W ostatnim czasie moje obowiązki polegają nie tylko na wyzłośliwianiu się na papierze, ale również na robieniu z siebie idioty przed kamerą. W związku z tym moja żona postanowiła znaleźć siedem sekund wolnego czasu pomiędzy uczeniem, karmieniem, ubieraniem, zabawianiem i wychowywaniem dzieci, aby zająć się moją karierą w tzw. soszjal midjach.
Reklama
Dziennik Gazeta Prawna
W tym celu kazała mi założyć konto na TikToku. Jeśli zastanawiacie się, czym jest TikTok, to wyjaśniam – to współczesna wersja trzepaka, klatki schodowej i ławki przed blokiem. Nastolatkowie spotykają się tutaj i robią to, co my za młodu: zabijają czas głupotami. Z tą różnicą, że my staraliśmy się, by nie przyłapał nas na tym sąsiad, oni pragną pokazać się całemu światu. To, co my chcieliśmy ukryć przed dorosłymi, dla współczesnej młodzieży jest rodzajem nominacji do Oscara w kategorii „najbardziej debilna rola pierwszoplanowa”.
By jeszcze bardziej uzmysłowić wam skalę tego nieporozumienia, odważę się porównać całą sytuację do nagrywania figli w sypialni. My 20 lat temu zrobilibyśmy to, obejrzelibyśmy zarumienieni, po czym schowali kasetę w sejfie. Natomiast współcześnie zaraz po wydaniu z siebie ostatniego „och”, „ach” i „nareszcie”, naturalnym odruchem jest przesłanie nagrania do Polsatu i czekanie z niecierpliwością, aż puszczą je między wieczornymi „Wydarzeniami” a „Światem według Kiepskich”.
50 proc. tiktokowych produkcji polega na wyginaniu różnych części ciała w rytm muzyki, która na normalną dorosłą osobę ma mniej więcej taki wpływ, jak granat na poduszkę – po pięciu sekundach zamienia wasz mózg w pierze. Sporą część tych tańców wykonują glonojady przebrane za dziewczyny – tak przynajmniej wnioskuję po rozmiarze ust. Kolejne 30 proc. to żarty w stylu „skończyła mi się wódka, stara zap******aj do sklepu po nową”, albo „Co ty k***a robisz pi*******y debilu, po*****o cię?”. 10 proc. produkcji polega na podkładaniu głosu Mariolki z Kabaretu Paranienormalni, 5 proc. całego serwisu zajął Robert Lewandowski, a ostatnie 5 proc. to produkcje, które nazwać mogę wartościowymi. Bo pokazują pasje i często zaskakujące umiejętności ludzi. Ale to naprawdę tylko 5 proc.
Pytanie, co ja miałbym pokazywać na TikToku? Postanowiłem, że oderwę młodzież od alkoholu, dziwnej muzyki, bluzgów i głupich żartów, demonstrując, że można świetnie się bawić za kierownicą samochodu. No dobra, tak naprawdę to egoistycznie założyłem, że spróbuję sobie wychować przyszłych widzów i czytelników. Wrzuciłem filmik, na którym startuję 625-konnym BMW M8, zostawiając za sobą tyle gęstego dymu z opon, że spokojnie mógłbym się ubiegać o tytuł honorowego obywatela Krakowa. I wiecie, co się wydarzyło? Otrzymałem wiadomość od TikToka, że film nie zostanie opublikowany, ponieważ „narusza zasady społeczności”. To nie żart. To samo stało się, kiedy chciałem wrzucić materiał pokazujący, jak człowiek może dobrze się bawić, jeżdżąc bokami po torze. Komunikat był identyczny: „Opanuj się chłopie, bo próbujesz wejść w butach do meczetu, w dodatku jedząc schabowego”. Mówiąc krótko, nie można na TikToku pokazywać palenia gumy i driftu, bo to narusza zasady społeczności, za to „żart” polegający na tym, że wciska się banana w usta swojej śpiącej dziewczyny, to objaw geniuszu i zasługuje na miejsce w „Top 10”.
