Obecnie na uczelniach kształci się 1,46 mln osób – o ok. 90 tys. mniej, niż zakładał resort nauki. Do młodzieży dotarło, że dyplom nie jest gwarancją sukcesu. Tylko w ciągu czterech lat liczba studentów spadła o ok. 400 tys. osób. Część szkół wyższych zniknie z rynku, części pomogą obcokrajowcy
Coraz mniej osób na uczelniach / Dziennik Gazeta Prawna

Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego pomyliło się w swoich wyliczeniach – nie ma złudzeń Główny Urząd Statystyczny. I podaje, że obecnie studiuje 1,46 mln osób. – Na błąd w wyliczeniach wpływ miało kilka czynników, których resort mógł nie wziąć pod uwagę – twierdzi Paweł Zygarłowski, prezes Centrum Rozwoju Szkół Wyższych TEB Akademia. I dodaje, że głównym z nich jest spadek liczby maturzystów decydujących się na kontynuację nauki.

Reklama

– Od kilku lat w mediach mówi się o bezrobotnych absolwentach, bezużyteczności dyplomu licencjata czy magistra. Teraz teza ta zbiera swoje żniwa. Młodzi zamiast zdobywać tytuły, wolą się kształcić w konkretnych zawodach albo od razu podjąć pracę – uważa Zygarłowski.

Reklama

O tym, że liczba chętnych do studiowania spada, świadczą również statystyki rekrutacyjne. W ostatnich dwóch latach liczba 19-latków zmniejszyła się o 8,8 proc., podczas gdy liczba kandydatów na studia spadła o 15,6 proc. – Innymi słowy, spada współczynnik skolaryzacji, to jest zmniejsza się odsetek osób podejmujących dalszą naukę. Pod tym względem zmierzamy w kierunku średnich wartości europejskich – uważa Zygarłowski. Zgadza się z nim nawet Ministerstwo Nauki.

– Tworząc prognozę, zakładaliśmy stabilizację współczynnika. Tymczasem faktycznie ma on tendencję spadkową – przyznaje Łukasz Szelecki, rzecznik resortu. I zwraca uwagę, że wpływ na to ma bardzo dużo rzeczy, jak np. postrzeganie uczelni wyższych przez opinię publiczną, atrakcyjność innych ścieżek kariery czy oferta szkół technicznych i zawodowych.

Ostatnie dane GUS pokazują, że obecnie w szkołach wyższych kształci się zaledwie 1,469 mln osób. Tymczasem z prognoz Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego (MNiSW) wynika, że liczba studentów miała spaść poniżej 1,5 mln dopiero w roku akademickim 2016/2017.
Wolą szkoły zawodowe
Eksperci wskazują, że przyczyny przeszacowania liczby studentów mogą być różne.
– Nie znam metodologii raportu MNiSW, ale resort przy robieniu szacunków mógł nie uwzględnić zainteresowania podejmowaniem kształcenia zawodowego przez potencjalnych kandydatów na studia – gap year, czyli roku, w którym maturzyści robią sobie przerwę w podejmowaniu decyzji o dalszym kształceniu, oraz emigracji młodych osób za granicę – wymienia prof. Izabela Grabowska, socjolog ze Szkoły Wyższej Psychologii Społecznej.
Tłumaczy, że obecnie istnieje większe zainteresowanie kształceniem zawodowym.
– Część kandydatów zamiast wybrać szkołę wyższą, woli policealną zawodową, kurs zawodowy, a potem podejmuje pracę. Inni muszą na studia, często zaoczne, zarobić. Poza tym w latach 1990 i 2000 była znacznie większa presja rodziców na dzieci. Namawiając ich na studia, chcieli spełnić swoje społeczne aspiracje. Dzisiaj rodzice znowu zaczynają bardziej doceniać wagę kształcenia zawodowego. Ponadto maturzyści coraz częściej decydują się na podjęcie nauki w innym kraju UE, gdzie koszty licencjatu na mało znanych uniwersytetach są stosunkowo nieduże – uważa prof. Izabela Grabowska.
Z kolei Paweł Zygarłowski, prezes Centrum Rozwoju Szkół Wyższych TEB Akademia, twierdzi, że przyczyna przeszacowania danych przez ministerstwo może wynikać m.in. z tego, że młodzi ludzie coraz rzadziej decydują się na studia drugiego stopnia.
Walka z niżem
– Niż demograficzny rzeczywiście postępuje szybciej, niż zakładano – stwierdza Łukasz Szelecki, rzecznik prasowy MNiSW.
– Z raportu GUS wynika jednak, że liczba studentów na studiach stacjonarnych pozostaje stabilna, zmniejsza się natomiast liczba młodych osób studiujących odpłatnie – dodaje.
Podkreśla, że dane GUS są jedynie wstępnymi wynikami za rok akademicki 2014/2015. Dopiero kompletne informacje pozwolą na sprawdzenie, w jakich grupach wiekowych spadek przebiega najszybciej.
Zastrzega, że jest wiele recept na walkę z niżem.
– Jedną z nich jest umiędzynarodowienie szkolnictwa wyższego. Uczelnie powinny szerzej się otworzyć na cudzoziemców. Warto wspomnieć, że ministerstwo z bardzo dobrym skutkiem stara się wspierać uczelnie w tych działaniach. Prowadzone przez resort kampanie („Ready, Study, GO! Poland”) oraz programy („Polski Erasmus dla Ukrainy”) doprowadziły do znacznego zwiększenia liczby studentów zagranicznych – z 36 do 46 tys. – zaznacza Szelecki.
Tymczasem zdaniem niektórych ekspertów umiędzynarodowienie uczelni nie wystarczy. Rząd musi podjąć jeszcze inne działania. Tym bardziej że niż demograficzny jest dotkliwy zarówno dla uczelni publicznych, jak i niepublicznych.
– Z tym, że o zamykaniu prywatnych decyduje rynek. Zgodnie z zasadą: nie ma studentów, nie ma uczelni. A uczelni państwowych praktycznie zamknąć się nie da, nawet jeśli kształcą tylko kilkadziesiąt osób. Nie ma też takiej woli politycznej, rząd więc do nich dopłaca, nawet jeśli oferują kształcenie słabej jakości – wyjaśnia prof. Waldemar Tłokiński, przewodniczący Konferencji Rektorów Zawodowych Szkół Polskich.
Niektórzy wnioskują o wzrost środków na szkolnictwo wyższe oraz zmianę jego finansowania. O to zabiega także Konferencja Rektorów Akademickich Szkół Polskich. Tłumaczy tę konieczność tym, że wydatki w Polsce w przeliczeniu na jednego studenta w porównaniu do innych krajów UE są bardzo niskie. Inni postulują, aby pozbyć się szkół wyższych, które przynoszą straty.