Coraz więcej samorządów tworzy budżety partycypacyjne. To bardzo dobra inicjatywa. W skrócie polega na tym, że część pieniędzy przeznaczanych na rozwój gminy nie jest wydawana zgodnie z wolą urzędników, lecz na podstawie pomysłów mieszkańców. Zgłaszają oni swoje idee, a potem ogół obywateli głosuje. Projekty, które uzyskają największe poparcie, są realizowane.
Tyle że każdy projekt musi przejść kontrolę merytoryczną przeprowadzaną przez urzędników. I to jest etap zdecydowanie najciekawszy, a bez wątpienia – najzabawniejszy. Właśnie na tym etapie jest teraz budżet partycypacyjny w Warszawie. Odbywają się spotkania projektodawców z urzędnikami, na których ci ostatni sugerują ostatnie szlify w projekcie, tak by dany projekt przeszedł etap kontroli merytorycznej. I na jedno z takich spotkań poszedłem.
Pewien pan zaproponował, aby w jednym z warszawskich lasów odbywała się nauka nordic walkingu. W tym celu należy zakupić kijki oraz opłacić instruktora. Pomysł, wydawałoby się, niekontrowersyjny. Nic z tego! Głos zabiera urzędniczka: „A bo wie pan, te kije to pokradną szybko. Szkoda pieniędzy”. Jej koleżanka znalazła więc salomonowe rozwiązanie: „A może po prostu zrobić by tę naukę nordic walkingu na sucho, bez kijków?”.