Nakręcony komórką amatorski filmik znany jako żałosna interwencja bytowskiej policji obejrzały w sieci setki tysięcy osób, na forach napisano na jego temat setki tysięcy znaków. Można by już o tym zapomnieć, potraktować jako śmiesznostkę, wypadek przy pracy. Gdyby nie to, że to nie był wypadek przy pracy. Raczej odbicie – co z tego, że w krzywym zwierciadle – smutnej policyjnej rzeczywistości, w której brakuje pieniędzy na porządne szkolenie ludzi (zresztą brakuje na wszystko, nawet na pensje), gdzie przemęczeni, niedocenieni mężczyźni i kobiety w mundurach wysyłani są na ulice z poleceniem „zero tolerancji” i traktują to dosłownie. To rzeczywistość zapuszczonych komisariatów, w których wciąż często nie działa sieć i nie można sprawdzić PESEL-u delikwenta. Naciskanych przez górę szefów, którzy wyżywają się na podwładnych. Nieradzenia sobie z emocjami i topienia ich w wódce. Kolegów, którzy strzelają sobie w głowę. Wstrętnych gnoi, którzy piszą na murach HWDP. I bezradności.

Dwie wersje zdarzeń

Oglądając filmową relację ze „zdarzeń bytowskich”, trudno powstrzymać rechot, a potem okrzyki grozy. Bo cóż widzimy? To scena, na której para policjantów, kobieta, drobna blondynka, i młody niewysoki, łysawy mężczyzna szarpią się z przewyższającym ich o dwie głowy mężczyzną. Ów człowiek góra (z okrzyków miotającej się po planie filmowym starszej kobiety, może matki, może teściowej, dowiadujemy się, że ma na imię Janusz) stosuje bierny opór. A w zasadzie stoi tylko, od czasu do czasu strząsając z siebie funkcjonariuszy, jak pies otrzepujący się od uprzykrzonych pcheł. Ma twarz dużego dziecka, szeroko otwarte oczy, całym sobą wyraża wielkie zdziwienie. Nie rozumie sytuacji, nie ma pojęcia, o co tym policjantom chodzi. Co jakiś czas on i jego towarzyszka artykułują to zdaniem: „Czego wy od nas chcecie?”. Ale policjanci nie próbują nawet tłumaczyć, ich ambicją stało się położenie mężczyzny na ziemię. Policjantka usiłuje go obezwładnić gazem łzawiącym, aplikowanym z przyłożenia niemal do gałek ocznych, ale zawodnik okazuje się odporny. Płacze za to jej partner z patrolu. W tle słychać krzyki przerażonych dzieci. I tak prawie przez 5 minut.

Dlaczego „Janusz” miał kłaść się na ziemię twarzą w piach? Mężczyzna, 48-letni obywatel Niemiec, przekroczył o 19 km/h dozwoloną prędkość. Funkcjonariusze, poruszający się cywilnym autem, czyli nieoznakowanym radiowozem, kazali mu się zatrzymać. Zrobił to, ale nie we wskazanym przez nich miejscu. Podobno wziął ich za przebierańców. Stanął kawałek dalej, gdzie rozegrała się opisywana scena. Policja twierdzi, że film nie pokazuje wszystkiego. Michał Gawroński, oficer prasowy bytowskiej policji, mówił „Dziennikowi Bałtyckiemu”, że wcześniej ten człowiek uderzył policjanta i ubliżał mu. Próbował też przejechać funkcjonariuszkę. Potem poddał się samoukaraniu: 5 tys. zł grzywny i 1 tys. zł mandatu.

– Część interwencji widoczna na filmie została przeprowadzona w sposób nie do końca profesjonalny – przyznaje jednak Gawroński.

Internauci nie okazują parze funkcjonariuszy cienia litości. W zasadzie żaden wpis nie nadaje się do przytoczenia. Ludzie związani z policją w rozmowach prywatnych też nie szczędzą ciężkich słów. Patałachy, głupki, przynoszą nam wstyd – mówią o kolegach. Bo, przede wszystkim, gościa, który przekracza prędkość, nie ma potrzeby traktować, jakby przed chwilą wysadził w powietrze Kapitol. Wystarczyło zadziałać słowem. Ale jeśli się już podjęło interwencję, trzeba było szybko doprowadzić ją do końca. Jeden dobry chwyt i koleś leży, w ciągu pięciu sekund, nie minut – ocenia gliniarz ze stażem. Z kolei Krzysztof Janik, polityk SLD, w latach 2001–2004 szef MSWiA, podnosi, że oprócz braków technicznych para funkcjonariuszy prezentowała ewidentną nieumiejętność budowania relacji przewagi nad obywatelem. – A do tego nie zawsze potrzebna jest siła – ocenia. Jego zdaniem używanie przemocy, do czego policja ewidentnie ma prawo w uzasadnionych sytuacjach, to ostateczność. Jednak jeśli już wyjąłeś broń, to strzelaj, ale celnie. A jeśli wydajesz polecenie, to egzekwuj, do końca – mówi Janik. Jak ocenia działania duetu z Bytowa? Nie są zbyt silni technicznie ani psychicznie, mówiąc łagodnie.

