Ochrona polskiej ziemi i zabezpieczenie interesów rolników – takie cele miały przyświecać rządzącym przy pracy nad dwoma aktami prawnymi: tzw. ustawą o ziemi rolnej, która wprowadza obostrzenia, kto i ile może jej kupić, a także rozporządzeniem ministra sprawiedliwości określającym przedmioty należące do rolników i niepodlegające egzekucji. Dziś coraz częściej mówi się, że regulacje te zabetonowały rynek nieruchomości rolnych i uderzyły w cały agrobiznes. Włącznie z finansującym go sektorem bankowym. Eksperci dyskutowali na ten temat w DGP.
Reklama
W założeniu chodziło o to, by nie powtórzyła się sytuacja, jaka stała się udziałem zadłużonego rolnika z Mławy, któremu komornik zabrał ciągnik będący głównym źródłem jego dochodu. Okazuje się, że nowe przepisy zadziałały jak miecz obosieczny, który ogranicza patologie, ale również odcina rolników od finansowania bankowego, bo skrócenie listy przedmiotów do zajęcia ograniczyło możliwość przedstawienia twardego zabezpieczenia kredytowego w banku. Jak ocenić te regulacje? Na ile są one potrzebne? A może próbując reformować system, wylano dziecko z kąpielą?
Bartosz Urbaniak, szef bankowości Agro w BNP Paribas na Europę Środkowo-Wschodnią i Afrykę / Dziennik Gazeta Prawna
BARTOSZ URBANIAK: Egzekucja majątku to ostateczność, która może dotyczy tylko 1–2 proc. rolników mających problemy z obsługą zadłużenia. A gdy weźmiemy pod uwagę, że po wsparcie banku statystycznie sięga co drugi polski rolnik, to okaże się, że nierzetelnych kredytobiorców jest od 0,5 do 1 proc. spośród wszystkich pracujących w agrobiznesie. Czy więc warto wprowadzać regulacje, które rzutują na cały ten sektor? We wspomnianym przypadku zawinił komornik, bo źle przeprowadził egzekucję. Przewrotnie okazuje się jednak, że nie ma to już teraz żadnego znaczenia, bo z konsekwencjami wprowadzonych zmian wcale nie muszą mierzyć się komornicy, tylko właśnie rolnicy. Co gorsza, wytoczone przeciwko nim legislacyjne działo utrudnia funkcjonowanie wszystkim, nie tylko tym, którzy nie wywiązali się z terminów spłat albo uchylali się od zobowiązań.
Jerzy Bańka, wiceprezes Związku Banków Polskich / Dziennik Gazeta Prawna
JERZY BAŃKA: Niestety, ten jeden słynny na całą Polskę incydent wystarczył, by ustawodawca zdecydował się na radykalną zmianę prawa, która uderzyła w absolutną większość potencjalnych klientów banków. Wszystko to dla spełnienia postulatów wąskiej i populistycznej grupy nierzetelnych dłużników. Bo rzeczywiście, mówimy tutaj o absolutnej mniejszości. Rolnicy są zasadniczo grupą solidnych kredytobiorców, którzy w przeważającej większości płacą w terminie. Poziom nieregularnych spłat wynosi od 1 do 1,5 proc. i to dotyczy wszystkich zobowiązań w grupie rolniczej, nawet tych konsumenckich. Tak daleko idących zmian dla całego sektora gospodarki dokonano natomiast zupełnie bezrefleksyjnie. Na nasze wnioski i apele, że regulacje przyniosą fatalne skutki, słyszeliśmy tylko jedną odpowiedź: że strona społeczna się tego domagała. Okazało się, że jej reprezentantami na sali sejmowej w trakcie posiedzenia komisji byli wyłącznie dłużnicy.
Czy rzeczywiście możemy jednak mówić o pojedynczym przypadku? Może skala problemu wcale nie była mała, tylko brakowało medialnego rozgłosu?
Wiktor Szmulewicz, prezes Krajowej Rady Izb Rolniczych / Dziennik Gazeta Prawna
WIKTOR SZMULEWICZ: Zgadzam się z przedmówcami, że problem, jeśli chodzi o skalę, nie jest duży, a ściągalność zadłużeń rzeczywiście jest dobra. Myślę jednak, że przepisy te były próbą odpowiedzi na problemy finansowe, które dotykają rolników nie z ich własnej winy. Często bowiem opóźnienia w spłacie zobowiązań są pokłosiem czynników zewnętrznych, chociażby zmian klimatycznych i powstałych na ich skutek strat w zbiorach. Wydaje mi się, że przykład rolnika z Mławy wpisywał się właśnie w ten obraz człowieka poszkodowanego w wyniku niefortunnego zbiegu okoliczności, a takie przypadki zawsze zdobywają poklask. Dlatego też wprowadzono takie regulacje.
Przyjmijmy więc, że patologie, które te nowe regulacje miały ukrócić, rzeczywiście dotyczyły marginalnego odsetka rolników. Lekarstwo na tę chorobę aplikuje się jednak już dużo szerszemu gronu. I, jak państwo przekonują, zupełnie niepotrzebnie. Dlaczego ta sytuacja tak bardzo rzutuje na sytuację banków?
