Szpitale prywatne szukają miejsc – przedstawiciele organizacji skupiających ten rodzaj placówek medycznych od poniedziałku dzwonią od dyrektora do dyrektora, zbierając deklaracje, czy dołączą czy nie. Początkowo sektor prywatny oferował, że może przejąć opiekę nad częścią chorych niecovidowych. Na to nie zgodził się resort zdrowia. Ostatecznie mają zaangażować się w dwie formy opieki – przede wszystkim przygotować miejsca dla chorych z COVID-19, ale też mieć łóżka dla innych. Te podmioty otrzymają takie wynagrodzenie jak placówki publiczne. Próbowały jednak negocjować, aby NFZ pokrywał straty poniesione przez placówki w tym okresie.

Głównym wyzwaniem – podobnie jak w publicznych placówkach – jest kadra. Dyrektorzy boją się, że zadeklarują gotowość, a potem nie będzie miał kto opiekować się pacjentami covidowymi. – Mamy dziury już teraz. Lekarze są zatrudnieni na etat w innych szpitalach, do nas przychodzą na kilka godzin – mówi jeden z nich.

Lekarz spoza Unii

Brak pracowników to wąskie gardło całego systemu walki z COVID-19. Już teraz planowane jest nawet 26 tys. łóżek, tymczasem problemy z kadrą pojawiają się przy obłożeniu ok. 8 tys. Stąd nowe przepisy w tzw. ustawie dobrego samarytanina, którą jutro ma zająć się Sejm. Projekt zakłada wprowadzenie na rynek nowych pracowników – m.in. studentów, doktorantów czy też absolwentów bez egzaminu lekarskiego. A także medyków z zagranicy. Nowa ustawa umożliwić ma wykonywanie zawodu lekarza cudzoziemcom niebędącym obywatelami państw członkowskich UE. W czasie stanu epidemii można będzie w trybie uproszczonym (ale pod kontrolą konsultantów krajowych lub wojewódzkich we właściwej dziedzinie medycyny) zatrudniać w polskim systemie opieki zdrowotnej lekarzy specjalistów, którzy uzyskali kwalifikacje zawodowe poza Unią. Warunkiem ma być m.in. znajomość języka polskiego. Lekarz taki musi otrzymać zaświadczenie o zatrudnieniu od polskiej lecznicy. Wówczas będzie mógł wystąpić do ministra zdrowia o zgodę na przyznanie prawa wykonywania zawodu na określony czas i miejsce zatrudnienia w danej placówce, a także w określonym zakresie (m.in. konkretne świadczenia oraz inne czynności związane z wykonywaniem zawodu, np. udzielanie informacji, prowadzenie audytów itp.). Zgodę wydawać będzie minister w drodze decyzji administracyjnej na podstawie opinii konsultanta.

Szpitale niepubliczne także borykają się z brakiem kadry

Wbrew pozorom to może być całkiem spora liczba. Można wstępnie oszacować, że obecnie w Polsce przebywa około tysiąca lekarzy w trakcie przygotowań do nostryfikacji oraz ok. 300–500 już po nostryfikacji, ale przed egzaminem językowym w Naczelnej Izbie Lekarskiej (NIL) albo w trakcie stażu podyplomowego. Do tego jest ok. 1,5–2 tys. osób z czynnym prawem wykonywania zawodu i specjalizacją zrobioną poza granicami Polski, którzy nie składali wniosków o uznanie specjalizacji do Centrum Medycznego Kształcenia Podyplomowego (CMKP), ale mają doświadczenie w pracy jako specjaliści w kraju ojczystym. – Myślę, że te liczby są nadal aktualne, nawet wydaje mi się, że liczba lekarzy przed nostryfikacją albo po nostryfikacji, a przed egzaminem językowym w NIL się zwiększyła w tym czasie, ponieważ kilka sesji nostryfikacji w różnych placówkach (m.in. WUM, Łódź, Białystok) było przekładane w czasie albo odwoływane – mówi dr Ewgenij Mozgunow, anestezjolog, koordynator krajowy oraz konsultant naukowy organizacji pozarządowej „Niezależna społeczność rosyjskojęzycznych lekarzy na świecie”. Łukasz Jankowski, szef stołecznej izby lekarskiej, zwraca natomiast uwagę, że wydawanie decyzji tego typu wniosków przeniesiono z izb lekarskich na konsultantów i ministra. – My mamy przejąć potem odpowiedzialność nad wykonywaniem zawodu przez osoby, które nie my wpuściliśmy do systemu i nie my weryfikowaliśmy ich umiejętności. To osłabia izby lekarskie i obniża rangę zawodu – ocenia. Jego zdaniem na arenie międzynarodowej ten przepis wyglądał będzie bardzo źle. – To jest wprost podkupywanie lekarzy – podkreśla. Zgadza się też z opinią, że może to być praca niemal na niewolniczych warunkach.

