statystyki

Lewestam: Cztery zagadki na temat wolności słowa

autor: Karolina Lewestam15.09.2018, 19:00; Aktualizacja: 16.09.2018, 10:50
mózg, pytanie

Czy przegłosowane w europarlamencie prawo, które nakazuje Facebookowi, YouTube’owi i innym dzielenie się z wytwórcami treści zarobionymi na owych treściach pieniędzmi, to faktycznie napad na wolność słowa i cenzura w internecie? Czy też po prostu próba odzyskania słusznie należących się autorom pieniędzy?źródło: ShutterStock

 Ach, wolność słowa! Wolność ważna, fundamentalna. Mówić, twierdzić, bez przeszkód perorować, realizować się poprzez autoekspresję! Opinie wygłaszać, prawdę na jaw wyciągać, cieszyć się demokracją i prawami człowieka, które nam ową wolność zapewniają! Niechaj słowo płynie wolno, niechaj nie blokuje go tyran — z tym zgodzą się wszyscy.

Wolność słowa znajduje się dziś w centrum całej masy ważnych sporów. Wszyscy się na nią powołujemy; domagamy się jej więcej lub twierdzimy, że my akurat robimy wszystko w jej imieniu. Ale czy naprawdę wiemy, czym owa wolność słowa jest? Czy sprawa jest faktycznie tak prosta, jak się wydaje, zwłaszcza dziś, kiedy w miejsce zwykłego Hyde Parku mamy nieograniczony świat internetu, rządzony przez kilka wielkich firm?

Oto kilka zagadek — tylko niektóre z nich są oparte na tak zwanych „faktach autentycznych”; tylko niektóre z nich mają rozwiązania.

Zagadka pierwsza: dziennikarz kontra sklep internetowy. Ogromna firma – taki, powiedzmy, Amazon – z dużym prawdopodobieństwem gwałci prawa pracownicze. Czy dziennikarka, na przykład Patrycja Otto z DGP albo Adriana Rozwadowska z „Gazety Wyborczej”, mają prawo to opisać? „No oczywiście, że mają”. A u siebie na Facebooku o tym porozmawiać? „Tym bardziej”. A czy ów hipotetyczny Amazon ma prawo się bronić, wysyłać e-maile do dziennikarzy, dzwonić? „No cóż, pewnie ma; mówić publicznie każdy ma prawo; niechaj każdy wprowadzi swoją sprawę na demokratyczną agorę!”. A jeśli funkcjonariusze firmy pojawiają się w redakcji? „Hm, każdy ma prawo przyjść i porozmawiać”. A jeśli firma dyskretnie sugeruje, że mogłaby wejść na drogę sądową? „No cóż, bezpodstawne szkalowanie wszak podlega karom; to jedno z rozsądnych ograniczeń wolności słowa”. A jeśli dziennikarz zarabia ledwie jedną dwustumilionową wartości firmy i boi się kosztów procesu, nie tylko finansowych, lecz także emocjonalnych i zawodowych? „Oliwa sprawiedliwa, sprawa może ciągnąć się pięć lat, ale w końcu uczciwy dziennikarz wygra”. A jeśli prawnik dziennikarza, najęty po taniości, jest tylko nędznym cieniem prawnika koncernu? A jeśli samym sądom nie można do końca ufać? A jeśli sam strach przed procesem z gigantem ma sprawić, że dziennikarz będzie się bał pisać o koncernie w przyszłości? Czy w sytuacji szaleńczej nierównowagi sił wizytacje w redakcji nie są czasami współczesną, poniekąd apolityczną formą cenzury? I czy ktoś uwierzy, że to cenzura, skoro tyran i dyktator jest nieobecny, a w prawie stoi jak byk, że można?


Pozostało jeszcze 69% treści

Czytaj wszystkie artykuły na gazetaprawna.pl oraz w e-wydaniu DGP
Zapłać 97,90 zł Kup abonamentna miesiąc
Mam kod promocyjny

Polecane

Reklama

Komentarze (1)

  • Bert(2018-09-16 17:12) Zgłoś naruszenie 10

    Miła pani, jeżeli nie można ufać sędziom, to niech pani sama do siebie kieruje ten zarzut, bo pracuje pani w medium, które z założenia kształtować miało kulturę prawną. Jeżeli pani przez wiele lat tworzyła kulturę kłamstwa i klientyzmu, to dzisiaj rzeczywiście dajcie sobie panie spokój z dziennikarstwem śledczym, bo to nie wasza liga.

    Odpowiedz

Twój komentarz

Zanim dodasz komentarz - zapoznaj się z zasadami komentowania artykułów.

Widzisz naruszenie regulaminu? Zgłoś je!

Redakcja poleca

Galerie

Wyszukiwarka kancelarii

Szukaj

Polecane