Ostatnie zmiany w kodeksie pracy, oskładkowaniu i teraz płacy minimalnej są potrzebne, jednak ani nie ułatwiają, ani nie obniżają kosztów zatrudniania na umowę o pracę - mówi Piotr Lewandowski, prezes zarządu Instytutu Badań Strukturalnych, ekonomista zajmujący się rynkiem pracy, autor badań na temat m.in. płacy minimalnej, umów czasowych, wieku emerytalnego.
Rząd przygotował projekt ustawy wprowadzający obok miesięcznej płacy minimalnej także minimalną stawkę godzinową w wysokości 12 zł brutto. Taki ustawowy przymus w ciągu 10 lat będzie kosztować firmy około 5 mld zł. Czy w takiej sytuacji nie dojdzie do likwidacji zleceń i samozatrudnienia?
Reklama
Samo wprowadzenie godzinowej stawki płacy minimalnej to dobry pomysł. Tak ustala się płacę minimalną np. w Niemczech, Wielkiej Brytanii i Stanach Zjednoczonych. Pozwoli to też uniknąć nadużyć związanych z nieprzestrzeganiem płacy minimalnej poprzez nadgodziny – badanie, które realizujemy teraz w IBS, pokazuje, że w Polsce mamy najwyższy w regionie odsetek pracowników zarabiających miesięczną płacę minimalną, ale mających tyle nadgodzin, że w przeliczeniu na godzinę ich place są niższe niż ekwiwalent płacy minimalnej. Umowy cywilnoprawne i o świadczenie usług są de facto legalnym sposobem na omijanie płacy minimalnej. Uporządkowanie tej sytuacji jest potrzebne, ale mam wątpliwości co do projektu MRPiPS. Jest to spowodowane zwłaszcza tym, że już od 1 lipca 2016 r. rząd chce wprowadzić stawkę godzinową 12 zł brutto, która będzie wyższa niż godzinowy ekwiwalent miesięcznej płacy minimalnej wynoszącej 1850 zł brutto. Osobom, których wcześniej płaca minimalna nie obowiązywała, trzeba będzie płacić więcej niż pracownikom etatowym z płacą minimalną. Zleceń i usług świadczonych przez samozatrudnionych będzie mniej, ale nie znikną zupełnie, bo nadal będą dla niektórych firm wygodniejsze – łatwiej będzie taką umowę rozwiązać, nie trzeba będzie finansować zwolnienia chorobowego lub urlopu.

Reklama
Czy ingerowanie w relację przedsiębiorca – zlecający i samozatrudniony przyjmujący nie jest nadużyciem ze strony rządu?
Nie. Te relacje funkcjonują przecież w oparciu o regulacje stworzone przez rząd, więc może on te regulacje i relacje modyfikować. Przy czym ta zmiana jest robiona trochę po omacku, bo nie ma danych pokazujących, ile firm i ilu pracowników obejmie.
Czy słuszna jest likwidacja zróżnicowania płacy minimalnej w zależności od stażu pracy i jakie może to mieć efekty?
Likwidacja 80 proc. stawki płacy minimalnej w pierwszym roku pracy to zły pomysł. Nie zgadzam się z argumentem rządu, że wprowadzono ją w czasach złej sytuacji na rynku pracy i nie jest już ona potrzebna. Niższe stawki płacy minimalnej dla osób młodych lub rozpoczynających karierę są powszechne w gospodarkach stosujących tak jak my krajową płacę minimalną. Liczne badania pokazują, że wpływ płacy minimalnej na łączny poziom zatrudnienia jest z reguły niewielki, ale na zatrudnienie osób młodych może być duży. Istnieje ryzyko, że osoby słabiej wykształcone będą miały problemy ze znalezieniem pierwszej pracy, zwłaszcza w mniej rozwiniętych regionach. Wadą obowiązującego teraz rozwiązania jest to, że do stażu wliczane są tylko okresy pracy na etat. Jeśli absolwent np. przez dwa lata pracował na zlecenie i potem dostał umowę o pracę, to przez pierwszy rok etatu ma obniżoną płacę minimalną. Żeby temu zaradzić, wystarczyłoby włączyć do obliczania stażu także pracę na umowy cywilnoprawne i wtedy 80-procentowa stawka dotyczyłaby tylko osób faktycznie rozpoczynających karierę.