Konrad Płochocki, dyrektor generalny Polskiego Związku Firm Deweloperskich / Dziennik Gazeta Prawna
KONRAD PŁOCHOCKI: Przepisy ograniczyły możliwość egzekucji z niektórych przedmiotów, nawet w przypadku już zawartych umów. Trzeba tu wyraźnie podkreślić, że jakiekolwiek ograniczanie możliwości prowadzenia egzekucji ostatecznie uderza w tych, którzy chcą brać kredyty w przyszłości. Nowe osoby po prostu mają utrudnione zaciąganie kredytu. Każde naruszenie systemu zabezpieczeń rzeczowych, zarówno zastawów rejestrowych czy hipotek prowadzi do tego, że cierpią na tym nie tylko rolnicy objęci tym rozporządzeniem, ale ogólnie wszyscy potencjalni kredytobiorcy. Banki, którym zmienia się zasady gry w jej trakcie, nabierają nieufności do stabilności prawa i oczekują wyższej premii za ryzyko. A tą zawsze ostatecznie płacą klienci. Bank musi dbać o powierzone przez innych klientów pieniądze i naturalnie poszukuje zabezpieczeń w majątku, który mógłby zostać sprzedany w przypadku braku spłaty długu. Ograniczanie możliwości skutecznych, a więc egzekwowalnych zabezpieczeń, skutkuje i mniejszą ilością nowych kredytów i ich droższą ceną.
BARTOSZ URBANIAK: Ta sytuacja przede wszystkim utrudnia ustanowienie zabezpieczeń oraz zmniejsza prawdopodobieństwo ich skutecznej egzekucji. Pamiętajmy, że finansowaniem rolnictwa zajmują się głównie banki spółdzielcze i Bank BGŻ BNP Paribas. Po wprowadzeniu ustawy i rozporządzenia nasza akcja kredytowa rośnie 3–4 proc. rocznie, czyli w naturalnym tempie, biorąc pod uwagę wzrost gospodarczy Polski. W praktyce poza nami de facto nie ma rynku. Trudno się więc dziwić, że presja konkurencyjna na rynku o rolnika zmalała. Z punktu widzenia lidera w finansowaniu rolników, oba te akty mogą teoretycznie funkcjonować jeszcze długo. Ale stracą na nich najsłabsi rolnicy. Uważam, że nie tędy droga.
Z drugiej strony, mimo utyskiwań banków, te wciąż kierują swoją ofertę do rolników. Może więc sytuacja jednych i drugich nie jest wcale – mimo obostrzeń wprowadzonych przez rozporządzenie i ustawę o handlu ziemią – tak trudna?
JERZY BAŃKA: Jeżeli mówimy o klientach, wobec których banki będą pewne, że są oni w stanie spłacić zadłużenie, to z nimi problemów nie będzie. Jednak takich jest bardzo mało. Zmiana uderzyła w większość. Wielu po prostu nie uzyska dofinansowania.
BARTOSZ URBANIAK: Rolnicy, którzy dopiero wchodzą na rynek, mają poważny problem, jeśli chodzi o dostęp do finansowania. Klient, który wcześniej korzystał z naszych usług, mógł dostać zabezpieczony kredyt na bardzo dobrych warunkach. Inni rolnicy, widząc, jak szybko dzięki wsparciu banku rośnie jego gospodarstwo, również mogą chcieć skorzystać z pomocy banku. Ale oni już kredytu albo nie dostaną wcale, albo też otrzymają trzy–cztery razy droższy, bo bez zabezpieczeń.
WIKTOR SZMULEWICZ: Sytuacja jest jeszcze bardziej skomplikowana, gdy uwzględnimy dofinansowania unijne, po które rolnicy często i chętnie w poprzednich latach sięgali. I później oddawali maszyny, na które otrzymali wsparcie pod zastaw banku, ubiegając się o kredyt. Niestety zdarzało się, że – przez ok. 10-letni okres kredytowania – popadali oni w tarapaty finansowe z powodu chociażby gorszej koniunktury na rynku i mieli kłopot ze spłatą zobowiązań wobec banku. Jednocześnie nie mogli przez pięć lat sprzedać tej maszyny, którą udało im się zdobyć dzięki funduszom, bo w świetle prawa musieliby zwrócić przyznane im środki. Takie sytuacje również się zdarzały.
BARTOSZ URBANIAK: To bardzo dobry przykład. Bankowcy wiedzieli, że może pojawić się taka sytuacja i proponowali inne zabezpieczenia. W rezultacie rolnik mógł zwolnić np. ciągnik, a my robiliśmy egzekucję z innego składnika jego majątku.
W jakim kierunku powinny więc iść zmiany? Gdzie należałoby postawić granicę między zabezpieczeniem interesów rolników i wyłączeniem części składników ich majątku spod egzekucji a zapewnieniem stabilnej sytuacji banków?
