Konsument powinien mieć świadomość, że w ogóle płaci i za co. Tymczasem większość Polaków nie ma pojęcia, że opłata jest pobierana, od czego i przede wszystkim dlaczego - mówi w wywiadzie dla DGP Michał Kanownik, prezes Związku Importerów i Producentów Sprzętu Elektrycznego i Elektronicznego Branży RTV i IT – ZIPSEE „Cyfrowa Polska”.
Reklama
Zanim spytam o waszą nową inicjatywę, chciałbym wpierw wyjaśnić, czym są opłaty reprograficzne. Często nazywa się je podatkiem od piractwa...
To oczywiście błędne określenie. Opłata reprograficzna ma rekompensować twórcom ich straty ponoszone z tytułu legalnego – podkreślam: legalnego – kopiowania ich utworów w ramach dozwolonego użytku. Najprościej rzecz ujmując, jeśli legalnie kupuję płytę CD czy DVD, to mogę ją – zgodnie z prawem – skopiować po to, by używać jej nie tylko samemu, ale także by móc przekazać ją komuś z rodziny czy bliskiemu znajomemu. Opłata reprograficzna ma więc być pewną rekompensatą tego, że zamiast dwóch płyt kupię tylko jedną. Jest ona pobierana od czystych nośników, urządzeń służących do kopiowania czy nawet od papieru do ksero.
Kierowana przez pana organizacja od lat zaś przekonuje, że ta forma rekompensaty dla artystów powinna być zmieniona. Teraz z organizacjami z innych państw zawiązaliście międzynarodowe porozumienie. Co to za inicjatywa?
To ogólnoeuropejskie porozumienie, którego celem jest rozpoczęcie dyskusji na temat gruntownej reformy systemu opłat reprograficznych, które nie tylko w Polsce, ale w całej UE budzą coraz więcej wątpliwości. Dlatego też apelujemy zarówno do Komisji Europejskiej i Parlamentu Europejskiego, jak również na poziomie władz poszczególnych państw członkowskich, w tym Polski, by jak najszybciej rozpocząć debatę na temat funkcjonowania tego mechanizmu i związanych z nim patologii.
O czym konkretnie chcecie rozmawiać?
Musimy sobie odpowiedzieć na trzy najważniejsze pytania. Po pierwsze, czy sam system opłat reprograficznych w ogóle ma sens, czy nie jest przeżytkiem z czasów technologii analogowych, i jak go dostosować do czasów cyfrowych. Po drugie, jak rozróżnić sprzęt trafiający do konsumentów od tego, który jest wykorzystywany w biznesie czy administracji. Jak wynika z orzecznictwa Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej, opłata reprograficzna może bowiem dotyczyć wyłącznie urządzeń wykorzystywanych do celów osobistych. A praktycznie żaden kraj UE nie realizuje tych wskazań. I wreszcie po trzecie – ten sam Trybunał Sprawiedliwości UE zwrócił niedawno uwagę, że opłata reprograficzna ma rekompensować konkretną szkodę. Tymczasem my wciąż nie wiemy, czy taka szkoda rzeczywiście jest przez twórców ponoszona w związku z używaniem przez konsumentów urządzeń objętych opłatami. Organizacje zbiorowego zarządzania prawami autorskimi jak dotychczas nie pokusiły się o przeprowadzenie żadnych badań, które mogłyby dać jakiś obraz sytuacji.
Macie jakieś konkretne propozycje, jak powinien zostać zreformowany system opłat?
W naszym apelu pokazujemy przykłady kilku państw europejskich, w których debata na temat systemu opłat reprograficznych została przeprowadzona i wypracowano alternatywne rozwiązania. Na przykład w Hiszpanii opłata została przerzucona na budżet państwa, w Finlandii w ubiegłym roku zdecydowano się na podobne rozwiązanie, a od dawna funkcjonuje ono w Norwegii. Jest też wreszcie i Wielka Brytania, w której co prawda dozwolony użytek osobisty jest mocno zawężony, ale tu przeprowadzono badania pokazujące, że szkody wynikające z kopiowania są tak minimalne, że w zasadzie nie ma czego rekompensować. Dyskusja na temat gruntownej reformy toczy się właśnie w Holandii. Czas, by rozpocząć ją także w pozostałych państwach i na szczeblu europejskim.
Dla mnie jako konsumenta tak naprawdę nie ma jednak znaczenia, czy opłata reprograficzna będzie ukryta w cenie urządzenia, czy też państwo zapłaci ją z moich podatków.
To prawda. Przede wszystkim jednak konsument powinien mieć świadomość, że w ogóle płaci i za co. Tymczasem większość Polaków nie ma pojęcia, że taka opłata jest pobierana, od czego i przede wszystkim dlaczego. Mało kto też wie, co w związku z tą opłatą mu wolno, a czego nie wolno. Proponowana przez nas debata publiczna mogłaby to zmienić.
Mówi pan jednocześnie, że warto się zastanowić, czy opłata reprograficzna w ogóle ma sens. Skąd takie wątpliwości?
Z powodu zmian, jakie zachodzą. Dzisiaj kopiowanie muzyki czy filmów odgrywa dużo mniejsze znaczenie niż np. w latach 90., gdy było podstawą dzielenia się kulturą. Wystarczy sobie przypomnieć, jak powszechne były kasety magnetofonowe czy VHS. Dzisiaj konsumpcja kultury odbywa się już w zupełnie inny sposób. Coraz mniej osób kupuje muzykę w postaci płyty czy nawet plików internetowych. Coraz więcej wykupuje usługę streamingu, dostępu online do muzyki, filmów czy książek. W sposób ewidentny pokazuje to rosnąca liczba użytkowników serwisów streamingowych, takich jak Spotify czy Muzodajnia. Wówczas nie ma sensu kopiować czegoś, do czego ma się stały dostęp; co więcej, takie kopiowanie jest najczęściej niemożliwe.
Dlatego na pewno warto byłoby sprawdzić, jakie straty w tej chwili ponoszą twórcy z powodu dozwolonego użytku i czy są one na tyle znaczące, że system ich rekompensowania wciąż jest potrzebny.