Zwiększenie o połowę liczby polskich żołnierzy zawodowych musi się wiązać z podwyższeniem wydatków na armię. Nawet do 3 proc. PKB.
Reklama
Armia zawodowa i służba żołnierzy / Dziennik Gazeta Prawna
Nowy rząd chce, aby w polskiej armii służyło 150 tys. żołnierzy zawodowych. Powiększenie jej stanu o 50 tys. będzie szansą dla wielu młodych osób na znalezienie stabilnej pracy. Przy czym, jak wynika z informacji DGP, najwięcej zyskają żołnierze kontraktowi – nie będą musieli się już rozstawać z wojskiem po 12 latach służby. Wszystko jednak wskazuje na to, że ambitne plany nowego rządu nie zostaną szybko zrealizowane. Pozyskiwanie ochotników może trwać nawet pięć lat.
(Bez) bazy
– Chcemy, aby liczebność naszej armii była zwiększona o połowę. Zdajemy sobie sprawę, że będzie to proces długofalowy, który będzie się wiązał m.in. z odbudową zniszczonej w poprzednich latach infrastruktury – przyznaje DGP Bartosz Kownacki, wiceminister obrony narodowej. Jego zdaniem proces ten potrwa kilka lat.
Plany resortu obrony studzą jednak eksperci. – W wielu jednostkach nie ma kompletnych etatów i brakuje żołnierzy. Dlatego namawiałbym, aby w pierwszej kolejności na tym się skupić – stwierdza gen. broni Mieczysław Bieniek, były wiceszef w Sojuszniczym Dowództwie Transformacyjnym NATO.
Przy czym jego zdaniem to nie zniszczona infrastruktura uniemożliwi szybkie zwiększenie liczebności polskiej armii. – Obecnie żołnierze nie są zakwaterowani na stałe w koszarach, bo większość z nich mieszka w swoich domach i mieszkaniach, a tylko część w internatach. Głównym problemem może być brak odpowiedniego systemu i baz szkoleniowych, a także sprzętu – wylicza gen. Bieniek. – Aby stworzyć nowoczesną armię ze 150 tys. żołnierzy zawodowych, z pewnością trzeba zwiększyć wydatki na jej funkcjonowanie z 30 mld zł do 45 mld zł rocznie – zauważa.
Wtóruje mu prof. gen. Stanisław Koziej, były szef Biura Bezpieczeństwa Narodowego.
– Wraz ze zwiększeniem liczby żołnierzy zawodowych proporcjonalnie trzeba zwiększyć budżet na obronność. Jeśli nowy rząd tego nie zrobi, zagrożona będzie jakość armii. Aby mieć tak duże wojsko, trzeba na obronność przekazywać 3 proc., a nie 2 proc. PKB. Zakładając, że wydatki na armię wzrosną dopiero od 2017 r., to wtedy będzie można zacząć pozyskiwanie nowych żołnierzy. Proces osiągnięcia 150 tys. żołnierzy w wersji optymistycznej będzie trwał co najmniej pięć lat – dodaje gen. Koziej.
Innego zdania jest gen. broni Waldemar Skrzypczak, były wiceminister obrony narodowej. – Wojsko już ma środki, by stworzyć i utrzymać 150-tysięczną armię. Trzeba tylko zmienić strukturę wydatkowania środków, bo obecna jest nieprawidłowa – podkreśla gen. Skrzypczak.
Opowiada się on za stopniowym zwiększaniem liczebności armii. W jego ocenie trzeba sprawić, aby na początku liczyła ona 120 tys. żołnierzy zawodowych według tzw. etatu pokojowego. – Obecnie mamy niespełna 100 tys. etatów pokojowych, a tylko w samych wojskach operacyjnych brakuje około 20 tys. żołnierzy. Z kolei komponent bojowy wynosi zaledwie 40 tys. osób – zaznacza gen. broni Waldemar Skrzypczak.
Sugeruje też, aby poza stworzeniem zwartych oddziałów terenowych (mają składać się m.in. z rezerwistów, w tym członków organizacji proobronnych, i działać w każdym województwie), resort co roku szkolił około 30–40 tys. rezerwistów do szybkiego reagowania i użycia przez nich ciężkiego sprzętu, który czekałby w jednostkach wojskowych.
Szansa na pracę
Przy tworzeniu 150-tysięcznej armii problemem może być także pozyskanie odpowiedniej liczby chętnych. Jednak rząd ma już pomysł, jak sobie z tym poradzić. – Z pewnością w pierwszej kolejności awansowaliby żołnierze z korpusu szeregowych, którzy obecnie po 12 latach służby muszą się rozstawać z armią. Nie chcemy, tak jak nasi poprzednicy, marnować ich potencjału. Zrobimy więc wszystko, aby na dłużej zostawić ich w armii i np. przenosić do korpusu podoficerów czy nawet oficerów – mówi wiceminister Kownacki.
– To jest dobre rozwiązanie i powinno ono być podstawową ścieżką awansu w wojsku – stwierdza gen. Stanisław Koziej. – Młodzież po studiach cywilnych nie powinna bowiem od razu trafiać na stanowiska oficerskie, ale do korpusu szeregowych. Taki model funkcjonuje w policji i świetnie się sprawdza – podkreśla gen. Stanisław Koziej.
Przy czym niepokoi go zapowiedź ewentualnego obniżenia wymagań dla przyszłych żołnierzy. Ten wariant jest rozważany przez resort, jeśli zabraknie chętnych. – Kandydaci mają sprostać wymaganiom pola walki. Muszą spełniać odpowiednie kryteria. Nie można bowiem robić z armii przytułku – stwierdza gen. Koziej.