Wynajem krótkoterminowy, który coraz bardziej doskwiera europejskim miastom, lawinowo rośnie także w stolicy.
Airbnb, platforma online pośrednicząca w wynajmie mieszkań na krótki termin, to duży komfort dla turystów i zmora dla europejskich miast, ich mieszkańców, hotelarzy, a nawet deweloperów.
Z raportu, do którego dotarł DGP, wynika, że jeśli cztery lata temu serwis Airbnb oferował w Warszawie tysiąc mieszkań na wynajem krótkoterminowy, to dziś jest ich 5,5 tys. i nowych ciągle przybywa. Na dodatek usługa wynajmu się profesjonalizuje. W Warszawie dominują oferty „zawodowych” gospodarzy wystawiających cztery lub więcej ofert równocześnie, którzy w czerwcu odpowiadali za 57 proc. wszystkich ofert.
DGP
Reklama
Miasto dostrzega blaski i cienie rosnącej oferty na Airbnb. Jak podkreśla Konrad Klimczak z warszawskiego ratusza, powiększa się baza noclegowa dla turystów, a mieszkańcy mają możliwość dorobienia. Ale miasto nie ma narzędzi prawnych, by rynek wynajmu krótkoterminowego regulować. Nie ma więc możliwości chronienia konkurencyjności sektora hotelowego oraz bezpieczeństwa mieszkańców i turystów.

Reklama
Tak jak w innych miastach, w stolicy wynajem krótkoterminowy koncentruje się w wybranych dzielnicach – dodaje Kristóf Gyódi z DELab na Uniwersytecie Warszawskim, autor badania przeprowadzonego dla warszawskiego ratusza. Dwie trzecie ofert to Wola i Śródmieście, zwłaszcza okolice Pałacu Kultury i Starówki.
Problem nie jest nowy w Europie. Mieszkańcy miast masowo odwiedzanych przez turystów skarżą się na rosnące ceny mieszkań i drenaż popularnych dzielnic. 10 europejskich miast w liście skierowanym do Brukseli zwraca uwagę na problem „uturystycznienia” wielu dzielnic. – Wiele miast cierpi na brak mieszkań. Tam, gdzie lokale mogą być z większym zyskiem wynajmowane turystom, znikają one z tradycyjnego rynku nieruchomości, ceny rosną, a życie obywateli jest utrudnione – apelują Amsterdam, Barcelona, Berlin, Bordeaux, Bruksela, Kraków, Monachium, Paryż, Walencja i Wiedeń.
Miasta żądają nałożenia na Airbnb prawnego obowiązku współpracy z nimi. Włodarze chcą mieć wiedzę o tym, gdzie i na jak długo wynajmowane są lokale. Niektóre miasta próbują na własną rękę to sprawdzać, ale jest to kosztowne. Takie śledztwo przeprowadził jakiś czas temu Amsterdam. I zapłacił za nie 1 mln euro. Tymczasem bez tej wiedzy obostrzenia nakładane przez władze niektórych miast co do liczby dni lub mieszkań przeznaczonych na wynajem krótkoterminowy są nieskuteczne.
W Polsce sytuacja jest jeszcze bardziej skomplikowana. Jak podkreśla Kristóf Gyódi, nasze miasta, nawet gdyby chciały wprowadzić ograniczenia, nie mają takich uprawnień i muszą czekać na rozwiązania na poziomie krajowym. Naturalnym adresatem problemu jest też Bruksela. – KE pokazała, że dobrze sobie radzi z regulowaniem platform online takich jak Uber – mówi Gyódi.
Według najnowszych danych GUS w Polsce działają obecnie 2592 hotele. Dysponują 135 tys. pokojów. A szacuje się, że mieszkań na wynajem, w tym krótkoterminowy, jest ok. 1 mln. Do tego dochodzi drugie tyle działających w szarej strefie. Ten rynek wielokrotnie już przerósł rynek hotelowy, odbierając mu klientów. Dlatego hotelarze apelują o jego uporządkowanie. Bezskutecznie. W zeszłym roku resort sportu i turystyki zapowiedział uregulowanie długości najmu krótkoterminowego do maksymalnie 30 dni. Regulacja miała wprowadzić obowiązek rejestracji lokali na wynajem krótkoterminowy i poddać je kontroli. Jak dotąd projekt nie ujrzał światła dziennego. Resort pytany przez DGP, kiedy to się może stać, nie odpowiedział. Z nieoficjalnych informacji wynika, że jest na to szansa do końca roku.
Z ministerstwa padła też sugestia, by to izby hotelowe spróbowały na własną rękę przejąć kontrolę nad wynajmem krótko terminowym – poprzez zrzeszanie właścicieli takich mieszkań. – Zastanawiamy się nad tym. By jednak tacy właściciele weszli w nasze szeregi, musimy im coś zaproponować, przekonać, że izby będą ich reprezentantem w rządzie, urzędach skarbowych i innych organach administracji – mówi Mariusz Malicki, prezes zarządu Polskiej Izby Hotelarstwa (IGHP).
Izba proponuje rejestrowanie lokali wynajmowanych krótkoterminowo w gminach. Uważa też, że trzeba wskazać progi ilościowe, czyli po jakim czasie najem prywatny powinien się stać działalnością gospodarczą, np. gdy przekracza 30 czy 60 dni w roku.
– Postępu w pracach nie widzimy, lecz mamy kontakt z MSiT i wiemy o propozycjach ministerstwa co do uregulowania tego problemu przez izby gospodarcze. Uważamy, że zjawisko zaczyna coraz bardziej negatywnie oddziaływać na rynek. Cierpią przez niego miasta, wspólnoty mieszkaniowe i przedsiębiorcy – mówi Krzysztof Szadurski, wiceprezes IGHP.
Problem z wynajmem krótkoterminowym dostrzegają też deweloperzy, którzy przyznają, że przekłada się to na sprzedaż nowych mieszkań. Kupujący nie chcą sąsiadować z lokalami, w których codziennie mieszka ktoś inny. Dlatego, nie czekając na interwencję rządu, inwestorzy próbują na własną rękę rozwiązać problem, wydzielając klatki lub piętra z przeznaczeniem na najem krótkoterminowy. – Jeden z wrocławskich deweloperów przyjął już taką praktykę – informuje Przemysław Dziąg, radca prawny Polskiego Związku Firm Deweloperskich.