Jak wygląda szkolenie

Mało kto wie, ale w Polsce, aby zostać pełnoprawnym policjantem, dostać do ręki broń (gładkolufową i maszynową) oraz pałkę (zwykłą, szturmową, wielofunkcyjną i teleskopową) wraz z prawem do ich używania, wystarczy skończyć kurs, który trwa 127 dni. I już. W tym czasie młody człowiek ma opanować skomplikowane dyscypliny i przyswoić trudne umiejętności. Ustalanie okoliczności zdarzeń i zabezpieczanie ich miejsca, taktykę i technikę interwencji. Łącznie 992 godziny lekcyjne. I, jak zapewniają osoby siedzące w branży, na początek to powinno wystarczyć. Gdyby nie kilka ale. Po pierwsze dla wielu policjantów szkolenie podstawowe jest jednocześnie pierwszym i ostatnim. Na kursy doszkalające brakuje pieniędzy. Zanotowała to nawet Najwyższa Izba Kontroli, która w zeszłym roku skontrolowała funkcjonowanie szkół i ośrodków szkoleniowych w Policji, Państwowej Straży Pożarnej i Straży Granicznej. Wnioski w skrócie: są szkoły, są wykładowcy (choć nie zawsze z odpowiednimi kompetencjami), ale policjantów się nie doucza. A w każdym razie za mało.

Przed 2002 r. w zasadzie w każdym mieście wojewódzkim był ośrodek szkolenia policji, w którym młodzi przed służbą odbywali kurs na poziomie podstawowym. W szkołach w Legionowie, Słupsku, Pile i Katowicach (każda z nich ma nieco inną specjalizację) mogli potem doskonalić się zawodowo. I było jeszcze Szczytno, szkoła oficerska, która oferowała edukację niejako III stopnia. Ale, jak mówi jeden z doświadczonych oficerów, przyszła bieda i ośrodki zaczęto likwidować, wychodząc z założenia, że same szkoły dadzą radę.

Zdaniem funkcjonariuszy dają radę tak sobie. Za słaba jest selekcja przy naborze, niski poziom testów wstępnych. Przy wielości chętnych do wstąpienia do służby wciąż zbyt często zdarza się, że przyjmowani są nie najlepsi, lecz znajomi komendanta. – Nabór kadry też bywa przypadkowy – opowiada oficer, który niedawno pracował w takiej szkole. Wylicza: elementów psychologii i interwencji uczyła u nich kobieta po liceum plastycznym, na szczęście już na emeryturze. Psychologii dwie panie, które nigdy ani dnia nie przepracowały w żadnym komisariacie. Na szczęście od przedmiotów praktycznych, np. strzelania, zwykle byli ogarnięci goście. – Kryteria przyjęcia wykładowców są niestety takie, że albo trzeba się kogoś pozbyć z jednostki, albo kandydat ma blisko, albo kogoś zna. Pod naszą szkołę przyjeżdżały do pracy całe rodziny z pobliskich miejscowości. Jednym samochodem dla taniości – ironizuje.

A potem mechanizm polega na tym, że przez szkołę przechodzi panna polecona przez komendanta X. Głupia, ale zdaje egzaminy. Miesiąc spędza na praktyce, ale komendant nie jest samobójcą, więc każe jej przekładać papiery, żeby sobie albo komuś nie zrobiła krzywdy. A jeśli już ją wysyła na patrol, to pod opieką cwanego wygi, który nie da jej wysiąść z auta, bo dba o własny tyłek. I taka osoba idzie do jednostki, gdzie uważają, że została wykształcona. Jest pełnoprawnym policjantem. I idzie w miasto. Jest groźna dla siebie i innych, bo nie wiadomo, jak się w sytuacji kryzysowej i stresie zachowa.

Tomasz Oklejak zajmuje się prawami żołnierzy i policjantów w Biurze Rzecznika Praw Obywatelskich i często rozmawia z funkcjonariuszami w terenie. Przyznaje, że nawet gdyby taka osoba bardzo chciała dokształcać się zawodowo, nie ma na to większych szans. Policjanci zapisują się na listę i czekają. Latami. Brak możliwości dokształcania się dotyczy nawet jednostek specjalnych. „W 2011 r. na szkolenia funkcjonariuszy BOA przeznaczono 20 tys. zł, w obecnym roku środki zostały wstrzymane” – pisała w specjalnym raporcie z ubiegłego roku RPO Irena Lipowicz.

