- Z powodu braków, które mogą okazać się niebezpieczne dla chorych, trzeba zamknąć szpital - mówi dr Piotr Warczyński, były wiceminister zdrowia

Z kontroli GIS wynika, że część szpitali nie spełnia wymogów sanitarnych. Co to znaczy?

Zgodnie z przepisami, które weszły w życie pod koniec grudnia zeszłego roku – powinny zostać wykreślone z rejestru podmiotów prowadzonego przez wojewodę. Przynajmniej w tym obszarze, w którym nie spełniają wymogów.

Czyli powinny się zamknąć albo wstrzymać działalność?

Reklama

Teoretycznie tak.

Dlaczego teoretycznie?

Reklama

Bo prawda jest taka, że nikt nie zamknie szpitala klinicznego albo szpitala powiatowego, który zabezpiecza opiekę medyczną dla całego regionu. Tym bardziej że inspekcja, która przeprowadza kontrole, podlega pod powiat, który przecież podejmuje decyzję o dalszej działalności. Praktyka jest więc taka, że jest sprawdzane, czy placówka dostosowała się do nowych wymogów. A następnie dają kolejny termin na dostosowanie.

Który, jak rozumiem, już minął…

Tak, pół roku temu. Ale placówki miały bardzo dużo czasu, żeby to zrobić. Szpitale miały czas na dostosowanie – ponad ćwierć wieku. Na początku lat 90. powstało pierwsze rozporządzenie określające standardy, które placówki powinny spełniać.

Za brak windy trzeba zamknąć szpital?

To jest wymóg budowlany, a nie ministra zdrowia, więc za to pewnie nie. Ale za takie braki, które są niebezpieczna dla pacjenta, to tak.

Przedstawiciele szpitali mówią, że wymogi, które im narzucono, są bardzo wyśrubowane. Że nawet w Wielkiej Brytanii czy Niemczech są niższe?

To nieprawda. Analizowałem dokładnie te wymogi i w Polsce są niskie. Poza tym przez te wszystkie lata były obniżane wymagania. Niższe już być nie mogą. Czy wymogi, żeby w sali nie leżało kilkanaście osób naraz, to za dużo? Czy wymiana powietrza nie powinna być sprawna? Czy też to, że dzieci starsze nie powinny być z młodszymi albo że łóżeczka dla dzieci mają być zamykane? W szpitalach psychiatrycznych są np. szczegółowe wytyczne, jak mają być rozmieszczone gniazdka elektryczne czy kable. Wszystko ze względu na bezpieczeństwo pacjentów i personelu.

Szpitale twierdzą, że nie ma na to pieniędzy. Przekonuje pana ten argument?

Od lat 90.? Naprawdę? Od tego czasu można było korzystać z wielu różnych funduszy unijnych przeznaczonych na różnego rodzaju inwestycje i modernizacje. Samorządy otrzymywały wiele rodzajów środków na ten cel. Możliwości było bardzo dużo. A od lat, jak wspomniałem, obowiązek spełniania wymogów był przesuwany.

I nadal był problem. Szpitale mówią, że czasem to graniczy z cudem.

Szpitale, które choćby ze względów architektonicznych (np. mieszących się w budynkach zabytkowych) miały problemy ze zmianami, mogły wnioskować o złagodzenie wymogów, jeżeli nie zagrają życiu i zdrowia pacjentów.

Szpitale, ale też inne środowiska, w tym przedstawicieli lekarzy – apelowały o to, by po raz kolejny przesunąć terminy. Dlaczego do tego nie doszło?

Bo trzeba było skończyć z tą obłudą i fikcją. Inaczej tego nie można nazwać – wiele placówek prowadziło działania pozorowane, nie zmieniając faktycznego stanu.

I tyle lat to działało. Dlaczego to takie ważne?

Chodzi o podstawowe warunki, które są istotne choćby ze względu na skuteczność leczenia. Po prostu doszliśmy do wniosku – i ja za tym również optowałem – że należy skończyć z tą obłudą i dano jeszcze rok. Nie wszyscy chcieli w to uwierzyć, ale przepisy powinny być egzekwowane, ponieważ chodzi w nich tylko o bezpieczeństwo personelu medycznego oraz pacjentów