Poddałem się i od niechcenia wrzuciłem filmik, na którym samochód Porsche Taycan Turbo S zjeżdża z lawety, która dostarczyła go pod mój dom. Spodziewałem się, że lawety też nie można pokazywać na TikToku, bo przecież nie tańczy i nikogo nie obraża, ale o dziwo filmik przeszedł. I wiecie, co wydarzyło się dalej? Do tej pory obejrzało go ponad 33 tys. osób, a licznik wciąż bije. Zachęcony wrzuciłem więc kilkusekundowe wideo z przyspieszenia, co wydawało mi się murowanym bestsellerem, zważywszy na fakt, że Taycan robi setkę w 2,8 sekundy. Ale ta produkcja ma do dziś dziesięciokrotnie mniejszą widownię. Innymi słowy, ludzie z TikToka jarają się porsche na lawecie i mają gdzieś, jak ono jeździ. To trochę tak, jakbyście woleli popatrzeć sobie na kopię George’a Clooneya stojącą w muzeum figur woskowych niż iść na randkę z oryginałem.
Dziwne to, zważywszy, że Taycan to przecież pierwszy wóz Porsche stworzony z myślą o nowym pokoleniu. Bardziej wrażliwym i świadomym ekologicznie, segregującym śmieci, instalującym panele słoneczne, żeby czerpać darmową energię ze słońca, troszczącym się o emisję dwutlenku węgla i pikietującym na ulicach za każdym razem, gdy umiera jakaś foka grenlandzka. Bo Taycan jest elektryczny. Nie hałasuje, nie ma rur wydechowych, nie smrodzi, nie topi lodowców. Tylko, czy w takim razie możemy nazwać go prawdziwym porsche?
Zacznijmy od tego, że wielu fanów marki wytyka Niemcom, że dorzucili do nazwy najwyższej wersji auta znaczek „Turbo S”, choć tu nie ma żadnej turbosprężarki. Ale ja to rozumiem. Dzisiaj kotlety z soczewicy też nazywa się kotletami, choć kotletami nie są. To tylko nomenklatura. Ważniejsze jest to, co kryje się pod spodem. A mamy tutaj dwa motory elektryczne generujące łącznie 761 koni i monstrualne 1050 Nm (w trybie overboost). Efekt od 0 do 100 już znacie, to poznajcie teraz taki do 200 km/h – do tej prędkości auto przyspiesza w 9,6 sekundy. A po kolejnych 8 sekundach jedziecie już 250. A to wszystko w ciszy i bez żadnych zmian biegów, co sprawia, że subiektywnie przeciążenia są odczuwalne jeszcze bardziej. Wbijałem but w podłogę i czułem, jak prostują mi się zmarszczki na twarzy, żołądek przykleja się do kręgosłupa i wypadają ostatnie cebulki włosowe.
Na odrębny akapit zasługuje to, jak Taycan się prowadzi. Silniki i akumulatory o pojemności 93 kWh umieszczono w podłodze, dzięki czemu mamy niski środek ciężkości i rozkład mas 49:51. W efekcie w każdy zakręt możecie wjeżdżać z tak irracjonalną prędkością, że odruchowo zaczynacie nucić pod nosem „U drzwi Twoich stoję Panie”. Taycan trzyma się drogi lepiej niż guma do żucia włosów.
Czy ma wady? Jakieś na pewno. Gdzieś czytałem, że jest mało miejsca na tylnej kanapie, że realny zasięg to maksymalnie 300 km. I jeszcze, że nie do końca wszystkim pasują te ekrany dotykowe. Ale ja na żadną z tych rzeczy nie zwróciłem uwagi. Po prostu byłem zafascynowany tym, jak za jednym zamachem porsche wprowadziło segment samochodów sportowych na zupełnie nowy, nieznany dotąd poziom. Powiecie, że tesla była pierwsza. Być może, ale problem polega na tym, że porsche przekonuje do siebie również jakością, podczas gdy tesla jest motoryzacyjnym odpowiednikiem TikToka – tandetą posypaną brokatem. A teraz wybaczcie, idę do łazienki uczyć się przed lustrem choreografii Siren Beat.