Czy rządowa propozycja może mieć wpływ na wzrost bezrobocia?
Tak. Płaca minimalna jest potrzebna, ale jeśli się ją zmienia gwałtownie, to miewa negatywne efekty. Badania IBS pokazują, że w latach 2002–2013 z powodu podnoszenia płacy minimalnej pracę traciło corocznie średnio ok. 100 tys. osób, ale w latach 2007–2009, kiedy po kilku latach korygowania płacy minimalnej tylko o inflację, podniesiono ją z 1148 zł do 1466 zł, zwolnień z tego powodu było dwa razy więcej. Dla kontrastu, kiedy w Wielkiej Brytanii wprowadzano po raz pierwszy płacę minimalną w 1998 roku, zaczęto od niskiego poziomu i po serii przemyślanych, stopniowych podwyżek udało się poprawić dochody osób najmniej zarabiających bez wzrostu bezrobocia. Także w Niemczech, gdzie z sukcesem od 2015 roku wprowadzono krajową płacę minimalną, zachowano dwuletni okres przejściowy. Lepiej byłoby zacząć od niższej płacy minimalnej dla osób na umowach cywilnoprawnych i samozatrudnionych, np. od 80 proc. docelowej stawki 12 zł, i monitorując reakcję rynku pracy po 6 albo 12 miesiącach podnieść do ją do 90 proc., a potem do 100 proc., czyli 12 zł. Tak byłoby bezpieczniej, tym bardziej że rząd w ocenie skutków regulacji sam przyznaje, że nie wie, ile osób pracujących na zleceniach lub samozatrudnionych zarabia mniej niż 12 zł brutto na godzinę.
Przedsiębiorcy wskazują, że rząd nie ma prawa wprowadzania takich zmian w lipcu. Firmy bowiem planują swoje budżety na dany rok i zmiana w połowie 2016 r. zaburzy ich finanse. Czy tak może się stać?
Moim zdaniem kłopotliwy jest nie tyle lipiec, ile wprowadzenie kilku istotnych zmian naraz – dochodzi jeszcze obowiązek ewidencji czasu pracy osób na zleceniach i samozatrudnionych. Każdą ze zmian lepiej byłoby wdrażać stopniowo. Rząd liczy na to, że większość osób objętych nową regulacją przejdzie na etaty. Jestem sceptyczny, bo ostatnie zmiany w kodeksie pracy, oskładkowaniu i teraz płacy minimalnej, choć potrzebne, nie ułatwiały i nie obniżały kosztów zatrudniania na umowę o pracę. Niektóre firmy przeniosą część pracowników do szarej strefy, niektóre z częścią zakończą współpracę, a innym podniosą czas pracy i zakres obowiązków.
Co trzeba zrobić, żeby zwiększyć wydajność pracy, aby 12 zł za godzinę nie stało się gwoździem do trumny dla gospodarki?
Zacznijmy od tego, że klin podatkowy na płacę minimalną mamy najwyższy w OECD. Podwyżka płacy minimalnej z 1750 zł do 1850 zł od 1 stycznia tego roku dała pracownikom 70 zł więcej na rękę, a państwu 50 zł dodatkowych podatków i składek. Koszt pracodawcy wzrósł więc o 120 zł. Jeśli państwo troszczy się o dochody najmniej zarabiających Polaków, niech im mniej zabiera, np. przez podniesienie kosztu uzyskania przychodu w podatku PIT. Ludzie zarabialiby więcej, a nie byliby drożsi dla firm.