Nie szkoła, lecz chęć...

Krzysztof Liedel opowiada, że kiedy przyszedł do policji, to mimo porządnego szkolenia i przygotowania, jeśli chodzi o policyjną robotę, był zupełnym żółtodziobem. Na brak praktyki i doświadczenia nie pomogła też szkoła oficerska – na szczęście dostał się pod opiekę starego gliniarza – bez matury, za to z 30-letnim stażem. I od niego właśnie uczył się abecadła. – Kiedyś przyjeżdżamy na miejsce zdarzenia, trzeba zrobić gipsowy odlew śladów. Ja, nafaszerowany teorią, staram sięrobić wszystko według zasad, ale gips mi się rozlewa. Mój partner popatrzył, pokiwał głową: trzeba wziąć dwie deszczułki, synku... Pokazał – wspomina.

Ale to była reguła: młodziak dostawał doświadczonego policjanta na mentora, a ten przez trzy lata uczył go wszystkiego, pilnował, odpowiadał za jego postępy. Obecnie nadal niby obowiązuje trzyletni okres przygotowawczy, dopiero po jego upływie policjant może się stać funkcjonariuszem mianowanym. Problem w tym, że nie ma się od kogo uczyć. Po prostu – nie ma już starych. Albo ich „sczyszczono” w ramach pozbywania się komunistycznych złogów, albo sami odeszli z powodu złej atmosfery, niepewności jutra i emerytury. – Nawet stopnie się zdewaluowały – mówi Tomasz Krzemiński, wiceprzewodniczący Zarządu Głównego NSZZ Policjantów. Kiedyś sierżant to był sierżant, poważny stopień świadczący o stażu i doświadczeniu. A dziś, szkoda gadać.

Jak opowiada jeden z doświadczonych oficerów, rewolucja kadrowo-demograficzna spowodowała, że naczelnikami wydziałów zostają młodzi ludzie z 4-letnim stażem, którzy sami powinni się jeszcze uczyć i nie mają pojęcia o zarządzaniu ludźmi. Oficjalnie jest OK, wygrali konkurs na to stanowisko. – Ale zwykle przed jego ogłoszeniem wszystko jest już rozstrzygnięte – śmieje się policjant. I dodaje, że jak wszędzie liczy się to, kto kogo zna, z kim sypia i jak wygląda. – Namnożyło się dziś takich policyjnych mądrali, od zarządzania, srania, unijnych programów, a to się ma nijak do policji – kwituje.

Dwie wizje władzy

Tomasz Oklejak z Biura RPO nie ma wątpliwości, że wszystko to powoduje frustrację. Wiele placówek w terenie to ruina bez podstawowych narzędzi do pracy. Dobrze, jeśli samorząd się angażuje i daje pieniądze na inwestycje czy wyposażenie. Jednak taka zależność powoduje, że tworzą się lokalne układy, typu ręka rękę myje. Opowiada: Kiedyś przyjeżdża do garnizonu, to była komenda powiatowa, a tam wszyscy wkurzeni. Co się stało? Przyjechali cebesie i zamknęli nam burmistrza za korupcję. To chyba dobrze? – pyta. – A gdzie tam, radni są na nas wkurzeni i powiedzieli, że nie dadzą grosza na policję. – A nie możecie się jakoś dogadać ze starostami w sąsiednich gminach? – Nie, najlepszy siedzi za jazdę po pijaku – słyszy.

Brzmi kuriozalnie? Niemniej bez wsparcia finansowego gminy policja nie istnieje. Komendy miejskie czy powiatowe nie mają dziś własnych budżetów, o wszystko muszą prosić wojewódzką. Ta jak chce i ma, to da. Najczęściej nie chce i nie ma. Chętnie za to zabierze to, co gliniarze wyżebrali w gminie. Taka sytuacja zdarzyła się kiedyś w Radomiu, kiedy do centrali zabrali kupione przez samorządy radiowozy. – Ale zrobiła się wielka awantura i komenda się wycofała – opowiada Oklejak. I dodaje, że ta zależność finansowa od wojewódzkich komend hamuje awanse w mniejszych jednostkach. Bo awans wiąże się ze zmianą, czyli podwyżką uposażenia. I w efekcie o tym, co znajduje się na pagonach, decyduje główny księgowy KW. Dla policjanta jest to sprawa życia i śmierci, a może precyzyjniej: przetrwania. Po szkole dostaje 1400 zł pensji.

