Może w Himalaje?

Patent jak ten na San Cristobal jest wykorzystywany na całym świecie, pod różnymi szerokościami geograficznymi. Ostatnio w modzie są Himalaje. A raczej wejście na Mount Everest. Kukuczką właściwie może być każdy. Czomolungma zaczęła odgrywać rolę Giewontu. Na podejściu tworzą się korki. Jednak o ile pielgrzymka do meksykańskiej mekki neostalinistów i maoistów może być po prostu zabawna, o tyle zdobywanie Czomolungmy przez pracowników biur bywa tragiczne.

W maju ubiegłego roku straciło tu życie czterech wspinaczy. I nie zawiniły himalajskie lawiny czy śnieżyce, lecz... korek, w którym utknęło 150 turystów. Mimo wciąż wielkiego niebezpieczeństwa, jakie towarzyszy wyprawie, lokalne władze nie chcą zmarnować żadnej okazji do zarobku na zagranicznych gościach spod znaku off inclusive. Dlatego na potęgę wydają warte kilkadziesiąt tysięcy dolarów pozwolenia na wejście na największą górę świata, nie zważając na przepustowość szlaków.

Turystyka czomolungmowa będzie narastać. Coraz większą popularność zdobywają luksusowe wyprawy, które dla bogaczy organizują miejscowe firmy turystyczne. Pół wieku od pierwszego zdobycia szczytu przez Nowozelandczyka Edmunda Hillary'ego z Szerpą Tenzingiem Norgayem na wierzchołek dotarło kilka tysięcy osób. Jak szacuje AdventureStatistics.org, w latach 2000–2006 na Everest weszło 4,8 tys. osób, z czego połowa była klientami biur turystycznych. W pakiecie za niecałe 100 tys. dol. (zawiera on także pozwolenie lokalnych władz) znajdziemy nie tylko własnych przewodników, lecz także tragarzy, wyżywienie all inclusive wraz z wybornym kalifornijskim winem oraz cieplarnianie warunki w bazach noclegowych. Komercyjna wspinaczka nie może odbyć się bez butli z tlenem. Z zamówieniem pizzy nie ma problemu nawet w Goraksherp na wysokości 5,1 tys. Tam też można skorzystać z internetu (łącze satelitarne), kupić sprzęt wspinaczkowy czy literaturę górską. Wszystko to w asyście Szerpów.

Wiek ani słaba kondycja fizyczna nie stanowią przeszkody w drodze na szczyt. Wiekowym rekordzistą pozostał Nepalczyk Bahadur Sherchan, któremu w 2008 r. do 77. rocznicy urodzin w momencie wchodzenia na szczyt brakowało tylko 16 dni. No dobrze, to miejscowy, ale na szlaku nietrudno spotkać czterdziestoparolatków w kryzysie wieku średniego. Bo gdy zabraknie siły mięśni własnych, do akcji wchodzi siła mięśni Szerpów. I tak wejście na największą górę świata, choć w istocie może być przygodą życia, nie ma już zbyt wiele wspólnego ze zdobywaniem niezdobytego. Ludzi gotowych wydać fortunę za adrenalinę w nietuzinkowych warunkach jest w Himalajach coraz więcej.

Na wojnę!

Podobnie rośnie liczba turystów, którzy odwiedzają kraje objęte wojną. W tym przypadku też chodzi o adrenalinę i o to, czego nie da się poczuć w hotelu na Kanarach. Z jednym z polskich biur podróży można pojechać do Afganistanu. Trasa jest tak obmyślona, aby nie trzeba było zbytnio ryzykować. W grę wchodzi w miarę bezpieczny Kabul, zamieszkana przez skonfliktowanych z talibami Tadżyków – dolina Pandższiru, uzbeckie Mazar-e-Szarif i pasztuński, prorebeliancki Dżalalabad. Koszt dwutygodniowej wyprawy pod Hindukusz to około 20 tys. zł. Znacznie droższa jest Somalia. Ostatnio jednak ofertę wyjazdu do krainy piratów zastąpiła Grenlandia. Biegun Północny staje się bardzo modny.

Miejsc skrojonych pod backpackersów jest mnóstwo. Poczucie autentyczności lub ekstremalności stało się normalnym produktem oferowanym klientom. Tak jak miłośnik Wysp Kanaryjskich spędza czas przy barze albo na basenie, poszukiwacz autentyczności przesiaduje w hostelowych restauracjach z WiFi. Wszystkie dania z tej karty są jednak równie dopracowane, jak te w zamkniętych hotelach.

W knajpie przy Real de Guadalupe wśród obrazów Marksa, Engelsa, i Lenina słychać: „Komunizm jako idea nie jest zły, tylko wykonanie...”, „Stalin przecież wygrał wojnę...”