Spożycie suplementów – będących wbrew opinii wielu Polaków żywnością, a nie medykamentami – rośnie z roku na rok. Zwiększa się też liczba nieprawidłowości na rynku. Produkty są w oszukańczy sposób promowane, a niektórzy producenci wymyślają wręcz schorzenia, których pozbyć można się jedynie dzięki ich suplementowi. Standardem stało się adresowanie reklam do dzieci, co ma zmusić rodziców do kupienia danego produktu. Ministerstwo Zdrowia przyznaje, że to kłopot i że potrzebne są nowe przepisy. Na dostrzeżeniu kłopotu jednak się kończy.

Zawracanie głowy

W 2017 r. Ministerstwo Zdrowia twardo zapowiedziało: rozprawimy się z patologiami. Przygotowano nawet projekt nowelizacji ustawy o bezpieczeństwie żywności i żywienia. Zawarto w nim nakaz odpowiedniego oznaczania produktów (tak, aby każdy pacjent w aptece mógł odróżnić suplement od leku), ograniczenia w reklamie, a także opłaty za rejestrację nowych produktów, z których pieniądze miały być spożytkowane na kontrolę jakości już istniejących. W projekcie wpisano kary za nieprzestrzeganie przepisów nawet do 20 mln zł.

Żywność, a nie lek

Żywność, a nie lek

źródło: DGP

– Nie da się leczyć dżumy paracetamolem – mówił wówczas w rozmowie z DGP jeden z wysoko postawionych urzędników Ministerstwa Zdrowia.

I co? I nic. Projekt trafił do szuflady. Ostatnie stanowisko resortu w jego sprawie jest z marca 2019 r. Czytamy w nim, że „w 2017 r. podjęto prace legislacyjne nad wprowadzeniem zmian do ustawy o bezpieczeństwie żywności i żywienia. Wymagają one jednak szczegółowej analizy uwzględniającej zarówno oczekiwania i cele, którym mają służyć, jak i główne zasady prawa unijnego. Obecnie trwają konsultacje wewnętrzne w tym obszarze”.

– Po co nam zawracano głowę, skoro rząd nie chciał uporządkować fatalnej sytuacji na rynku suplementów? – pyta jeden z członków ministerialnego zespołu powołanego w celu przygotowania projektu nowych rozwiązań prawnych, którego prace legły u podstaw projektu z 2017 r. I przypomina, że ok. 10 proc. hospitalizacji wynika z niewłaściwego przyjmowania leków. Często – z przyjmowania jednocześnie leków i suplementów, które źle ze sobą reagują.

Pole do nadużyć

Prawnicy przyznają, że nowe przepisy są potrzebne. Juliusz Krzyżanowski, adwokat w kancelarii Baker McKenzie Krzyżowski i Wspólnicy, twierdzi, że obecne regulacje mają szereg wad.

– Po pierwsze, praktycznie nie ma kontroli organów inspekcji sanitarnej nad rynkiem suplementów diety, co prowadzi do pojawiania się na nim produktów wątpliwej jakości, często niebezpiecznych dla nieświadomych konsumentów. Sprzyjają temu łagodne wymogi w zakresie wprowadzania do obrotu tych produktów, brak standardów jakościowych oraz rzeczywistych możliwości ich badania przed wprowadzeniem do obrotu – wskazuje. Po drugie – zdaniem Krzyżanowskiego – regulacje w zakresie reklamy suplementów diety są szczątkowe, a sankcje związane z bezprawnym działaniem niewystarczające do zniechęcenia nieuczciwych przedsiębiorców, co pozostawia duże pole do nadużyć. Głównym grzechem takich przekazów marketingowych jest różnego rodzaju wprowadzanie w błąd, np. poprzez przypisywanie suplementom diety właściwości, których nie posiadają. W efekcie ludzie często odstawiają leki na rzecz suplementów.

– Wartość tego segmentu rynku, na dodatek stale rosnąca, co jest wynikiem rosnącego spożycia, powinna być motywatorem dla jak najszybszego powrotu do prac nad zmianą wadliwych i wprowadzeniem nowych przepisów – uważa prawnik.

Podobnie twierdzi Michał Tracz, radca prawny w praktyce life sciences kancelarii Domański Zakrzewski Palinka. Podkreśla, że pomysłów w tej kadencji na zmiany było dużo – jedne lepsze, inne gorsze. A ostatecznie jedynymi przyjętymi rozwiązaniami były nowelizacje rozporządzenia ministra zdrowia w sprawie składu oraz oznakowania suplementów diety, czyli zmiany głównie techniczne.

– Do wielu pomysłów z tej kadencji nie warto wracać, zwłaszcza do tych, które dublują już istniejące przepisy. Z takimi sytuacjami mieliśmy do czynienia w kontekście propozycji dotyczących oznakowania i reklamy. Ale jest sporo postulatów, które są dyskutowane od lat i mogłyby przysłużyć się zarówno konsumentom, organom nadzoru, jak i przedsiębiorcom. Przykładem jest reforma rejestru produktów zgłaszanych do Głównego Inspektoratu Sanitarnego. Mógłby on stanowić bardzo ważną bazę aktualnej wiedzy o specyfikach, które są objęte nadzorem inspekcji sanitarnej, zwłaszcza w kontekście olbrzymiej liczby produktów w internecie – wskazuje Tracz. Jego zdaniem także sam proces powiadamiania GIS o nowych produktach od lat wiąże się z wątpliwościami prawnymi dotyczącymi chociażby tego, na jakim etapie możliwe jest odwołanie przez przedsiębiorcę. Klarowna możliwość odwołania już od rozstrzygnięcia GIS prowadziłaby szybciej do konkluzji, czy produkt spełnia wymagania. Warto by to poprawić.

Ani na to, ani na zagwarantowanie wyższej jakości suplementów – z raportu Najwyższej Izby Kontroli z 2017 r. wynika bowiem, że z tą jest źle – nie ma już jednak w obecnej kadencji czasu. Jeden z urzędników Ministerstwa Zdrowia poinformował nas, że „do tematu wrócimy po wyborach”. 

Prezes NFZ: Mamy do czynienia z plagą konsumpcji cukru na ogromną skalę. Potrzebny nowy podatek