W myśl art. 627 kodeksu cywilnego przez umowę o dzieło przyjmujący zamówienie zobowiązuje się do wykonania oznaczonego dzieła, a zamawiający do zapłaty wynagrodzenia. Niestety, jest to dość nieprecyzyjna definicja. Zdarza się więc, że umowa o dzieło, ze względu na jej walor ekonomiczny, jest nadużywana. Każdy z podmiotów, który zamierza zawrzeć tego typu kontrakt, powinien wziąć pod uwagę jego charakter oraz możliwości jego zastosowania. Weryfikacja umów o dzieło była bowiem niejednokrotnie przedmiotem postępowań sądowych lub kontrolnych wszczynanych przez ZUS. Ich celem była ocena pozorności zawarcia takich umów w celu obejścia przepisów prawa pracy, a także obowiązku odprowadzania składek na ubezpieczenie społeczne. W wyniku tego typu kontroli podważana była zasadność umów o dzieło, bo zobowiązanie nosiło znamiona umowy o pracę bądź umowy-zlecenia.

W przypadku umowy o pracę przesłanki stosunku pracy są jasno wskazane w art. 22 k.p. Jeśli zostaną spełnione, pracodawca nie może unikać tej formy zatrudnienia. Natomiast granica pomiędzy umową-zleceniem a umową o dzieło jest cienka. Zgodnie z przepisami umowa o dzieło to umowa o pewien określony rezultat pracy i umiejętności ludzkich (art. 627 kodeksu cywilnego). W jej przypadku niezbędne jest zatem, aby starania przyjmującego zamówienie doprowadziły w przyszłości do konkretnego, indywidualnie oznaczonego rezultatu, dzieła, które następnie będzie można poddać sprawdzeniu pod kątem istnienia wad fizycznych. Zaś w przypadku umowy-zlecenia jej przedmiotem są powtarzające się cyklicznie czynności. I tak w orzecznictwie wskazuje się jako właściwą umowę-zlecenie w przypadku m.in.: prowadzenia wszelkiego rodzaju szkoleń, warsztatów czy też zajęć terapeutycznych, przygotowywania materiałów do tychże szkoleń czy też tłumaczenia z języka obcego na język rodzimy. W orzecznictwie wykluczono również zawieranie umów o dzieło, kiedy ich przedmiotem miałyby być czynności koszenia trawnika czy też pakowania produktów do opakowań końcowych.