KONRAD PŁOCHOCKI: Wydaje się, że niezbędna jest niewzruszalność zabezpieczeń rzeczowych. Na tym stoi system finansowania i jeśli on zostanie zachwiany, konsument będzie płacił więcej. Jeśli chcemy pomóc określonym grupom, w tym przypadku rolnikom, to trzeba stworzyć specjalny mechanizm, który by problemy rozwiązywał. To nie jest jednak rola banków.
JERZY BAŃKA: Dla nas ważne jest, żeby nie wprowadzać nieprzemyślanych regulacji, które uderzają w całe rolnictwo czy generalnie w gospodarkę. Chodzi o to, żeby nie ulegać presji populistów, aby władza umiała w sposób racjonalny przygotować pewne akty prawne, które rzutują na funkcjonowanie całego państwa. Świat polityki, uzależniony od wyników sondaży, stara się przypodobać tym, którzy najgłośniej krzyczą, a nie mają racjonalnej argumentacji. Na szczęście pod naciskiem Komisji Nadzoru Finansowego podjęto pewne działania na rzecz zmiany tego rozporządzenia. Toczą się również rozmowy z Ministerstwem Rolnictwa i Rozwoju Wsi, gdzie trwają prace na projektem zmian do ustawy o kształtowaniu ustroju rolnego. Przygotowywana jest w niej m.in. poprawka dopuszczająca nabycie ziemi rolnej w toku postępowania egzekucyjnego. To dobry kierunek, który umożliwi zaspokojenie wierzycieli. Uważam ponadto, że powinno się także pojawić dopuszczenie możliwości uzgodnienia pomiędzy rolnikiem a bankiem kredytującym przejęcia na własność nieruchomości bez potrzeby wszczynania postępowania egzekucyjnego.
BARTOSZ URBANIAK: To, czego potrzebuje polskie rolnictwo, to głęboka zmiana struktury agrarnej. Dziś średnia powierzchnia rodzinnego gospodarstwa to ok. 10 ha, powinno być 50–300. Polskie rolnictwo jest mniej zadłużone w stosunku do zachodniego. Specyfika branży jest taka, że głównym aktywem produkcyjnym jest ziemia. To jest aktywo wieczne i nikogo nie powinno już dziwić, że okres zwrotu z takiej inwestycji wynosi 30–40 lat. To jest normalna praktyka na Zachodzie. Dlatego też i my udzielamy kredytów 20-, 30-letnich, bo zdajemy sobie sprawę, ile ta ziemia będzie potem warta. Rzecz w tym, że przy tak długich okresach trzeba też doliczyć wyższe premie za ryzyko. Ziemia jest warta, żeby pracować na nią 30 lat, ale takie ruchy jak teraz taką sytuację destabilizują.
Tomasz Ciodyk, przedsiębiorca EKSPERIA – Wycena Nieruchomości i Doradztwo, autor bloga o ziemi rolnej ppgr.pl / Dziennik Gazeta Prawna
TOMASZ CIODYK: W ostatniej nowelizacji popełniono grzech wyboru opcji atomowej, bo administracyjnym nadzorem objęto praktycznie cały obrót ziemią rolną. Rygory nowych regulacji objęły także grunty, które z różnych przyczyn wypadły z rolniczego użytkowania (m.in. w miastach). Ograniczenia ustawowe powodują, że nie można ich sprzedać inwestorom i przeznaczyć np. pod budownictwo mieszkaniowe. Trzeba przypomnieć – bo często łączymy ustawę o obrocie ziemią rolniczą z egzekucjami komorniczymi – że intencje ustawodawcy przy nowelizacji z kwietnia 2016 r. nie miały nic wspólnego z kwestiami finansowymi. Potrzebę zmian uzasadniano bowiem hasłami o ochronie polskiej ziemi i przeciwdziałaniu spekulacji. I miało to pomóc rolnikom zabezpieczyć ich interesy. Ale początek problemów, z którymi mierzymy się teraz, sięga jednak jeszcze 2003 r. Uczestniczyłem w tych procesach od samego początku i zauważam, że wszystkie dotychczasowe ustawy o obrocie ziemią rolniczą były i niestety wciąż są procedowane w ogromnym pośpiechu. W kwietniu 2003 r. ustawa o obrocie ziemią powstała w dwa–trzy tygodnie, byleby tylko zdążyć przed ratyfikacją traktatu akcesyjnego. Podczas dwóch ostatnich kadencji było podobnie. Nowelizacje były procedowane praktycznie na ostatnich posiedzeniach, w nocy. Zmiany z kwietnia 2016 r. musiały zostać wprowadzone przed 1 maja, kiedy upływał 12-letni okres przejściowy na nabywanie ziemi rolnej przez cudzoziemców z Europejskiego Obszaru Gospodarczego. Pośpiech, nieuwzględnianie opinii ekspertów i efekty są takie, o jakich dziś mówimy. Skutki ustawy wykraczają poza rolnictwo i mają niekorzystny wpływ na różne dziedziny życia i gospodarki.