Drogi budowane przez prywatne firmy są nie tylko droższe od tych, które później powstały już pod kierownictwem rządowej Generalnej Dyrekcji Dróg Krajowych i Autostrad, ale również należą do ekstraklasy najdroższych dróg tego typu na kontynencie.

A możliwość wpływania rządu na zachowanie koncesjonariuszy i próby wyegzekwowania na nich odpowiedzialności np. za tworzenie się korków na bramkach są skazane na niepowodzenie. Umowy koncesyjne dają właśnie prywatnym koncesjonariuszom uprzywilejowaną pozycję w sporach, rozmowach czy negocjacjach ze stroną rządową. Oni właściwie nic nie muszą.

Ile to już razy słyszeliśmy z ust polityków, że niekorzystne dla państwa, a tym samym dla polskich kierowców umowy ze spółkami zarządzającymi autostradami A2 i A4 należy zweryfikować i zmienić tak, by chroniły nie finansowe imperia założycieli, ale najsłabsze puzzle w układance, czyli właścicieli pojazdów. Nic się oczywiście nie zmieniło, bo zmienić się nie może.

Jeszcze przez kilkanaście lat interesy koncesjonariuszy będą reprezentowane bardziej niż wszystkich innych. Skutecznie o to zadbali w latach 90., wykładając pieniądze na budowę dróg, ale i zmuszając państwo do podpisania cyrografu dającego im wszystko, a nam prawie nic. Cudny geszeft dla grupki osób.