Nic nie stoi na przeszkodzie temu, aby przedsiębiorca zainstalował oprogramowanie do monitorowania działań swoich pracowników w sieci – orzekł strasburski sąd. Jest jednak pewien warunek: zdobyte informacje mają służyć ocenie wydajności podwładnego, a nie być wykorzystywane w innych celach, np. do szykanowania kogoś ze względu na jego internetową aktywność

Sprawa dotyczyła niespełna 40-letniego Rumuna, Bogdana Barbulescu. Pracował on między 2004 a 2007 rokiem w prywatnej firmie, gdzie do jego zadań należała między innymi korespondencja z klientami. W tym celu stworzył konto w Yahoo Messenger. W lipcu 2007 pracodawca poinformował mężczyznę, że jego aktywność na czacie Yahoo była monitorowana. Z analizy wyszło zaś, że wykorzystywał komunikator do prywatnych rozmów. Barbulescu zaprzeczył, stwierdzając stanowczo, że zajmował się wyłącznie pracą. Pracodawca wtedy przedstawił 45-stronicowy dokument z dokładnym zapisem rozmów mężczyzny. W efekcie Barbulescu został zwolniony. Odwoływał się od tej decyzji przed rumuńskimi sądami, lecz bezskutecznie. Głównym argumentem sędziów było to, że monitorowanie aktywności na czacie było jedynym możliwym narzędziem do sprawdzenia, czy pracownik nie wykorzystuje konta do prywatnej korespondencji.

Sprawa ostatecznie trafiła do Europejskiego Trybunału Praw Człowieka. W grę wchodziło naruszenie art. 8 europejskiej konwencji praw człowieka i obywatela. Stanowi on, że każdy ma prawo do poszanowania swojego życia prywatnego i rodzinnego, a także swojej korespondencji.