Placówki medyczne nie nadążają za szybko rosnącą płacą minimalną. Ich dyrektorzy już od kilku lat twierdzą, że to dla nich jedno z największych wyzwań, a gros pracowników i tak zarabia na poziomie minimalnym. Ale nie nadąża też legislacja. Akty prawne regulujące najniższe wynagrodzenia pracowników ochrony zdrowia muszą być stale nowelizowane, by zapisane w nich kwoty nie były zbyt niskie. Podniesienie przyszłorocznej najniższej płacy do 2600 zł spowoduje, że wielu pracowników znajdzie się poniżej ustawowego minimum. I będą wśród nich osoby z wyższym wykształceniem.

Liczą i pracownicy, i dyrektorzy

W placówkach medycznych najmniej zarabia personel pomocniczy i administracja. Ale także pracownicy medyczni. Choć w ostatnim czasie wzrosły pensje lekarzy i pielęgniarek, wciąż są zawody, w których płace są poniżej minimum – to m.in. fizjoterapeuci, psycholodzy, diagności, technicy radioterapii, technicy analityki medycznej. To duża część załogi.

– 2300–2500 zł brutto to przeciętna pensja fizjoterapeuty zatrudnionego w placówce, która ma kontrakt z NFZ. To upokorzenie i dla systemu ochrony zdrowia, i dla fizjoterapeutów – mówi Tomasz Dybek, przewodniczący Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Pracowników Fizjoterapii, reprezentujący również OPZZ. Podkreśla, że cierpią na tym przede wszystkim pacjenci, bowiem w przypadku tego zawodu dysproporcje płacowe pomiędzy sektorem prywatnym i publicznym są ogromne. Z badań Krajowej Izby Fizjoterapeutów wynika, że wielu przedstawicieli tego zawodu rezygnuje z pracy w placówkach publicznych, a młodzi coraz chętniej wybierają prace w siłowniach czy SPA. A kolejki do rehabilitacji są w tej chwili najdłuższe w całym systemie ochrony zdrowia.

– Fizjoterapeuci, diagności laboratoryjni, psycholodzy to grupy bardzo źle wynagradzane. Około 80 proc. przedstawicieli tych zawodów zarabia na poziomie 2300–2500 zł – mówi Tomasz Dybek. Dlatego od 23 września fizjoterapeuci i diagności rozpoczynają protest.

Dyrektorzy szpitali powiatowych mieli już prawie gotowe wyliczenia, ile będzie kosztować ich podwyższenie płacy minimalnej do 2450 zł. Teraz zaczęli szacowanie kosztów podwyżki do 2600 zł. Jak przewiduje Waldemar Malinowski, prezes Ogólnopolskiego Związku Pracodawców Szpitali Powiatowych, nie będą one małe, szczególnie biorąc pod uwagę, że do pensji podstawowej nie można już wliczać dodatku stażowego.

– Podwyższając płace minimalne, trzeba brać pod uwagę nie tylko koszty bezpośrednie, czyli konieczność podwyżki płac tym pracownikom, którzy zarabiają poniżej 2600 zł, ale także koszty pośrednie, wynikające z regulaminów wynagradzania i tabel wynagrodzeń odnoszących się do płacy minimalnej czy choćby dodatków za wysługę lat, do wypłacania których obliguje nas ustawa o działalności leczniczej – podkreśla. I dodaje, że im większy szpital, tym skutki pośrednie będą wyższe.

Rażące dysproporcje

Związkowcy od dłuższego czasu zwracają uwagę, że w sektorze ochrony zdrowia drastycznie rosną płacowe nierówności. W związku z deficytem kadr pensje lekarzy poszybowały znacząco w górę, równocześnie zwiększa się grupa pracowników zarabiających na poziomie minimalnym. – Jest ogromne poczucie niesprawiedliwości w środowisku – przekonuje Maria Ochman, szefowa sekcji zdrowotnej w NSZZ „Solidarność”. Podwyżka płacy minimalnej może to poczucie pogłębić, bo płace wielu pracowników się do niej zbliżą – jeśli nie dostaną podwyżek. A o nie już teraz jest trudno.

Dysproporcje te miała nieco złagodzić podwyżka kwoty bazowej w ustawie z 8 czerwca 2017 r. o sposobie ustalania najniższego wynagrodzenia zasadniczego niektórych pracowników zatrudnionych w podmiotach leczniczych (t.j. Dz.U. z 2019 r. poz. 1471 ze zm.). Sektor ten ma bowiem własną ustawę regulującą minimalne stawki. Do ich wyliczania służą właśnie kwota bazowa i współczynniki przypisane poszczególnym grupom zawodowym (od 0,58 do 1,27).

Kiedy zdecydowano się objąć zapisami tej ustawy pracowników działalności podstawowej (m.in. salowe i sekretarki medyczne), zaproponowano dla nich współczynnik 0,53, co przy obowiązującej wówczas kwocie bazowej 3900 zł dawało stawki poniżej ówczesnej pensji minimalnej (2100 zł w 2018 r.). Ostatecznie podwyższono go do 0,58. Po podniesieniu kwoty bazowej do 4200 zł najniższa gwarantowana ustawą kwota to 2436 zł. A więc w przyszłym roku będzie to zbyt mało. Od lipca 2020 r. kwota bazowa jednak znowu wzrośnie – do poziomu średniej krajowej.

Warto w tym kontekście wskazać, że docelowa wysokość płac określonych w ustawie ma być osiągnięta w 2022 r. Trudno przewidzieć, ile wówczas wynosić będzie średnia krajowa. Biorąc jednak pod uwagę, że obecnie to ok. 5200 zł, a do większości grup zawodowych przypisane są w ustawie współczynniki 0,64 i 0,73, to może się okazać, że zagwarantowane w niej zarobki nie będą wiele wyższe od płacy minimalnej (a w niektórych przypadkach będą niższe). Być może będzie to bodźcem, by spełnić postulat powtarzany od dłuższego czasu przez związkowców i podwyższyć również współczynniki.

źródło: DGP

Jak widać, dostosowanie ustawy o ustalaniu najniższego wynagrodzenia do płacy minimalnej jest sporym wyzwaniem. To jednak nie wszystko – zgodne z nimi muszą być jeszcze akty wykonawcze, regulujące choćby płace młodych lekarzy. W zeszłym tygodniu opublikowano rozporządzenie z 10 września 2019 r. zmieniające rozporządzenie w sprawie stażu podyplomowego lekarza i lekarza dentysty (Dz.U. poz. 1749), dostosowane do zmienionej kwoty bazowej w ustawie płacowej. Stawki podniesiono z 2465 zł do 2509 zł brutto. Lekarze zwracają jednak uwagę, że w 2008 r. najniższa płaca wynosiła 1126 zł, a pensja stażysty 1824 zł, czyli 162 proc. minimum. Teraz z trudem dobija do 100 proc. Przy zachowaniu takich proporcji jak 10 lat temu, w 2020 r. powinno to być 4212 zł. To niezbity dowód na to, że sektor zdrowia złapał płacową zadyszkę.