Gliniarze są wkurzeni. Do tego, jak mówi jeden z policjantów, dochodzi niesamowita presja ze strony przełożonych. Na wyniki, na mandaty, na sukces. Na walkę z kibicami i narodowcami. Minister mówi coś w telewizji, potem komendanci wydają zalecenia. – I jest: ojciec prać, więc piorą – ocenia. I opowiada o konkursie strzeleckim organizowanym co roku w Warszawie, w rocznicę zdarzeń w Magdalence (w 2003 r. w starciu z gangsterami zginęło tam dwóch antyterrorystów, 16 zostało rannych). Chłopaki przyjechali z całej Polski prywatnymi samochodami, po kilku w wozie. Na szkolenia strzeleckie w ramach służby nie ma szans, więc jeśli trenują, to za własną kasę. I w ten biedny tłum wkracza naraz sam Główny Szef, gen. Marek Działoszyński. Przyjechał firmowym bmw7, w galowym mundurze, bluza rozpięta, bo na tyłku ma wielką spluwę, chyba sig-sauera. Taka ostentacja.

Ale ryba psuje się od głowy. – W zasadzie od Schetyny, poprzez Millera i Cichockiego, po Sienkiewicza, ministrowie spraw wewnętrznych nie mieli serca do policji, ani na niej się nie znali. Ich fascynują służby, knucie i siła. Resort znów kiszczakowieje – ocenia mój rozmówca.

Jednak Dariusz Loranty nie uważa, aby polityka miała wpływać na funkcjonowanie policji i jej podejście do obywatela. Winą by prędzej obarczył nieszanujące gliniarzy społeczeństwo i małą represyjność prawa za niestosowanie się do poleceń funkcjonariuszy. Bo każdemu wydaje się, że może z policjantem dyskutować, wręcz naigrawać się. Najgorzej jest, mówi, z tzw. porządnymi ludźmi. Bo jak się wchodzi do mieszkania przestępcy, to ten sam się kładzie na ziemię. A taki normalny chciałby to wcześniej przegadać. A powinni stosować się bez gadania. Jak w Prusach, gdzie słowo żandarma stanowiło prawo. Albo jak w Stanach, gdzie z broni policyjnej ginie co roku więcej osób niż od sądowych wyroków śmierci.

Krzysztof Janik protestuje: na szczęście żyjemy w Europie, gdzie nawet francuski gliniarz (a ci cieszą się sławą ostrych) bardziej przypomina żandarma z Saint-Tropez niż osiłka z kopa otwierającego drzwi. Policjanci w Niemczech patrolujący ulice nie mają przy sobie ostrej broni, od tego są specjalne oddziały. Policja jest w cywilizowanym świecie od tego, aby utrzymywać porządek, wspierać. A nie na miejscu karać. Ktoś się naoglądał nieodpowiednich filmów.

Żyjemy w serialu

O złym doborze repertuaru filmowego mówią wszyscy, z którymi rozmawiam na ten temat. Loranty o osobach krytykujących interwencję w Bytowie: ludzie uwierzyli, że łatwo jednym ciosem powalić przeciwnika.

Krytycy policjantów: każdy chciałby być przynajmniej Rambo.

Jedno jest pewne – na rzeczywistość, także policyjną, umasowienie wynalazku braci Lumiere do tego stopnia, że każdy ma kamerę w swoim telefonie, ma wielki wpływ. Każda akcja może być sfilmowana, wrzucona do sieci i poddana publicznemu osądowi. Nie da się temu zapobiec (choć Loranty uważa, że powinno się tego zakazać) i każdy funkcjonariusz musi mieć świadomość, że może się znaleźć w ukrytej kamerze. Że jego praca jest widoczna i oceniana przez społeczeństwo uważniej niż kiedykolwiek przedtem. Praca ciężka i potrzebna. Funkcjonariusze (ogółem w całym kraju) dokonują średnio 200 interwencji dziennie, co daje liczbę 6 tys. miesięcznie i 72 tys. rocznie. Znakomita większość z nich prowadzona jest w sposób prawidłowy, zgodnie z prawem. Takie przypadki, jak tu opisałam, to niechlubne wyjątki. Na które jednak nie możemy sobie pozwolić. Ani oni, jako formacja, której szargają opinię. Ani my, społeczeństwo, którego ślubowali strzec.