Jednak Dariusz Loranty, były policjant, oraz Krzysztof Liedel, emerytowany funkcjonariusz, wieloletni wykładowca w policyjnych szkołach, współautor i bohater książki pt. „Gliniarz”, bronią nieszczęsnych funkcjonariuszy. – Jestem pewien, że gdyby nie kamera, położyliby faceta w chwilę – twierdzi Liedel. Tak się nie stało, bo obawiali się późniejszych oskarżeń o brutalność, jakie by się niechybnie posypały, gdyby które kopnęło faceta w kolana albo wykręciło mu kciuki.

A Lorantemu wręcz zaimponowali, że tak długo dali radę szarpać się z facetem. – Proszę mi wierzyć, że to trudniejsze i bardziej wyczerpujące niż bieg na 100 metrów – zapewnia. I opowiada, że kiedyś uczestniczył w kursie organizowanym przez FBI w Polsce dla naszych i ich instruktorów. – I nasze największe lebiegi to były asiory przy Amerykanach – chwali się. Tamci mają wyćwiczone techniki zatrzymania typu założenie dźwigni za pomocą tonfy albo strzał z paralizatora. Jeśli to nie zadziała, strzelają z prawdziwej broni. – A w takich przepychankach, szarpaninach, to wytrzymywali z naszymi chłopakami najwyżej 30 sekund – opowiada. I przyznaje, że tak mówi, bo w głębi duszy był, jest i zawsze będzie psem. Choćby i na emeryturze.

Jednak nawet gdyby z panami się formalnie zgodzić, w uszach będą brzęczeć pytania, które stawia Krzysztof Janik: Czy policjant powinien znaczyć wróg? Kojarzyć się z opresją i terrorem? A może raczej z przyjacielem, do którego można się zwrócić o pomoc? Mamy się spodziewać od niego uśmiechu i zaangażowania czy ciosu pałką i polecenia, aby paść na ziemię?

Przez całe lata ta formacja starała się zerwać ze starym obrazem władzy ludowej, która bije na komisariatach i pałuje na ulicach pod byle pretekstem. I w pewnym momencie to się udało. Ale teraz zaufanie do policji spada. Jeśli na początku transformacji w 1990 r. wynosiło 49 proc., to już w 1993 r. podskoczyło do 72 proc., by na przestrzeni lat utrzymywać się w okolicach tej liczby. W 2008 r. osiągnęło 75 proc. i to był szczyt, a potem z górki. W zeszłym roku oparło się na 65 proc. Przypadek? Janik nie ma wątpliwości. – Na miejscu ministra Sienkiewicza dokładnie przyjrzałbym się temu, co dzieje się w tej formacji. Moja diagnoza: we wsi jest trąd. I trzeba go powstrzymać.

Ostatnie przykłady

Mocne słowa. Ale uzasadnione. Przypomnijmy kilka zdarzeń z ostatnich miesięcy. Na przykład te bulwersujące sprawy z Poznania, o których jako pierwsza doniosła „Gazeta Wyborcza”. Pierwsza, z września zeszłego roku dotyczyła 17-latka zaczepionego w centrum miasta przez wywiadowców w cywilu, którzy chcieli sprzedać jemu i jego kolegom marihuanę. Kiedy chłopcy odmówili, policjanci wciągnęli ich do bramy i pobili, łamiąc jednemu nogę. Kiedy sprawa wyszła na jaw, twierdzili, że to nieprawda. Komendant nie wyciągnął wobec nich żadnych konsekwencji. W tym roku, latem, wywiadowcy patrolujący ulice w cywilu zatrzymali w centrum Poznania pijaną 13-latkę. – Wykręcili córce ręce, jeden uderzył ją w twarz. Drugi powiedział do córki: „To teraz cię tak wyru..., że będziesz płakać” – opowiadała „GW” matka dziewczyny. Co ciekawe, nazwisko jednego z policjantów przewija się w obu sprawach. W tym samym mieście policjanci, którzy wjechali na zakazie w ulicę, rzucili się na reportera telewizji TTV, który to nagrywał. Wykręcili mu ręce, zabrali telefon i skasowali film. No, ale atak na niezależne media to drobiazg w porównaniu z tym, co się wydarzyło w Dąbrowie Górniczej przed paroma dniami: policjanci dorwali poruszającego się na wózku inwalidzkim mężczyznę. Ktoś urwał im lusterko w radiowozie, uznali, że to on. Pobili jego i jego dziewczynę. Według relacji tej pary łomot spuszczał im nie tylko jeden zdegenerowany patrol. Chłopaki wezwali posiłki i kopiących funkcjonariuszy było przynajmniej z ośmiu. Wyjaśnianie tego incydentu przez policję trwa, choć gdybym miała robić zakłady, pewnie się okaże, że człowiek na wózku pierwszy zaatakował, ubliżał policjantom i chciał ich przejechać.

