Co roku na świecie upada kilka linii lotniczych. Przyczyną bankructwa jest zazwyczaj brak płynności finansowej. LOT płynność finansową tracił już dwa razy, jednak dzięki szczodrości państwa trwa
Gdy w grudniu 2012 r. Skarb Państwa wyłożył na ratowanie PLL LOT 400 mln zł, ekonomista Robert Gwiazdowski podsumował to działanie tak ironicznie celnie, że do tej pory ówczesny minister skarbu Mikołaj Budzanowski musi zgrzytać zębami. Przypomniał PRL-owską anegdotę o Gierku, Breżniewie i wyprawie pierwszego Polaka w kosmos. Już złożenie propozycji przez genseka przyprawiło Gierka o zawał, drugiego doznał, gdy zobaczył rachunek za przyszły lot, a serce stanęło mu po raz trzeci, gdy się dowiedział, że to dopiero pierwsza rata. Sytuacja z LOT-em, zdaniem ekonomisty, przypomina tę z anegdoty: te 400 mln niczego nie załatwia i za dalsze utrzymywanie firmie przyjdzie nam jeszcze nieraz słono zapłacić.
Budzanowski i do dziś odpowiedzialny za LOT wiceminister skarbu Rafał Baniak zapewniali, że spółkę trzeba uchronić przed upadkiem, bo to „przewoźnik narodowy”, który w naszej gospodarce „pełni wyjątkową funkcję”. Premier Donald Tusk zagrzmiał co prawda, że to ostatnie koło ratunkowe, ale zaraz dodał, że te pieniądze mają dać firmie czas na restrukturyzację. Spółka nie tylko więc otrzymała 400 mln zł pożyczki ratunkowej (na początku chciała miliarda złotych), ale na wypadek ponownego osunięcia się w finansową przepaść w pogotowiu są trzymane dla niej kolejne setki milionów.