Nie ma potrzeby wyodrębniania z prawa autorskiego publikacji internetowych. Trzeba po prostu egzekwować prawo oraz nauczyć organy ścigania i sądy takiego podejścia, że nielegalne udostępnianie w internecie niczym nie różni się od sprzedaży nielegalnych kopii materialnych - powiedziała w rozmowie z GazetaPrawna.pl prof. dr hab. Elżbieta Traple.

Na Europejskiej Konferencji Filmowej rozmawiano o sytuacji twórców w różnych państwach europejskich. A jak pani zdaniem wygląda sytuacja w Polsce – czy polskie prawo chroni twórców wystarczająco? Czy nadąża za zmianami technologicznymi?

W Polsce jesteśmy uwarunkowani ramami europejskimi, tak samo jak Niemcy czy Francja, zatem co do zasady powinniśmy mieć ten sam poziom ochrony twórców. Niemniej jednak w poszczególnych krajach unijnych są podejmowane różne inicjatywy zmierzające do wzmocnienia ochrony przed piractwem ponad poziom stanowiący wspólne ramy europejskie. Na pewno nie należymy do krajów najbardziej aktywnych w tym zakresie, nie mówiąc już o tym, że niestety nie dostosowaliśmy naszego prawa w sposób należyty do niektórych postanowień dyrektyw unijnych, między innymi do dyrektywy o świadczeniu usług drogą elektroniczną i dyrektywy o egzekwowaniu praw własności intelektualnej.

Reklama

W tej pierwszej dyrektywie znajdujemy wyłączenia odpowiedzialności pośredników (internet service provider) za naruszenia praw w internecie, sformułowane węziej niż w polskiej ustawie, w związku z tym w innych krajach łatwiej jest egzekwować prawa autorskie w stosunku do pośrednika. Ponadto nie przyjęliśmy też przepisu z dyrektywy dotyczącej wdrażania własności intelektualnej, pozwalającego skierować pewne roszczenia wynikające z naruszenia praw autorskich do podmiotu trzeciego, który sam bezpośrednio nie narusza praw autorskich, ale którego usługi są w znacznej mierze wykorzystywane do rozpowszechniania utworów bez zezwolenia uprawnionych (ma to zastosowanie np. w odniesieniu do portali internetowych, w których w znacznej ilości pojawiają się nielegalnie ładowane pliki).

A czy jakieś dyrektywy lub wyroki TSUE zostały przyjęte do polskiego prawa?

Reklama

Oczywiście, generalnie wszystkie dyrektywy unijne są wcześniej czy później implementowane, jedne lepiej drugie gorzej, ale sądy polskie, tak jak sądy innych krajów członkowskich, są zobowiązane interpretować prawo polskie, na ile to możliwe, w zgodzie z prawem unijnym. Dopiero wtedy, gdy taka interpretacja nie jest możliwa mówimy o niezgodności prawa krajowego z prawem unijnym. W sprawie implementacji postanowień obu wspomnianych dyrektyw odpowiednie środowiska reprezentujące twórców i przemysł kreatywny złożyły dwie skargi do Komisji Europejskiej na niewłaściwą implementację do prawa polskiego tych przepisów. Sprawa jest w trakcie wyjaśniania w ramach tzw. pilot procedure, tj. na etapie dyskusji Komisji z rządem polskim.

Na gruncie prawa, które mamy teraz w Polsce, jak twórcy mogą walczyć o swoje prawa? Składać wnioski o usunięcie linków w przypadku nielegalnego linkowania? Czy może wybrać drogę sądową jak w przypadku Chomikuj.pl?

Proces oczywiście jest drogą najdłuższą, także dlatego, że spółki będące właścicielami takich portali często mają siedziby w państwach trzecich. Wzywanie do zablokowania dostępu do nielegalnie udostępnianych plików z utworami jest bardzo uciążliwe, gdyż zablokowany plik w jednej witrynie natychmiast pojawia się w innej. Powinno się uzyskiwać sądowe zobowiązanie pośredników internetowych do filtrowania pod określonym kątem rozpowszechnianych treści, o to toczy się precedensowa jeszcze w tej kwestii w Polsce sprawa Chomikuj.

Wydaje się także, że Polska jednak powinna wprowadzić procedurę notice and take down, tj. sformalizowaną procedurę niezwłocznego reagowania administratora strony na zgłoszenie o naruszeniu. Takie zablokowanie w wyniku prawidłowego zgłoszenia powoduje, że pośrednik nie ponosi odpowiedzialności za opublikowany materiał. Co prawda, ta procedura może też być długotrwała, jeśli użytkownik umieszczający pliki zgłosi sprzeciw, niemniej jednak jest to znikoma niedogodność w odniesieniu do praw autorskich, gdyż nikt, kto piratuje utwory nie zgłosi tego sprzeciwu nie chcąc się ujawnić, więc jest to rzeczywiście jedno z rozwiązań, które powinno być przyjęte. Wymaga to jednak nowelizacji ustawy o świadczeniu usług drogą elektroniczną.

Co w takim razie twórca może zrobić już teraz, jeżeli dowiaduje się o kradzieży swojego dzieła?

Najlepiej jest, jeżeli twórcy działają przez wyspecjalizowane organy albo przez organizacje zbiorowego zarządzania, które mają obsługę prawną i też zupełnie inne możliwości finansowe prowadzenia ewentualnych procesów. Indywidualna walka z piractwem internetowym jest czasochłonna, kosztowna, więc często nieefektywna.

Czy Pani zdaniem, skoro rozpowszechnianie treści w internecie stanowi tak złożony problem, czy ten dział powinien być wyodrębniony z prawa autorskiego i oddzielnie uregulowany?

Nie, nie ma potrzeby uregulowania oddzielnego, dlatego że jest to problem kompleksowy, rozdzielony na różne zagadnienia. Przecież naruszenia prawa własności intelektualnej w internecie dotyczą zarówno znaków towarowych, jak i prawa wydawców prasowych czy twórców muzycznych. Jest to w ogóle tak szeroki aspekt, że wydzielanie tego w osobną gałąź prawa wydaje mi się bezsensowne. Trzeba po prostu egzekwować prawo oraz nauczyć organy ścigania i sądy takiego podejścia, że nielegalne udostępnianie w internecie niczym nie różni się od sprzedaży nielegalnych kopii materialnych. Jednym z problemów naprawdę dużych w Polsce jest brak sądów wyspecjalizowanych w sprawach z zakresu własności intelektualnej, ale ciągle napotykamy na opór, żeby takie oddziały wyspecjalizowane wyodrębnić. No a jednak jak patrzę na praktykę, to ten biedny sąd okręgowy ma taki szeroki zakres merytoryczny spraw, że trudno wymagać, żeby sędziowie specjalizowali się w tych wszystkich problemach tak jak mogą to robić naukowcy.