Jeżeli nie działa nawet tabu typu niepełnosprawny czy dziennikarz, trudno się dziwić, że ludzie z dolnych szczebli drabiny społecznej są traktowani jak śmieci. To sprawa z grudnia ubiegłego roku, z Lidzbarka Warmińskiego, zresztą już umorzona z powodu niewykrycia sprawców. 52-letni bezrobotny został zatrzymany ze sklepowymi odważnikami, chciał je sprzedać w punkcie skupu złomu. Policjanci zabrali go na posterunek, kazali uklęknąć na krześle, wcześniej zdjąć buty i skarpetki. Bili pałami po gołych stopach i żądali, by powiedział, skąd je ma. Płacząc z bólu, wskazał (kłamliwie, żeby przestali bić) na 33-letniego sąsiada inwalidę. Tego też przywieźli i bili po stopach. Mężczyźni złożyli zawiadomienie o pobiciu potwierdzonym obdukcją lekarską. Ale nie widzieli twarzy swoich oprawców, więc prokurator skapitulował.

Jednak jeśli za bezrobotnym i inwalidą jeszcze się media ujmą, mało kto chce sobie zawracać głowę, kiedy łomot dostają wrogowie państwa. Czyli kibice. Ostatnio fora rozgrzewała historia z Otwocka, gdzie policjanci dopadli mężczyzn i chłopców wracających z meczu okręgówki: Hutnik Warszawa vs KS Vulcan Wólka Mlądzka. Urządzono im tam „ścieżkę zdrowia”, jak za dawnych czasów. Dwóm nieletnim kazano ściągnąć majtki i robić przysiady. Policja wyjaśnia sprawę. Do ściągania chłopcom majtek jednak się nie przyznaje.

– Takich akcji jest multum – komentuje doktor Marcin Warchoł z Katedry Postępowania Karnego Wydziału Prawa i Administracji Uniwersytetu Warszawskiego. I przypomina najgłośniejszą, nazwaną przez kibiców Widelec, kiedy we wrześniu 2008 r. po derby Legia–Polonia policja zatrzymała 752 osoby. 680 przedstawiono zarzuty czynnego udziału w zbiegowisku publicznym. – Doszło do jednoczesnego zatrzymania największej po okresie stanu wojennego liczby osób. Wobec większości łamano w trakcie przesłuchania elementarne prawa obywatelskie, obrażano, niektórych bito, rozbierano do naga, stosowano groźby w celu uzyskania obciążających wyjaśnień – mówił w zeszłym roku w rozmowie z DGP Warchoł, tuż po tym, jak sąd umorzył sprawy przeciwko 200 osobom naraz, nie doszukując się w ich działaniach przestępstwa.

A mec. Krzysztof Wąsowski dodaje, że z jednej strony widać w tych kibicowskich sprawach dużą agresję i zaciętość ze strony funkcjonariuszy, z drugiej brak przygotowania. I opowiada o syndromie krzesełkowym: częstym pretekstem do stawiania zarzutów kibicom jest opuszczenie krzesełka podczas meczu (wystarczy wstać). To wykroczenie, które można sądzić w trybie 24-godzinnym. Pod warunkiem że sprawcy zostaną schwytani na gorącym uczynku lub zaraz po, np. w pościgu. Tymczasem po każdym większym widowisku futbolowym na drugi dzień rano radiowozy zwożą do sądów wyciągniętych z łóżek o świcie kibiców. I policjanci są zbulwersowani, kiedy sędziowie odsyłają towarzystwo do domów.

Ktoś może powiedzieć, że to drobne sprawy, ale wszędzie tam, gdzie w grę wchodzi dolegliwość prawna związana z ograniczeniem wolności, nie ma spraw małych.

Jak mówi Wąsowicz, brak kompetencji może wpływać na ludzki los w znacznie dramatyczniejszych sytuacjach. Ma teraz taką sprawę z Olsztyna. Kobieta, jadąc samochodem, wypadła z łuku i uderzyła w inny pojazd. Zginął pasażer drugiego auta. Ale z materiałów zebranych przez przybyłą na miejsce drogówkę nie można się dowiedzieć, z jaką prędkością jechały oba samochody, jaka była ich droga hamowania. Nie wiadomo też, czy ofiara miała zapięte pasy, czy nie – co jest nie bez znaczenia dla wyroku. Ale być może (prawie na pewno) policjanci, którzy spaprali swoją robotę, nie przeszli kursu doszkalającego w ruchu drogowym.