My tu gadu-gadu o wyborach, Senacie, Banasiu i nowym-starym rządzie, a tymczasem do wydarzeń, które naprawdę mogą mieć poważny wpływ na nasze codzienne życie, dochodzi w Hiszpanii. A konkretnie w Barcelonie, gdzie kobiety wywalczyły sobie prawo do pływania topless na publicznych basenach. W dyskusji z urzędem miejskim użyły zmyślnego i prekursorskiego argumentu – skoro faceci mogą, to one też chcą! Pozwólcie, że skomentuję to po swojemu: jeszcze nikt nigdy nie zrobił dla mężczyzn tak dużo jak hiszpańskie feministki. W imieniu całej brzydszej połowy świata – dziękuję drogie Panie!
Reklama
Dziennik Gazeta Prawna
Właśnie zarezerwowałem sobie bilet lotniczy do stolicy Katalonii. Niemniej w przyszłości, gdy najdzie mnie ochota popływać, wolałbym po prostu wsiąść w tramwaj i podjechać na Warszawiankę, a nie za każdym razem fatygować się na lotnisko. Trochę głupio mówić w domu, że wychodzi się na basen w poniedziałek i wracać z niego w środę. Tłumaczenie pt. „Przepraszam kochanie, przysnęło mi się w saunie” brzmi w tej sytuacji mało wiarygodnie.
Żarty żartami, ale zawsze, gdy czytam podobną informację, zaczynam się zastanawiać, w którym miejscu leży granica pomiędzy faktyczną walką z dyskryminacją płciową a byciem żałosnym. I czy już ją przekroczyliśmy. Znam na przykład paru facetów, którzy za pomocą hamburgerów i coli wyhodowali sobie takie gruczoły piersiowe, że powinni regularnie chodzić na mammografię. Ale nie mogą, bo nie chce ich przyjąć żadna przychodnia. Osobiście znam też kobietę, która podczas dyskusji na tematy damsko-męskie zawsze wyraża oburzenie faktem, że jeszcze nikt nie opracował i nie upowszechnił pisuaru dla dam – żeby nie musiały siadać. To nie żart. A ona zawsze jest trzeźwa. Skoro zaś przy trzeźwości jesteśmy, to dlaczego w reklamach piwa zawsze występują faceci? I czemu jednocześnie musi pojawić się w nich jakiś motyw piłkarski? Jestem za tym, żeby jasne pełne reklamowały również kobiety. I przy okazji promowały np. gimnastykę. Oczywiście topless. No i dlaczego ja mogę wchodzić z moją łysiną na basen bez czepka, ale moja córka z włosami już musi w czepku? Przecież to mnie dyskryminuje! Żądam, żeby ratownik mnie też kazał wracać do szatni po czepek! Swoją drogą, kiedyś na jednej z pływalni natknąłem się na tabliczkę „Wstęp na basen wyłącznie w czepkach”. No więc dumny z siebie wszedłem tam wyłącznie w czepku. A potem przyjechała policja… Gdzie tu sens? Gdzie logika?
Obawiam się, że kiedyś będziemy już tak równouprawnieni, że kobiety przestaną depilować sobie łydki, każą mężczyznom rodzić dzieci, a same zajmą się układaniem kostki brukowej i prowadzeniem kombajnów. Z kolei faceci zaczną masowo sprawdzać się w roli przedszkolanek, depilować sobie łydki i prowadzić fiaty 500 w kolorze lodów pistacjowych. A skoro już doszliśmy do samochodów to…
Jeździłem niedawno elektrycznym audi e-tron i z ręką na sercu mogę wam przysiąc, że w całym swoim życiu nie prowadziłem niczego bardziej emocjonującego. Tyle że nie chodzi tu wcale o emocje związane np. z przyspieszeniem czy jazdą po zakrętach. Znacie to uczucie, kiedy wskazówka paliwomierza pokazuje głęboką rezerwę, a wy nie wiecie, jak daleko jest do najbliższej stacji? No więc ja jechałem tak przez 300 km. Bo e-tron to elektryk. Już na starcie nawigacja pokazywała, że do celu mam dokładnie 296 km, a komputer pokładowy wyświetlał 285 km zasięgu. Z kolei specjalna aplikacja jasno dawała do zrozumienia, że po drodze nie mam ani jednego punktu ładowania baterii. Przez cztery godziny stresowałem się jak przed maturą, gdy modliłem się, by było coś z „Lalki” Prusa (jedyna lektura szkolna, jaką przeczytałem). Wtedy mi się udało i teraz też – dojechałem do celu z zapasem 25 km. Podłączyłem audi do zwykłego gniazdka z prądem i pokazało, że będzie gotowe do drogi za… 41 godzin. Nie żartuję. Tyle trwa naładowanie do pełna e-trona z gniazdka 230 V. Może się zatem zdarzyć, że wpadniecie do teściowej tylko na herbatkę, a będziecie musieli zostać dwa dni.
