Niedozwolone klauzule w umowach z lekarzami to już prawdziwa plaga. Najczęściej próbuje się wymusić na nich zgodę na dodatkowe obowiązki – w dobie braków kadrowych to niemal powszechna praktyka.
ikona lupy />
DGP
Problem najczęściej dotyka rezydentów, bo są oni najbardziej uzależnieni od szkolącej ich jednostki. W umowach podsuwanych specjalistom też zdarzają się kuriozalne zapisy (np. dotyczące niewspółmiernej odpowiedzialności za ewentualne błędy albo konieczności załatwienia sobie zastępstwa na czas nieobecności i odpowiedzialności za czyny zastępcy), ci jednak są w o tyle komfortowej sytuacji, że mogą ich po prostu nie podpisać, tym bardziej że ofert pracy dla lekarzy nie brakuje. Rezydenci jednak są związani koniecznością szkolenia. – Są umowy, których nie można nie podpisać, żeby realizować program rezydentury – zwraca uwagę Bartosz Fiałek z zarządu Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Lekarzy. Poza tym, jak przyznaje Łukasz Jankowski, szef stołecznej izby lekarskiej i jeden z liderów Porozumienia Rezydentów OZZL, istnieje obawa, że sprzeciw i ewentualna walka z pracodawcą odbiją się na szkoleniu i utrudnią ukończenie specjalizacji.

Więcej pracy, więcej odpowiedzialności

Niezgodne z prawem klauzule w umowach dotyczą często wymagania od rezydentów dodatkowego ubezpieczenia OC i NNW przy stażach wewnętrznych. – W takich przypadkach piszemy do pracodawców, jesteśmy w kontakcie z Ministerstwem Zdrowia, staramy się doprowadzić do tego, żeby ujednolicić zapisy umów, na podstawie których te staże się odbywają – mówi Łukasz Jankowski.
Dość powszechne są również tzw. lojalki. – Czyli zapisy dotyczące zakazu konkurencji, które w naszej ocenie są bezprawne. Chodzi o sytuacje, gdy pracodawca żąda, żeby go informowano o innych miejscach pracy, i ma w zasadzie prawo zabronić podejmowania dodatkowego zatrudnienia – tłumaczy.
Bartosz Fiałek dodaje, że lojalka, czyli zobowiązanie rezydenta do pracy tylko w jednym szpitalu, nie może być częścią umowy rezydenckiej. – Dlatego taki zapis należy negocjować – radzi.
Najczęstszym jednak problemem jest nakładanie na lekarzy zbyt wielu obowiązków, wykraczających poza ich kompetencje, np. przez delegowanie ich na inne oddziały, zmuszanie do pracy w kilku jednostkach, a nie tylko tej, która wynika z programu specjalizacji. – Tutaj dotykamy choroby, która w tej chwili trawi system rezydencki, czyli oddelegowanie np. na SOR (szpitalny oddział ratunkowy), pomimo że nie ma tego w programie – podkreśla Łukasz Jankowski.

Kluczowy regulamin

Co można zrobić w takiej sytuacji? Najlepiej zwrócić się do izby lub związku. – Mamy prawnika, z którym się w tych sprawach konsultujemy. Wspólnie podejmujemy decyzję, czy umowa jest możliwa do podpisania. Często prosimy o takie dokumenty, jak regulamin szpitala, schemat organizacyjny, układ zbiorowy. Wiele zapisów udaje się skutecznie zakwestionować – mówi Bartosz Fiałek.
Podkreśla, że niektóre zobowiązania mogą wynikać z regulaminu szpitala i te negocjować jest najtrudniej. Choć bowiem zmuszanie rezydentów do dyżurowania w kilku miejscach jest niezgodne z programem specjalizacji, to są placówki, w których np. izba przyjęć podlega pod jakiś oddział, np. internistyczny. Wtedy, jeśli jest integralną częścią oddziału, to trzeba na niej pracować, odbywając szkolenie na internie. To już nie podlega negocjacji. – Dlatego zawsze regulamin szpitala jest kluczowy – przekonuje przedstawiciel OZZL. Oczywiście, jak dodaje, lekarz musi sam zdecydować, czy chce w takiej placówce pracować. Ale jednocześnie przyznaje, że to trudne sytuacje, bo rezygnacja często przysparza wielu problemów.
Podobnego zdania jest Łukasz Jankowski. – Mam poczucie, że to, co my wiemy na ten temat, co lekarze piszą w internecie, to jest tylko wierzchołek góry lodowej. Większość z nich wciąż godzi się na łamanie i naginanie prawa, chcąc przetrwać do końca rezydentury, biorąc ponadwymiarowe dyżury, bo nie ma komu ich wziąć. Ale to jest trochę jak gotowanie żaby, dzieje się powoli i narasta. Dlatego chcemy krzewić wiedzę, że trzeba reagować od razu i wprowadzać normalność – mówi.
Do rzecznika praw lekarzy przy OIL w Warszawie od początku obecnej kadencji (czyli od zeszłego roku) wpłynęło kilkaset tego rodzaju spraw. – Rzecznik ma biuro prawne. Nie tylko pisze, ale zdarza się, że jedzie na miejsce. Warto się do niego zwracać. Na pewno pomoże – zapewnia Łukasz Jankowski. I przypomina, że rzecznicy funkcjonują przy wszystkich okręgowych izbach lekarskich.

Nieprzestrzegane paragrafy

Niedozwolone klauzule w umowach to jeden problem, inny – nieprzestrzeganie zapisów, które w nich są z mocy prawa. Nagminnym kłopotem, z którym lekarze zmagają się od dłuższego czasu, jest potrącanie za zejścia po dyżurze (DGP pisał o tym wielokrotnie, ostatnio: „Resort zdrowia sam zachęca rezydentów do protestów”, nr 189/2019). Choć w umowach rezydenckich jest zapis, który zobowiązuje szpital do niepomniejszania wynagrodzenia za czas należnego odpoczynku po dyżurze pełnionym w ramach programu specjalizacji, wiele placówek wciąż to robi.
Wczoraj Bartosz Fiałek poinformował, że w odpowiedzi na jego pisma w tej sprawie (wystosował je do MZ, jak i szpitali, z których miał sygnały o nieprawidłowościach) wiceminister Janusz Cieszyński zwrócił się do wskazanych lecznic z apelem o respektowanie tego przepisu.
– Teraz będziemy jeszcze uważniej przyglądać się sytuacji w tych szpitalach. W przypadku braku reakcji ponownie poinformujemy resort zdrowia – zapowiada Bartosz Fiałek. I przypomina, że taką niesubordynowaną placówkę ministerstwo może nawet skreślić z listy szpitali akredytowanych do prowadzenia rezydentury. – A nie sądzę, aby pracodawcy byli gotowi na utratę niemalże darmowych pracowników, jakimi są rezydenci – podsumowuje.