Kwestie płacowe miały być uregulowane ustawowo. Tyle teoria. W praktyce od ponad roku minister zdrowia zawiera kolejne porozumienia dotyczące podwyżek z poszczególnymi grupami zawodowymi. Niektóre na tym korzystają, inne bezskutecznie pukają do drzwi resortu. Dyrektorzy szpitali denerwują się, że minister składa obietnice, które oni mają realizować, nie zapewniając im wystarczających środków.

Układy na boku

Zaczęło się od ubiegłorocznego porozumienia z rezydentami. Potem z ministrem dogadały się pielęgniarki, następnie ratownicy. Ostatnio obietnicę podwyżek otrzymali inni pracownicy medyczni, m.in. fizjoterapeuci, diagności i psycholodzy.

Każdej z tych grup zależy na tym, żeby pieniądze na płace szły oddzielnym strumieniem. Chodzi o to, żeby dyrektorzy lecznic nie mogli ich wydać na inne cele. Co do zasady bowiem wynagrodzenia są częścią kosztu świadczenia i szefowie szpitali tak powinni gospodarować środkami z NFZ, żeby sfinansować wszystkie potrzeby. Znaczone pieniądze dostają w wyjątkowych sytuacjach, np. ostatnio na podwyżki dla lekarzy czy pielęgniarek.

Taka polityka nie podoba się nie tylko dyrektorom, lecz także części związkowców. NSZZ „Solidarność” jeszcze w 2018 r. zwracała uwagę, że porozumienie zawarte z młodymi lekarzami nijak ma się do zapisów ustawy z 8 czerwca 2017 r. o sposobie ustalania najniższego wynagrodzenia zasadniczego niektórych pracowników zatrudnionych w podmiotach leczniczych (Dz.U. z 2017 r. poz. 1473).

– Trzeba podjąć decyzję, czy regulujemy te kwestie systemowo i traktujemy wynagrodzenia jako element kosztu świadczenia – wówczas wskaźnik wzrostu powinien rosnąć tak, jak średnia krajowa – czy kupujemy sobie spokój społeczny poprzez pojedyncze porozumienia, które wywołują niekontrolowaną lawinę roszczeń – wskazuje Maria Ochman, szefowa sekcji zdrowotnej w NSZZ „Solidarność”.

Mariusz Wójtowicz, szef Szpitala Miejskiego w Zabrzu, członek zarządu Polskiej Federacji Szpitali, uważa, że to, co dzieje się z płacami w ochronie zdrowia, jest poza jakąkolwiek kontrolą. – Bardzo źle się stało, że w tej chwili pieniądze z NFZ nie idą na świadczenia, tylko na wynagrodzenia. Może należy rozważyć model szwedzki, gdzie państwo, województwa i gminy są odpowiedzialne za płace, a składka idzie tylko na świadczenia. Jeśli minister negocjuje kwestie podwyżek, to może jest to moment, by przejął wszystkich pracowników ochrony zdrowia, ustalił stawki i znalazł na to środki finansowe, a szpitale niech zarządzają pieniędzmi na świadczenia zdrowotne dla pacjentów – proponuje.

Maria Ochman nie ma jednak wątpliwości, że najlepszą drogą jest powrót do ustawy podwyżkowej i trzymanie się jej zapisów. Aby to jednak miało sens, trzeba urealnić zapisane w niej kwoty. Wprowadzony przez nią mechanizm polega na tym, że minimalne płace (do których dochodzi się stopniowo, co roku podwyższając je 1 lipca, by osiągnąć oczekiwany poziom w 2022 r.) są ustalane po pomnożeniu kwoty bazowej przez wskaźnik przypisany danej grupie zawodowej. Docelowo kwota bazowa ma być równa przeciętnemu wynagrodzeniu brutto. Jednak do końca tego roku jest zamrożona na poziomie 3900 zł. Jej uwolnienia domaga się Solidarność. Związek zapewnia, że minister się na to zgodził.

Wzrastające różnice

Maria Ochman zwraca uwagę, że średnia płaca za grudzień 2018 r. to 5200 zł, czyli o 1300 zł więcej niż kwota wskazana w ustawie. Jej zdaniem trzeba zniwelować tę dysproporcję. – Zwiększenie kwoty bazowej od razu do wysokości średniej krajowej jest nierealne i nie do udźwignięcia dla budżetu. Uważam, że należy to robić etapami, ale najwyższa pora, by zrobić następny krok. Nie wiem, czy to miałoby być 200 zł, 400 zł czy więcej ani jakie to będą koszty. W ministerstwie są teraz prowadzone analizy finansowe – mówi. Ich wynik ma być znany w marcu.

– Oczekiwalibyśmy, aby już tegoroczne podwyżki były liczone od innej kwoty. Jeśli nie od razu, to z wyrównaniem od 1 lipca – dodaje.

Znaczone czy uwolnione

Tymczasem na podwyżki jeszcze przed tymi wynikającymi z ustawy czekają m.in. fizjoterapeuci i diagności. Pod koniec stycznia uzyskali od ministra zapewnienie, że od 1 marca wzrośnie wycena świadczeń. Z dodatkowych pieniędzy zostaną sfinansowane podwyżki. Szczegóły całej akcji nie są jednak znane. Nie wiadomo np., czy na wzrosty płac będą szły znaczone pieniądze, czy o podziale zdecydują dyrektorzy lecznic. Sami związkowcy są zdezorientowani. Tomasz Dybek, przewodniczący Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Pracowników Fizjoterapii, twierdzi, że minister złożył deklarację, iż NFZ literalnie wskaże, że dodatkowe środki będą przeznaczone dla przedstawicieli konkretnych zawodów. Maria Ochman twierdzi z kolei, że była tylko zapowiedź podwyższenia wycen, nie było mowy o znaczonych pieniądzach czy konkretnych kwotach. I przyznaje, że to problem. – Jeszcze nie widziałam dyrektora, który by innym sposobem niż rozporządzenie, zarządzenie czy ustawa sam z siebie przyznawał podwyżki – podkreśla.

Na nasze pytania dotyczące szczegółów związanych z podwyższeniem wycen resort zdrowia nie odpowiedział.