Telefon do medyka

Usprawnieniem ma także być lepsza koordynacja działań. Samorządy lekarskie mają przygotować listy, kto może być wysłany na front walki z COVID-19. To zdaniem naczelnej izby jest nierealne – nie ma ona wiedzy o sytuacji rodzinnej ani zdrowotnej lekarzy. To, co samorządy mogą sprawdzić, to jedynie wiek swoich członków. – Nie jesteśmy w stanie zadzwonić do 30 tys. lekarzy w naszej izbie. Tym bardziej że w dalszym ciągu nie mamy prawa pytać ich i zbierać danych o sytuacji rodzinnej czy chorobach przewlekłych – wskazuje Łukasz Jankowski.

Przepisy przewidują z jednej strony marchewkę dla lekarzy (m.in. dodatkowe wynagrodzenia), ale też kij – czyli sankcje. Najwięcej emocji budzi przepis, który pozwala na kierowanie do pracy rodziców małych dzieci. Z informacji płynących z resortu zdrowia i KPRM wynika, że rządzący nie będą się przy tym rozwiązaniu upierać (więcej piszemy o tym na stronie 4).

Naczelna Izba Lekarska również zwraca uwagę, że wprowadzenie zmiany umożliwiającej mobilizację lekarzy, mężczyzn do 65. roku życia, a nie jak do tej pory tylko do 60., jest zła. – Wyłączenie osób starszych spod możliwości kierowania do pracy przy zwalczaniu obecnej epidemii podyktowane jest ich zdecydowanie większą podatnością na cięższy przebieg zakażenia i późniejszego zachorowania, dlatego podwyższenie wieku mężczyzn, którzy mogą być skierowani do pracy przy zwalczaniu epidemii, nie znajduje żadnego racjonalnego uzasadnienia – wskazuje prezydium NIL.

Środowisko medyczne także apeluje nie tylko o zniesienie odpowiedzialności karnej za nieumyślne błędy medyczne, lecz także wprowadzenie dodatków na ubezpieczenie życia i zdrowia dla lekarzy narażonych pracę z pacjentami z koronawirusem.

Kontrowersje środowiska wzbudzają też przepisy dotyczące dodatków. Lekarze obawiają się, że będzie finansowanie dwu prędkości – lekarze powołani przez wojewodę dostaną 200 proc. wynagrodzenia, a ci, którzy już pracują przy chorych z koronawirusem, 150 proc. (to zarządzenie NFZ) – jednak jak wynika z informacji DGP – NFZ ma podnieść wysokość dodatku także tej drugiej grupie. 

Fundusz Medyczny z podpisem prezydenta

Fundusz ma ułatwić nowoczesne leczenie. Chodzi m.in. o terapie, które są w Polsce nierefundowane. Ma też poprawić dostęp do leków, które jeszcze nie zostały w kraju zarejestrowane. W ramach funduszu będą funkcjonowały cztery subfundusze, dzięki którym będzie można realizować zakupy i inwestować w nowoczesną infrastrukturę szpitalną. Z funduszem mają mieć też możliwość współpracy gminy. Jeśli chodzi o finansowanie, to na fundusz przewiduje się 4 mld zł rocznie, ale w przyszłym roku to nie będą żadne ekstra środki, tylko tyle, ile „ustawa 6 proc.” zobowiązuje do wydatków na zdrowie. Kontrowersje wzbudza forma wprowadzenia funduszu. Projekt został ogłoszony przez Andrzeja Dudę w czasie kampanii po tym, jak został on skrytykowany za podpisanie ustawy przekazującej 2 mld zł na TVP.