Jest w zasadzie przesądzone, że gminy będą mogły dawać spółkom komunalnym zlecenia z wolnej ręki. Trwa walka o poprawki, które mają złagodzić skutki tej zmiany.
Sejmowa podkomisja zakończyła prace nad rządowym projektem nowelizacji przepisów o zamówieniach publicznych. Największe emocje wzbudził przepis dotyczący tzw. zamówień in-house. Pozwoli on administracji zawierać z wolnej ręki umowy z własnymi spółkami. W pierwszym rzędzie dotknie to branżę gospodarki odpadami, gdyż tam, gdzie miasto czy gmina ma swoją firmę, przetargi po prostu przestaną być organizowane.
Przedstawiciele prywatnych spółek mówili wręcz o zabijaniu przedsiębiorców, alarmując, że pracę straci co najmniej kilkanaście tysięcy pracowników.
Reklama
– Wygląda na to, że rząd Beaty Szydło zamierza wdrażać program promocji polskiej przedsiębiorczości na trupach polskich przedsiębiorców – ocenia Witold Zińczuk, przewodniczący rady programowej Związku Pracodawców Gospodarki Odpadami.
Co jeszcze zmieni się w przepisach / Dziennik Gazeta Prawna

Reklama
Rządowej propozycji bronili samorządowcy. Jaki sens powoływać własną spółkę, która nie może realizować zadań, bo przetarg wygrała prywatna firma – pytali. Odrzucali też zarzuty o to, że publiczny monopol doprowadzi do wzrostu cen.
– Nie możemy zakładać nieracjonalności samorządowców i tego, że będą niszczyć prywatną przedsiębiorczość. Trzeba mieć odrobinę zaufania – przekonywał Marek Wójcik ze Związku Powiatów Polskich.
Adwersarze wskazywali zaś na raporty NIK, która negatywnie oceniła wykonywanie zadań przez spółki komunalne.
Choć dyskusja skupiała się na branży śmieciowej i samorządach, to przepisy dopuszczą in-house także na poziomie administracji centralnej.
– Można sobie wyobrazić, że Generalna Dyrekcja Dróg Krajowych i Autostrad powoła własną spółkę i zacznie tylko jej zlecać budowę autostrad. Przykład może wydawać się przerysowany, ale pod względem przepisów jak najbardziej dopuszczalny – zauważył podczas dyskusji zorganizowanej w Sejmie przez Federację Przedsiębiorców Polskich Łukasz Bernatowicz, radca prawny i ekspert BCC.
Dyrektywa nie nakazuje
Nowelizacja spowodowana jest koniecznością wdrożenia unijnych dyrektyw zamówieniowych. Dają one co prawda możliwość wprowadzenia zamówień in-house, ale do tego nie obligują. Dlatego też przewodnicząca podkomisji Maria Janyska (PO) apelowała, by dyskusję nad tym rozwiązaniem prowadzić podczas prac na zmianą całego systemu zamówień publicznych, które już są planowane. Posłowie .Nowoczesnej i Kukiz’15 złożyli najdalej idącą poprawkę dotyczącą skreślenia tego przepisu. Została ona jednak odrzucona głosami posłów PiS.
Przyjęto natomiast autopoprawkę rządową, która przy zamówieniach in-house zakazuje zlecania podwykonawstwa. Bez tego zapisu spółki komunalne mogłyby otrzymywać zlecenia z wolnej ręki, a następnie przekazywać ich realizację prywatnym firmom, co prowadziłoby do oczywistego obejścia przetargów.
Klub PO nie zgłosił poprawek, ale zapowiada, że zrobi to na najbliższym posiedzeniu komisji gospodarki i rozwoju. Zaproponuje wprowadzenie dodatkowych warunków, które ograniczyłyby możliwość stosowania in-house.
– Chcielibyśmy, by było to dopuszczalne tylko tam, gdzie nie zachwieje konkurencji. Jeśli na rynku lokalnym taka konkurencja istnieje, zamówienia in-house nie byłyby udzielane z wolnej ręki – mówi posłanka Maria Janyska.
Zaproponuje ona również dodatkowe obostrzenia, jak choćby zakaz posługiwania się cudzym potencjałem i konieczność analizy efektywności. Spółki komunalne mogą być bowiem dokapitalizowywane, a wówczas mogłoby się okazać, że cena wskazana w umowie w rzeczywistości nie pokrywa wszystkich kosztów. Jako alternatywna ma też zostać zgłoszona poprawka wydłużająca vacatio legis przepisów o zamówieniach in-house do stycznia 2018 r.
Komisja gospodarki i rozwoju będzie obradować w najbliższy wtorek, gdy pod oknami Sejmu odbywać się będzie manifestacja branży gospodarki odpadami. Przedstawiciele tych przedsiębiorstw zapowiadają, że jeśli ich racje nie zostaną wzięte pod uwagę, rozbiją miasteczko protestacyjne. Poprawka zapowiadana przez klub Platformy Obywatelskiej spełniałaby ich oczekiwania.
– Tak naprawdę chodzi o to, by model in-house był zgodny ze standardami wypracowanymi w Unii Europejskiej. Powinien więc być dopuszczalny wtedy, gdy na danym rynku nie ma stałej podaży usług lub też podaż ta ma charakter patologiczny, np. ze względu na zmowy cenowe – mówi Witold Zińczuk.
Jednocześnie stwierdza jednak, że samo wydłużenie vacatio legis nic nie da.
– Jeśli rząd postanawia wygasić prywatną działalność w określonych branżach, to niech da nam co najmniej 10 lat – przekonuje.
Porządek w dokumentach
Poprawek dotyczących innych kwestii przyjęto mnóstwo (samo Ministerstwo Rozwoju zgłosiło ich 54), jednak większość ma charakter doprecyzowujący lub legislacyjny. Uczestników rynku zamówień publicznych najbardziej cieszy doprecyzowanie zasad dotyczących jednolitego europejskiego dokumentu zamówienia. To swego rodzaju oświadczenie wykonawcy, które na etapie składania ofert zastąpi stertę dokumentów dziś składanych na potwierdzenie spełniania warunków przetargowych. Te będą składane jedyne przez zwycięzcę przetargu.
Dotychczas nie było jednak wiadomo, na który dzień miały być aktualnie składane dokumenty. Czy na dzień składania jednolitego europejskiego dokumentu zamówienia (wcześniej), czy składania samych dokumentów (później)? Przyjęta przez podkomisję autopoprawka rządowa jasno określa, że chodzi o ten drugi wariant. Dodatkowo dopisano, że zamawiający musi dać wykonawcom co najmniej 10 dni na przedstawienie dokumentów.
– To zmiana nie tylko korzystna, lecz wręcz niezbędna. Wykonawcy, przynajmniej na etapie oceny ofert, nie będą żyli w niepewności, na kiedy powinny być aktualne ich dokumenty, a minimalny dziesięciodniowy termin da im szanse na ich zebranie – ocenia Wojciech Hartung, ekspert z kancelarii DZP.
Etap legislacyjny
Projekt po pracach w podkomisji