W listopadzie tego roku będziemy obchodzić trzecią rocznicę nieoddania w terminie systemów e-zdrowotnych, przygotowywanych przez kolejne rządy przez 12 lat. Projekt P1, realizowany przez Centrum Systemów Informacyjnych Ochrony Zdrowia (CSIOZ), zakłada stworzenie Internetowego Konta Pacjenta (IKP), e-recept, e-zwolnień, e-skierowań. Dodatkowo system ma powiadamiać pacjentów o wcześniejszych terminach wizyty u lekarza, przypominać mu o niej za pomocą e-maili i SMS-ów oraz umożliwiać rejestrację na wizytę i wybór terminu. Do tego dochodzi system P2 dla przedsiębiorców.
Reklama
W 2005 r. podjęto pierwsze decyzje o stworzeniu zdecentralizowanego systemu e-zdrowia. Następnie przystąpiono do jego planowania i realizacji. Przez ten czas nad projektem pieczę miało CSIOZ, a prace były nadzorowane przez Ministerstwo Zdrowia. Za projekt odpowiada cała nasza scena polityczna, a nie tylko jedna partia. Jego koszt to 712 mln zł. Miał być realizowany z pokaźnym zaangażowaniem środków unijnych (ok. 500 mln zł), jednak ze względu na znaczne opóźnienia w realizacji tego przedsięwzięcia jego koszty w znacznej mierze zostaną pokryte ze środków krajowych.
Pełna operacyjność systemu miała nastąpić w listopadzie 2014 r. W tym czasie resort zdrowia zdążył zorganizować przetarg na obsługę medialną i promocję tego projektu, w tym Internetowych Kont Pacjenta i e-recept. W spotach telewizyjnych finansowanych w ramach tego programu wystąpiła Dorota Wellman. System nie ruszył jednak w listopadzie, a wydatkami na PR zainteresowała się prokuratura. Kolejną datą był lipiec 2015 r., jednak system nadal nie działał, a CSIOZ rozwiązał umowę z głównym wykonawcą, który żądał dziewięciokrotnie większej sumy. Działaniem CSIOZ i usługodawcami zainteresowała się także prokuratura, która prowadzi dwa śledztwa.
W grudniu 2015 r. nowy minister zdrowia Konstanty Radziwiłł podjął decyzję o rozwiązaniu umów z dotychczasowymi usługodawcami i rozpisaniu nowych przetargów. Zrobiono to, informując Komisję Europejską, by nie stracić pieniędzy przeznaczonych na ten program. Planowany był wtedy następujący harmonogram prac: lata 2016–2017 – uzyskanie funkcjonalności elektronicznej recepty wraz z niezbędnymi elementami internetowego konta pacjenta (ma być pod koniec 2017 r.); 2018 r. – uzyskanie funkcjonalności elektronicznego skierowania; 2019 r. – uzyskanie funkcjonalności elektronicznego zlecenia i elektronicznego zwolnienia; 2020 r. – uzyskanie pełnej funkcjonalności hurtowni danych oraz możliwości ich analizy.
D o tej pory jedynym sukcesem było jednak wprowadzenie standardów elektronicznych dokumentów medycznych. A dzisiaj znowu słychać plotki, że nawet te terminy nie będą dotrzymane, co grozi przepadnięciem wszystkich środków europejskich, które były przewidziane na sfinansowanie tego projektu, bo Komisja Europejska może mniej chętnie podejść do kolejnych próśb polskiego rządu. Przez to, że resort zdrowia jest zajęty kilkoma projektami strukturalnymi, choćby siecią szpitali, informatyzacja ochrony zdrowia jest na bocznym torze. Możliwe, że ostateczna porażka tego projektu będzie najlepszą rzeczą, jaka się przytrafi polskiej służbie zdrowia.
Grzechem pierworodnym stworzenia polskich platform e-zdrowotnych była znaczna ambicja przy ograniczonej możliwości przewidywania tego, jak będzie się zmieniać technologia. Po pierwsze, rząd chciał, by platforma służyła do wszystkiego i praktycznie od samego początku gwarantowała pełną funkcjonalność. Tyle że w innych krajach nikt w ten sposób nie tworzy systemów e-zdrowotnych. W Macedonii, Turcji czy Serbii – krajach, które nawet nie są w Unii – tego typu projekty zaczęto budować na podstawie jednej funkcjonalności, a dopiero potem łączyć ją z innymi. MojTermin (mój termin) w Macedonii pozwalał przede wszystkim umówić się na wizytę do lekarza, a jak już powstał system, to dodanie kolejnych funkcjonalności było proste. Polscy rządowi informatycy zamiast tego porwali się z motyką na słońce.
Po drugie, rządowy system wymiany informacji miał być tak naprawdę książką adresową, która umożliwia łączenie się lokalnych baz danych i systemów w placówkach zdrowotnych. W 2005 r. to mogło brzmieć jak dobry pomysł, ale dziś wiemy, że to anachronizm. Takie rozwiązanie oznacza dostosowanie setek systemów i przetwarzanie danych lokalnie. Nikt już nie realizuje projektów w ten sposób. W epoce pracy w chmurze wszystkie dane przenoszone są do centralnych serwerów, a poszczególni użytkownicy mają jedynie interfejs logowania. Nie da się obronić pomysłu realizacji projektu w ten sposób. Żadna sieć marketów nie ma lokalnych baz danych w sklepach, lecz centralne serwery. Krytykowany za informatyzację ZUS pracuje na centralnych bazach danych, a nie na lokalnych, dzięki czemu jego platforma działa.
Systemy e-zdrowia dają oszczędności. Według wyliczeń Polityki Insight dzięki wprowadzeniu systemów e-zdrowotnych państwo mogłoby zaoszczędzić 2–5 proc. środków i przeznaczyć je na inne potrzeby zdrowotne m.in. dzięki oszczędności czasu, papieru itp. Średni próg rentowności to ok. pięć lat. W Polsce po wprowadzeniu takiego systemu udałoby się zaoszczędzić ok. 0,35 proc. PKB z wydatków zdrowotnych, a przy bardziej konserwatywnych założeniach te oszczędności wyniosłyby co najmniej 0,13 proc. PKB. Dlatego opłaca się inwestować w e-zdrowie nie tylko po to, by pacjentom dzięki temu było łatwiej. Przemawia za tym rachunek ekonomiczny.
Warto, by już dziś zarówno minister cyfryzacji, jak i minister zdrowia zastanowili się i ocenili, czy ten system w obecnej formie w ogóle będzie kiedyś działał. Jeżeli nie, to niech rząd zdecyduje się po prostu na stworzenie czegoś nowego, centralnego i tylko z jedną funkcjonalnością, np. e-recept. Takie rozwiązania w innych krajach o zbliżonym poziomie rozwoju wprowadzono nawet w rok. E-zdrowie to dziedzina, w której Polska może się czegoś nauczyć od Turcji czy Macedonii. Warto skorzystać z doświadczeń innych, ponieważ w dziedzinie rozwoju usług e-zdrowotnych Polska jest nie tylko najgorsza w Unii Europejskiej, ale także – obok Albanii – najgorsza w Europie.