok. 1100 osób. Dopóki zgonów na COVID-19 było 10–20 dziennie, to zwyżka nie była duża. W listopadzie jednak było to już 200–300 osób, a nawet 400. Już samo to pokazuje, że mamy do czynienia z istotną zmianą. A przecież wykrytych infekcji wciąż przybywa, a ludzie umierają dopiero po kilku, kilkunastu dniach od diagnozy.
Polacy odchodzą za szybko
Z liczbą zgonów w Polsce dzieje się coś niedobrego także zdaniem Polskiego Instytutu Ekonomicznego (PIE). W opublikowanej dzisiaj notatce eksperci PIE zwracają uwagę, że między 6 sierpnia a 28 października mieliśmy do czynienia z nadwyżką zgonów wynoszącą 14,8 tys. „Nadwyżka” oznacza, że zmarło więcej ludzi, niż oczekiwalibyśmy na podstawie tablic trwania życia – tego, ile przeciętnie zostało jeszcze lat życia Polakom w danym wieku.
Innymi słowy: za dużo ludzi odeszło wcześniej, niż wynika to z wyliczanych przez GUS wskaźników. PIE wyliczył, że w podanym okresie liczba zgonów powinna wynieść 91,6 tys. Zamiast tego było to 106,4 tys., czyli o 16,1 proc. więcej. Eksperci zwracają uwagę, że wartość ta jest podobna do odnotowanej podczas pierwszej fali we Francji (19 proc.).
Co gorsza skala zjawiska rośnie. O ile między 8 a 14 października nadmierna umieralność wyniosła 18,3 proc., to w następnym tygodniu wynosiła już 35,5 proc., a w jeszcze kolejnym już 71,1 proc. Jednym z powodów mogą być niewykryte zgony na COVID-19. Dokładałoby się to więc do czynników, o których mowa w wywiadzie powyżej.