Prace komplikują nieoczekiwane przeszkody na trasach, a także gwałtownie rosnące ceny w przetargach.

Spółka PKP Polskie Linie Kolejowe w ostatnim czasie zmieniła podejście do remontów torów. By nie ślimaczyły się jak dawniej, zdecydowano, że zamiast prowadzić prace „pod ruchem”, na czas robót zamykane będą długie odcinki linii. To dla pasażerów bardzo uciążliwe rozwiązanie, ale dzięki niemu czas remontu miał być znacznie krótszy. Problem w tym, że kolejne modernizacje łapią opóźnienie. Tak jest na przykład w przypadku jednej z najbardziej obciążonych linii w Polsce – podmiejskiej trasy z Warszawy do Grodziska Mazowieckiego, z której codziennie korzystało 60 tys. pasażerów. Pociągi miały tam wrócić na początku września tego roku, po 12 miesiącach od zamknięcia trasy. Wykonawca prac, firma Intercor, właśnie zapowiedział, że chce wydłużyć prace prawie o dwa miesiące – do 20 października. Powodem opóźnień miały być „niezidentyfikowane wcześniej kolizje w ponad stu miejscach z sieciami wodnymi, energetycznymi, komunikacyjnymi”. Stojący w ogromnych korkach w drodze do stolicy mieszkańcy narzekają jednak, że prace przy tym remoncie toczą się niemrawo. Po godz. 15 w dni powszednie i przez całe weekendy na budowie zwykle nie widać robotników. – Wykonawca został zobowiązany do intensyfikacji prac, również w czasie weekendów. Ze względu na kluczowy charakter inwestycji PLK prowadzi stały monitoring robót – zapewnia Mirosław Siemieniec, rzecznik spółki PKP PLK. Zaznacza, że w połowie lipca będzie można określić, kiedy na tory do Grodziska wrócą pociągi.

Znacznie większe, niemal półroczne opóźnienie ma przebudowa linii obwodowej w stolicy – między Dworcem Gdańskim i Zachodnim. Prace miały się zakończyć w marcu, a teraz mówi się o sierpniu. Według kolejarzy w tym przypadku do poślizgu doszło głównie przez bunkry z II wojny światowej, o których zachowanie walczyli miłośnicy zabytków.