Na szczęście następnego dnia przepiąłem pierwsze seryjne elektryczne audi do „siły” i cała bateria naładowała się w dziewięć godzin. A to już niezły wynik. Natomiast wracając, zajechałem celowo do Częstochowy, gdzie na jednej ze stacji zamontowano szybką ładowarkę o mocy 100 kW. Podłączyłem auto, wszedłem po kawę i hot doga, wyszedłem i… po niespełna 10 minutach doładowałem się energią wystarczającą do przejechania 80 km. A 80 km w 10 minut to świetny rezultat. Dorzućmy do tego fakt, że już pojawiają się ładowarki o mocy 200 kW, a dojdziemy do punktu, w którym półgodzinne ładowanie wystarczy do przejechania ca 400 km!
Po co opisuję wam to wszystko tak dokładnie? Żebyście zdali sobie sprawę, że problem związany z autami elektrycznymi nie leży w nich samych, tylko w infrastrukturze do ich ładowania. Bo one same w sobie są fantastyczne. Po pierwsze: dają ogromną swobodę w projektowaniu, co widać doskonale po wnętrzu e-trona. Choć ma dwa silniki (125 kW na przedniej osi i 140 kW na tylnej), to podłoga jest całkowicie płaska, a miejsca na tylnej kanapie więcej niż w znacznie potężniejszym audi Q7. Do tego dochodzi cisza, jak w kościelnym konfesjonale – możecie tylko szeptać, a i tak usłyszy was głucha babcia siedząca w ławce oddalonej o 20 metrów. Ale najwspanialszą rzeczą i tak jest to, jak e-tron jeździ.
Producent twierdzi, że setkę robi w 5,7 sekundy, ale w rzeczywistości trwa to nie więcej niż klaśnięcie w dłonie. To dlatego, że moment obrotowy jest tu dostępny zawsze, wszędzie i w takiej samej ilości – mocne wciśnięcie pedału gazu jest odczuwalne mniej więcej w taki sam sposób, jak cios kijem golfowym w nerki. Dołóżcie do tego napęd na cztery koła rozdzielany całkowicie niezależnie na obie osie, niski środek ciężkości (baterie umieszczono w podłodze, silniki elektryczne są kompaktowe) i idealnie rozłożoną masę, a otrzymacie SUV-a, który nie jeździ jak SUV tylko hot-hatch. Trzyma się drogi jak plastelina dywanu, a zakręty tnie precyzyjnie jak chirurg ślepą kiszkę. I robi to wszystko jakby od niechcenia, jakby chciał zapytać: „I co? Nie stać cię na więcej?”. Natomiast cała reszta tego samochodu to po prostu audi, jakie znamy z innych modeli – porządnie wykonane, ze świetnymi multimediami, komfortowe. Niech was tylko ręka boska broni zamawiać je z kamerami zamiast lusterek bocznych – to rozwiązanie równie praktyczne, jak krojenie schabowego łyżką.
Przyznaję, kiedyś byłem przeciwnikiem elektrycznych wozów – miały mizerne zasięgi, były małe, kiepsko wykonane i nadawały się najwyżej do jazdy po mieście. Dzisiaj prezentują zupełnie inny poziom. Pomijając kwestie zasięgu i ładowania, są lepsze od klasycznych benzyniaków czy diesli absolutnie we wszystkim. A każdy, kto twierdzi, że „to nie są samochody dla prawdziwych kierowców”, równie dobrze mógłby powiedzieć o basenie, w którym można pływać topless, że „to nie jest basen dla prawdziwych pływaków”. Być może. Ale za to jest na nim zdecydowanie przyjemniej.